MC9: Albert i Kalatówki

Senność zamieniła się w zimność, bo od dwóch dni nie było słońca. Z bólem serca przyjęłam prawdziwość prognozy pogody na stronie TPN-u, zapowiadającej marne 16 stopni, i oblókłszy mój miękki a ciepły polarek pojechałam do Kuźnic.

Tak około 10.00 wyglądał początek zielonego szlaku, w głębi widać spustoszenia, jakie zrobiły w drzewostanie wichury:

20150617_094122

Tym razem jednak nie szłam na Kasprowy, chociaż kiedyś jeszcze mam zamiar tam dotrzeć tym szlakiem – byłam dwa lata temu i powiem wam, że warty przejścia.

Dziś poszłam spacerowo, bo z wizytą. Do św. Alberta – dziś jego wspomnienie. Pustelnia Brata jest położona przy niebieskim szlaku i opiekują się nią siostry Albertynki. Już sama droga wycisza i uspokaja:

20150617_094851

Klasztory (po drugiej stronie drogi jest wejście na żółty szlak, którym wchodzi się do Albertynów) są jeszcze poniżej granicy parku, więc nie trzeba płacić za wejście do niego. Teren klasztoru jest ogrodzony płotem, nad którym biegnie kabel pod wysokim napięciem, najlepiej więc wchodzić bramą:

20150617_095450

A wewnątrz warto zobaczyć rzeczy dwie. Domek, który jest dawną pustelnią świętego – można w nim zobaczyć jego celę oraz, w salce obok, obejrzeć multimedialną prezentację na temat br. Alberta i tego miejsca. Mnie nieodmiennie zachwyca jego cela. W czasach, kiedy on tam przyjeżdżał, było tam jeszcze dziko i zielono. Teraz jeszcze jest zielono, ale droga do wybranego przez niego miejsca wybrukowana i często uczęszczana. Ot, przypętała się cywilizacja i po pustelni…

20150617_095725

20150617_095838

Niedaleko od domku br. Alberta jest kościół i klasztor sióstr. Jego fasada dostępna zwiedzającym wygląda tak:

20150617_095611

Tak po prawdzie, to poszłam się tam przede wszystkim pomodlić i za tymi drewnianymi drzwiami znalazłam to, czego szukałam: Najświętszy Sakrament i ciszę. Tabernakulum jest „dwustronne”, przez co rozumiem, że ściana, w której jest umieszczone, to tak naprawdę granica klauzury – za nią jest kaplica sióstr, która ma wspólne tabernakulum z kaplicą gości. Ta jest bardziej wszerz niż wzdłuż, mieści się w niej chyba pięć rzędów ławek, gęsto upakowanych, balaski i ołtarz. I wysokie, wysokie ściany z drewnianych bali, zamknięte więźbą dachu. Pan jest blisko a jednocześnie wszystko kieruje wzwyż. Także krzyż nad tabernakulum.

Na ścianach bocznych wisi po prawej portret św. br. Alberta a po lewej bł. Bernardyny – współzałożycielki Albertynek. Niedaleko niej przycupnął św. Antoni, jak zwykle żebrzący o datki dla ubogich. Pewnie pozostał z czasów zakładania pustelni a teraz wspiera swoim mendykanckim doświadczeniem niedawno kanonizowanego i beatyfikowaną. W końcu wszystko zostaje w rodzinie – bracia i siostry od ubogich mają regułę św. Franciszka.

Byłam tam dość długo i uderzyło mnie, że doskonała większość odwiedzających to byli mężczyźni. I, co ciekawe, tylko ze dwóch przyszło jedynie zwiedzać. Reszta klękała do modlitwy, niektórzy zatrzymywali się na dłużej. Rzadki a cenny widok.

Podczas modlitwy przypomniała mi się wyczytana gdzieś historia o br. Albercie. Jeszcze jako Adam Chmielowski był człowiekiem bardzo wrażliwym na punkcie swojego honoru. Kiedy już przyjął szary habit i żebrał na kuchnie dla ubogich, podszedł też do siedzącej w kawiarni grupki swoich dawnych znajomych. Poprosił ich o pieniądze, a wtedy jeden z nich uderzył go w twarz i to na tyle silnie, że ten, jednonogi przecież, się przewrócił. Wszyscy zastygli w oczekiwaniu na jego reakcję, mając wciąż w pamięci jego poprzednie przewrażliwienie. Tymczasem Albert wstał, otrzepał się i powiedział: „To było dla mnie, a teraz proszę o coś dla moich ubogich”. Poruszeni zmianą, jaka w nim zaszła, hojnie sypnęli groszem. Piękna opowieść o tym, że to w człowieku żyjącym Ewangelią ona staje się żywa. Że on się staje Ewangelią.

Ucałowałam wystawione także w kaplicy relikwie św. Brata i poszłam na Kalatówki. Dobrze, że szlak idzie dość mocno pod górę, bo rozgrzałam się ruchem. Przemykający od czasu do czasu powiew, na hali będący już elementem stałym, przypominał powiew z chłodni. I to takiej dużej.

A na Kalatówkach samo ładne: pusty stok narciarski taki malowniczy, owieczki takie głodne, tamtejszy koń taki silny. No i baca w normalnym stroju przez ceprów uważanym za ludowy. A nad wszystkim kolejka na Kasprowy i stacja meteo.

Rzeczony stok:

20150617_111043

Rzeczona stacja:

20150617_111131

Jak widać, chmur nie brakło.

Obeszłam Kalatówki i w połowie obejścia, tam gdzie drogowskazy na Giewont i Halę Kondratową, przez chwilę walczyłam z pokusą pójścia na tę drugą. Odpuściłam – miało dziś być spacerowo, to ma być spacerowo. Poza tym kije zostały na kwaterze a bez nich jak bez ręki, a nawet dwóch.

Zeszłam więc sobie w dół, by znów pójść w górę – żółtym szlakiem do braci A. Nigdy jeszcze tam nie byłam i cieszę się, że naprawiłam ten nietakt. Podejście ma kształt łuku i kiedy wychodzi się na prostą (choć będącą nieco pod kątem), naprawdę można westchnąć z zachwytu nad widokiem (zdjęcia nie oddają tego w pełni):

20150617_120256

20150617_120325

U stóp wejścia do kaplicy źródełko – podobnie jak u sióstr. Tutaj stoi figurka Matki Bożej, która ma na szyi korale-niekorale stylizowane na góralskie ozdoby. Napiłam się tej wody – lodowatej, słodkiej.

20150617_120359

A w kaplicy światło i wielki krucyfiks, ewidentnie wzorowany na tym z klasztoru cystersów w Mogile. Prosto i pięknie. Przed obrazem br. Alberta olejna lampka – znak, że dziś świętuje.

20150617_121021

To, że miało miejsce świętowanie, było też słychać zza ściany. Bracia mieli chyba gości. Mimo to w kaplicy było przytulnie, jasno i zachęcało do modlitwy. Kiedy weszłam, klęczała tam para młodych ludzi. Uśmiechnęli się do mnie, kiedy wychodzili, a ja się zamyśliłam nad tym, jak bliskość Pana odbija się na twarzach tych, którzy jeszcze chwilę wcześniej z Nim rozmawiali. Zostaje na nich i w nich, w głębi oczu, światło Jego obecności.

20150617_121142

Przeszłam się potem na piechotkę z Kuźnic do Zakopanego. Nie dlatego, że nie lubię dawać zarobić busiarzom, ale chciałam na spokojnie obejrzeć sobie tamtejsze okoliczności przyrody. Co prawda nieco psuli je drogowcy, wymieniający nawierzchnię, ale dzięki nim zobaczyłam, że pod banalnym asfaltem jest piękna kostka brukowa. Ha!

Obiad zjadłam znów w tej włoskiej knajpce, o której już pisałam. Nazywa się „Trattoria Adamo” i z ręką na sercu mogę ja polecić. Mieści się niedaleko Krupówek, przy placu, przy którym jest Urząd Miasta, tuż za sklepem firmowym Wawelu. Poprzednie wrażenia mogę uzupełnić o stwierdzenie, że wina też mają dobre. I dobrze podane.

Wieczorem wyszło słońce i jutrzejszy dzień zapowiada się optymistycznie, jeśli chodzi o pogodę. Mam ochotę pozwolić wyjść na zewnątrz drzemiącemu we mnie kotu i powygrzewać się na słońcu.

Ale tak serio to pomyślę o tym jutro.

Reklamy

2 thoughts on “MC9: Albert i Kalatówki

  1. Czyli tak na serio – „Przeminęło z wiatrem”. Albo z „Wiaterem”. Chyba byłam kiedyś w tej celi Alberta. A przynajmniej tak mi się wydaje. U nas też chłodniej. Wieczory rześkie, jako i dnie, jeno we dniach słońce podgrzewa.

    A może zrobisz sobie jeden dzień Szabatu i prawdziwej pustelni na tych wakacjach, co? Takiej okazji nie wykorzystasz? 🙂

    Niezmiennie pozdrawiam.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s