„Fukushima, moja miłość”, reż. D. Dorrie

fukushima

Lubię ten stan po wyjściu z kina, kiedy nie wiem, od czego zacząć recenzję, bo tyle skojarzeń, przemyśleń i emocji wzbudził we mnie film. Poszłam na niego pod wpływem impulsu. Są po prostu takie zwiastuny, po których obejrzeniu wiem, że chcę zobaczyć całość. A jak jeszcze zobaczyłam, że nie ma gwarancji, że w przyszłym tygodniu jeszcze gdzieś w Krakowie to będą grali, to tym bardziej. Film został obsypany nagrodami, moim zdaniem słusznie, ale co z tego, skoro nie bardzo jest gdzie go zobaczyć?

A to taki klasyczny obraz do oglądania w kinie studyjnym, na małej sali, no dobrze – odgłosu przejeżdżających za oknem samochodów mogło nie być. Ale właśnie w takim klimacie go widziałam i jak będę miała możliwość, to obejrzę to jeszcze raz, i jeszcze raz i potem w kółko ulubione sceny (ceremonia parzenia herbaty, mmm…).

Jeśli ktoś widział „Stalkera” Tarkowskiego, to znajdzie odwołania do tego filmu, ale nie kalki. Tu całość jest czarno-biała i przez to dobrze współgra z opowieścią, wypraną z kolorów jak z życia. Jednak nie wypraną z emocji. Tempo historii jest naturalne: nie za wolne, nie za szybkie. Po zakończeniu filmu miałam poczucie dopełnionej całości, która ma w sobie treści, których nie uchwyciłam, a i te, które zobaczyłam, wystarczą na długo.

To dobre kobiece kino. Nie babskie, ale właśnie kobiece. To żeńska wersja męskiego filmu drogi. Wszystko dzieje się w jednym (prawie) miejscu – w domu-ruinie Satomi- ale każda z bohaterek przechodzi przez jeden z kluczowych momentów jej życia. Obie panie: Kaori Momoi i Rosalie Thomass są świetne. Pierwszą z nich pamiętałam z „Wyznań gejszy”, gdzie grała właścicielkę domu, w którym pracowała główna bohaterka, i była rewelacyjna w tej roli. Tu gra w innym zakresie emocji i nadal jest genialna. Ma niesamowicie wyrazistą twarz, do tego kontrast w typie sylwetki między nią – drobną, niziutką, ale już z wyraźnymi śladami starzenia się – i wysoką, szczupłą, ale mocnej budowy młodą Thomass jest też elementem języka tego filmu.

A mówi on delikatnie, półsłówkami, obrazami. Jest bardzo delikatny w sposobie poprowadzenia opowieści i obrazowaniu. Znaczenie ma nawet używany język – ten, w którym główne postaci się porozumiewają w kwestiach „technicznych”, nie jest dla żadnej rodzimy. Tak cudownie pokazane, że to dwie odmienne kultury, ale język cierpienia jest im wspólny.

Piękne zdjęcia, głęboko poruszające. Wszechobecny wiatr (wg mnie symbol zmiany) i ocean, który pojawia się jako wszechpotężna destrukcyjna siła, atakująca bez uprzedzenia, a potem jest wielką, falującą spokojnie płaszczyzną, której widok niesie ukojenie. Pojawia się też motyw duchów, które prześladują obie kobiety. Przeraża, ale też daje do myślenia. Nie rozgryzłam do końca tego motywu, tam jest więcej, niż element horroru czy zaczerpniętego z romantyzmu motywu zaświatów jako sędziego.

Na ten moment najmocniej do mnie przemówiła z tego filmu scena, czy właściwie kilka scen związanych z piciem herbaty. Lekcja uważności, wyciszenia, smakowania teraz. I ta prostota japońskiego domu i pejzażu. Żadnych zbędnych elementów.

Jest też subtelny humor, kilka lekko zabawnych scen. To znaczy mnie bawiły, pozostałych widzów chyba nie, ale trudno, musieli znieść moje chichoty („radiation vacation” jako synonim wyskoczenia na chwilę poza zonę 😀 ). Bardzo mi się podobał i według mnie jest też bardzo kobiecy ostatni gest Marie przed jej pożegnaniem. Nie zdradzę wam jaki, ale taki charakterystyczny dla kobiecej wrażliwości i podejścia do świata.

Fukushima 11 marca 2011 r. doświadczyła najpierw uderzenia tsunami a potem nastąpiła awaria jednego z reaktorów w tamtejszej elektrowni atomowej. Tamtejsza zona jest prawdziwa, a w tym filmie staje się, jak u Tarkowskiego, ziemią duchowej przemiany.

Doris Dorrie zrobiła o tym genialny film. Nie każdemu się on spodoba, ale ja uwielbiam takie kino. I chcę więcej.

PS
Tytuł oczywiście został idiotycznie przetłumaczony, bo w oryginale dosłownie znaczy on „Pozdrowienia z Fukushimy”. I komu to przeszkadzało?

Reklamy

2 thoughts on “„Fukushima, moja miłość”, reż. D. Dorrie

  1. Ja ostatnio byłam na „Jackie” i „Sztuce kochania”.

    W piątek 3 marca mija 5 lat od wypadku w Szczekocinach. Bardzo mnie ten wypadek poruszył. Cieszę się, że jesteś żywym przykładem, że można i emocjonalnie i fizycznie wyjść z tego obronną ręką. Będę pamiętała o Tobie w piątek w modlitwie. Litanią do św. Apolonii. Pozdrawiam.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s