MC: św. Alojzego Gonzagi SJ

Wróżba IMGW sprawdziła się nad podziw dobrze – dzisiejsza (21 czerwca) pogoda była idealna na łażenie. Niżej pewnie było duszno i gorąco, ale tam, gdzie dotarłam, wiał bardzo silny wiatr. Od dziś nie będę mówić: „Wieje jak w kieleckim”, tylko: „Wieje jak na grani”.

Wyjście z Kuźnic

20160621_074526

Szlak ten zamarzył mi się rok temu i mam mnóstwo satysfakcji z tego, że udało mi się go przejść, choć muszę przyznać, że odbyło się to „na trzmiela”. Otóż naukowcy (pewne amerykańscy) obliczyli, że owad ten ma zbyt małą powierzchnię skrzydeł, by latać, ale on o tym nie wie i lata. Nie wiedziałam, co mnie czeka na tym szlaku, więc go przeszłam. Miejscami po prostu nie miałam już odwrotu – wiedziałam, że wejście w miejscach, po których schodziłam, jest dla mnie awykonalne (że tak zacytuję „Seksmisję”). Cieszę się, że szłam przy takiej pogodzie i w tym kierunku – w odrówtnym byłoby trudniej, moim nieskromnym.

Wyszłam z Kuźnic, szłam przez Kalatówki na Halę Kondratową. Byłam na niej pierwszy raz i kiedy wyszłam z bajecznego lasu (poranne słońce przesiane przez gałęzie i padające na poszycie pokryte puszystą warstwą krzaczków jagód), prawie padłam na kolana z wrażenia. Nie wiedziałam, że to tak urokliwe miejsce! Malutka chatka schroniska, po jednej stronie ściana Długiego Giewontu, po drugiej Łopata, a wszystko zamknięte Widokiem na Czerwone Wierchy. Świetna trasa na niewielki spacer dla rozrywki.

Rzeczona Hala, w tle Kopa Kondracka, zdjęcie może w 1% oddaje wrażenie

20160621_085439

 

Fragment Długiego Giewontu

20160621_085444

 

Z Hali wyszłam w towarzystwie miłej pani Zosi (już w wieku emerytalnym, ale podziwiałam jej kondycję – cóż, mieszka w Zakopanem i często chodzi po górach) na szlak ku Przełęczy pod Kopą Kondracką.

Nie byłabym sobie, gdybym po drodze nie pochyliła się nad jakąś zieleninką, a dokładnie chodzi o te białe cudeńka (chociaż jaskier tez ładny) – na moje oko rogownica (?).

20160621_091949

Końcówka była wymagająca, do tego wiało potężnie, ale widoki z tego szlaku były warte wysiłku. Chmury były drobne i jakby poszarpane, szybko przepływały a razem z nimi po stokach przepływały ich cienie. Zmiana miejsca i zmiana proporcji: co na dole jest zachmurzeniem, z góry wygląda jak balet, co na dole wydaje się trwać, z góry jest płynne i zmienne.

Ciekawe są też skały, po których się idzie. Są bardzo zróżnicowane i mienią się w słońcu, jakby szlak był wysypany szlachetnym brokatem.

Po krótkim popasie rozstałyśmy się z moją towarzyszką, bo skusiła mnie Kopa, a pani Zosia poszła w stronę Kasprowego. Udało mi się wejść, gdzie chciałam, oraz uniknąć po drodze zwiania ze szlaku – podmuch był potężny. Widoki też.

Przełęcz pod Kopą Kondracką, jak widać po stroju tej pani, upału nie było. Nakrycie głowy też nie dla szpanu.

20160621_114756

 

Widok z Kopy na fragment szlaku, którym weszłam, w tle Tatry Wysokie

20160621_120738

 

Tatry Słowackie

20160621_120803

 

Podhale a w tle Beskid (już wiem, skąd wzięło się pojęcie ‚masyw’)

20160621_120810

20160621_123433

Dowód, że byłam Kopie a na pewno był tam mój telefon

20160621_123136

 

 

Z Kopy poszłam śladem pani Zosi. I powiem tak – zrozumiałam, czemu ona się go bała, wędrówka po nim daje w kość. Na szczęście mój lęk wysokości pojawiający się na każdym wyższym budynku, w Tatrach zanika. I dobrze, bo bym nie doszła, gdzie chciałam. Nie zdawałam sobie sprawy, że jest tam tak wiele miejsc, gdzie trzeba się po prostu wspinać lub bardzo ostro schodzić. Kijki bardzo się przydały, ale na niektórych fragmentach szlaku wisiały bezużytecznie z nadgarstków, bo trzeba było poruszać się, używając wszystkich kończyn.

W pewnym momencie stanęłam wobec ściany. Uznałam, że to niemożliwe, żeby szlak prowadził właśnie przez nią, więc próbowałam ją obejść. Wspięłam się na coś, co wyglądało na obejście i jedyne, co ujrzałam, to zejście tak strome, że nie miałam szans. Trzeba było wrócić i znów stanąć przed ścianą. Przyjrzałam się jej z bliska, zsunęłam kijki na nadgarstki i powtarzając w głowie mantrę: „Trzy kończyny muszą mieć oparcie, żebym mogła poruszyć czwartą”, wspięłam się. Zadziwiająco szybko mi to poszło, chociaż stresior był taki, że po wejściu padłam plecami plackiem na ścianę i musiałam zrobić przerwę.

Dla mnie to miejsce jest przypowieścią o próbach uciekania od zmierzenia się z problemem. Tych wszystkich sytuacjach, kiedy poddaję się bez próby, bo uznaję, że na pewno nie dam rady. Szukam obejść, ale te, które znajduję, generują jeszcze większe problemy, niż ten zasadniczy. Na tej ściance dość rozpaczliwie prosiłam o pomoc Anioła Stróża i myślę, że mi pomógł, i chyba nie tylko tam.

Także tu wiało, miejscami ledwo utrzymywałam pion. Widoki nadal były porażające i to w dobrym tego słowa znaczeniu. Porażający był także widok kobiet w tenisówkach lub adidasach, do tego obcisłe jeansy, często tzw. boyfriendki, czyli z dziurami aż proszącymi się o to, by zaczepić o coś i rozerwać się już do końca. Pytanie z ich strony, czy jeszcze daleko na Giewont, wtłoczyło mi komentarz do gardła i wyharczałam, że i owszem, daleko. Nie wiem, czy doszły. Podobnie jak pan, który sam świetnie wyekwipowany wlókł za sobą żonę i kilkuletnią córkę, które nie miały kurtek ani polarów, a ten wiatr naprawdę ciepły nie był. Pana najwyraźniej to nie interesowało, on bluzę wziął. Nie wiem, czy nie wrócili – dla tej dziewczynki fragmenty tej trasy naprawdę byłyby bardzo trudne do przejścia. Zrozumiałam naocznie, czemu o części klientów TOPR mawia się, że to ofiary kolejki na Kasprowy.

Na szczęście większość tursytów była dobrze wyposażona i przygotowana, byli nawet tacy, którzy po tym szlaku prawie biegli, bo mogli sobie na to pozwolić kondycyjnie. I to było piękne. Podobnie jak każde „cześć”, a zdarzało się nawet takie z obcym akcentem.

A tak w temacie wleczenie kogoś na szczyt, anegdotka by pani Zosia. Otóż minęła się kiedyś na szlaku z parą – chłopak uporczywie motywował dziewczynę, że wejdzie na ten Giewont, że da radę, że koniecznie. Spotkali się potem na dole i okazało się, że on niósł na szczyt w plecaku pierścionek zaręczynowy i szampana🙂 Dziewczyna po wędrówce była wniebowzięta a szampana rozpili już na dole, w trójkę, prosto z butelki.

Wracając do mojej wyprawy. Pod koniec szlaku tylko błagałam, żeby nie było więcej wspinaczek. Tia. Tuż przed Kasprowym jest skała, która też wymaga praktyk pokutnych z zastosowaniem wspinaczkowej mantry. Ale weszłam (pod obserwatorium, które do mnie co wieczór mruga), zeszłam (do stacji kolejki) a przy okazji okazało się, że jednak ona funkcjonuje, chociaż na szlaku ktoś twierdził, że mają uszkodzony system sprzedaży biletów i nie da się zjechać. Dało się, ale po odczekaniu prawie 45 min., podczas których pan bileter najpierw to załatwiał a potem bilety jechały z dolnej stacji na górną. Zatęskniłam za metodami górali, którzy zamiast dręczyć klientów czekaniem, po prostu zastosowaliby stary dobry zeszyt z wpisaną liczbą sprzedanych biletów oraz otrzymaną kwotą. Po co męcyć ceprów, jesce się rozmyślom i zejdą bez cekanio? No ale teraz to jest prywatna francuska (chyba) firma, więc ma być według norm. Ech.

Obserwatorium

20160621_152731

Okolice Kasprowego przypominają pod względem gęstości zaludnienia i jego typu nadmorski deptak, choć widoczki nieco inne:

20160621_152837

20160621_153219

 

 

Błyskawicznie złapałam busa do Zakopanego, tam dość szybko złapałam transport do MC i nawet zdążyłam na mszę.

I na koniec nieco absurdalnego humoru. Z Kuźnic jechałam najwyraźniej z Gargamelem i to po udanym polowaniu…

20160621_164923

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s