MC7: Zakopane od innej strony

Siedzę przy otwartym oknie a do mojej twarzy i przedramion łasi się chłodny powiew. Wieczorne powietrze pachnie schnącym sianem z delikatną nutką grilla wzbogaconą o zdecydowanie mało subtelną woń przypiekanej kiełbasy@cons. Ale siano dominuje: cierpko pachną schnące trawy, a zapach bogatej kompozycji wszelkich ziół, które ścięto w tych samych pokosach, jest nieopisywalny. Co tam, ważna jest harmonia całości, bawienie się w analizy prowadzi, jak każda wiwisekcja, do zgonu pacjenta.

Oddech, który daje nie tylko życie, ale także radość.

Dziś na porannej mszy były prymicje księdza z Gdańska, Marcina Mieszczuka – przyjeżdżał tu w poprzednich latach z grupami młodzieży a dziś błogosławił prymicyjnie. Jego kazanie – o potrzebie i sposobie przeprowadzania codziennego wieczornego rachunku sumienia – było odpowiedzią na pytanie, którego nawet nie zdążyłam jeszcze Panu Bogu zadać, ale która była mi potrzebna. Doświadczenie, które nie nadaje się na powalające świadectwo. Doświadczenie, które pomimo tego, że jw., bardziej mnie umacnia w poczuciu Jego bliskości i troski, niż cokolwiek innego.

Ponieważ jest niedziela i to poza sezonem, z MC trudno się wydostać i trudno do niego wrócić. Wzięłam to ryzyko na klatę i pojechałam do Zakopanego. W busiku, którym jechałam, jak w prawie wszystkich, na drzwiach napis: „Nie trzaskać!”. Wsiadająca starsza pani się przejęła i potraktowała drzwi delikatnie a te, rzecz jasna, nie zamknęły się. Drzwiami trzaśnięto a siedząca obok mnie pasażerka łypnęła na mnie polaryzującymi okularami przeciwsłonecznymi i rzuciła: „Z tym drzwiami to jak z teściową – jak nie trzaśniesz, to się nie zamknie”. Miałam z tego tekstu radochę przez pół dnia.

A dzień spędziłam w Zakopanem, łażąc po znanych trasach (poszłam posiedzieć sobie w Willi Kolibie, czyli muzeum stylu tatrzańskiego – stoi blisko ruchliwej ulicy, ale za każdym razem, gdy tam jestem, mam wrażenie, że Zakopane staje się odległym szumem, a pozostają tylko góry i ciepłe, drewniane wnętrze, z wyślizganymi podłogami i podniszczonymi w miarę balustradami. Drewno pięknie się starzeje). Zbierało się na burzę, o czym upewniały mnie nie tylko chmury, ale też moje meteopatyczne skłonności. Ostatecznie pani B. nie było, może jutro też nie będzie, zaryzykuję jakiś dłuższy szlak.

Popodziwiałam z dołu Giewont (wiecie, to piękny głaz, to naprawdę piękny głaz!) i poszłam szukać knajpki, o której kiedyś mówiła moja bratanica. Krótka telefoniczna konsultacja z bratem i trafiłam do kawałka Włoch kilka kroków od Krupówek. Z okien widać to nieturystyczne Zakopane: plan z fontanną, ale bez turystów, zakopiańczycy spacerujący z wózkami i bawiący się z dziećmi, pustawe ulice tuż obok zapchanego do niemożliwości głównego traktu. A w środku zapach świeżo pieczonej pizzy, kolorystyka i wystrój przypominające mi zeszłoroczną pielgrzymkę po Włoszech, oraz naprawdę świetne jedzenie.

Objadłam się niemożebnie i stwierdziłam, że się przejdę w ramach poprawiania procesu trawienia. Dotarłam na ten dalszy z możliwych przystanków do MC. Spotkałam na nim miłą parę młodych ludzi. Czekali na busa do Kuźnic, więc pogadaliśmy chwilę. Pan miał przytroczonego do szelki plecaka Krtka – okazało się, że oryginalny, przywieziony z Pragi. Wczoraj wnieśli go na Giewont a dziś planowali wwieźć na Kasprowy. Stwierdziłam, że na Kreciku tak duży kopiec musi zrobić piorunujące (nomen omen) wrażenie. Choć dziś piorunków nie było.

Leniwa niedziela. Zmieniłam wczorajsze plany, więc mam dystans do jutrzejszego dnia. Będzie, co Bóg da a pogoda pozwoli.

Advertisements

2 thoughts on “MC7: Zakopane od innej strony

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s