Kózka z Wał-Rudy

Wczoraj było przeraźliwie zimno z przebłyskami słońca, ale głównie ta pierwsza opcja – chmurna, wietrzna i chwilami sypiąca czymś w rodzaju przetrwałego śniegu, takiego w grudkach. I to jedyna wada tego wyjazdu, bo poza tym nie dziwię się tym, którzy przyjeżdżają do Karoliny co miesiąc a nawet dwa razy w miesiącu (10. dnia każdego miesiąca jest wspomnienie jej beatyfikacji i msza a 18. – wspomnienie dnia jej śmierci i z tej okazji przejście drogą krzyżową śladami jej męczeństwa i msza z modlitwą o uzdrowienie w sanktuarium w Zabawie).

Za życia Karoliny Kózkówny (początek XX w.) Wał-Ruda była ubożuchnym przysiółkiem, w którym żyło się ciężko i pracowicie. Ziemia piaszczysta a jedyne bardziej żyzne grunty – podmokłe. Dziś dużo tam bogatych domów, obsadzonych pięknymi, zadbanymi ogrodami, ale tylko dlatego, że większość ludzi ma rodzinę na emigracji. Zostało też kilka starych chałup, dzięki którym można zobaczyć, jak wyglądało to miejsce kiedyś i jaką techniką tato Karoliny zbudował ich dom:

IMG_1838

Ściana jest częściowo zniszczona, dzięki temu stanowi  idealny model. Widać, że kładziono najpierw pnie na tzw. zrąb, potem utykano szpary i zapełniano gliną, wreszcie „tynkowano”, też gliną, i malowano wapnem – samym lub z dodatkiem ultramaryny. Obecny dom błogosławionej jest rekonstrukcją – po pożarze w 1921 r. zostało tylko kilka mebli i desek. wykorzystanych zresztą i w obecnym budynku. Wygląda jak oszalowany i jest pomalowany bejcą na piękny brąz.

IMG_1808

Na tym zdjęciu zresztą widać też jak ustawiane były budynki – czołem do drogi, nie wejściem.

O ile z zewnątrz dom jest nieco poprawiony w stosunku do wersji Karolinowej, to układ wnętrza odtworzono starannie na podstawie wspomnień. Wchodzi się przez pomieszczenie, w którym za życia błogosławionej była stajnia, a obecnie jest kaplica.

IMG_1824

Malutka, ściany wyłożone boazerią a w centrum, przed ołtarzem, klęcznik z relikwiami, tak żeby można było je ucałować (to ciemne kółko na blacie klęcznika to właśnie relikwiarzyk). Jej piękny, duży relikwiarz jest po lewej stronie, niedaleko obrazu. Lubię to przedstawienie Karoliny, co prawda z zeznań świadków wynika, że miała błękitne oczy a nie brązowe, ale jestem w stanie przebaczyć malarzowi, bo nie oblał jej lukrem.

Po prawej stronie od krzyża jest tabernakulum w drewnianej obudowie, a sam krzyż jest dla mnie ikonograficzną zagadką. Zresztą sami spójrzcie:

IMG_1847

Jezus nie ma serca, a precyzyjniej – jak gdyby zostało mu wyrwane. Sama figura, twarz, ręce żylaste, jak od ciężkiej pracy – piękne. A w centrum – zagadka. Serce jak ptak wyrwało się z klatki żeber i pobiegło. Dokąd? I dlaczego?

Z kapliczki wchodzi się przez drzwi po lewej stronie do izby mieszkalnej. Właściwie to przez drzwiczki – niziutkie (musiałam porządnie się schylić), z wysokim progiem. Izba ma na moje oko (a ono jest kobiece, więc w mierzeniu słabe) ok. 15 m2, z czego jakieś 2 m2 zajmuje serce domu, czyli piec. I teraz wystawcie sobie, szanowni czytacze, że w tym jednym pomieszczeniu mieszkało w porywach do 10 osób. Poczułam się rozpieszczona do granic możliwości wielkością mojego rodzinnego domu i obecnego mieszkania.

Wnętrze wygląda następująco (przepraszam za jakość zdjęć, jest tam dość ciemno). Co prawda okna są na południe i wschód, ale na dworze też było ciemnawo, bo pochmurno:

IMG_1820

Piec, czyli kuchnia: źródło ciepła, schowek, miejsce ucieczki (za beczką można było wejść między piec i ścianę i bezpiecznie tam się zadekować). W początku XX w. całe pomieszczenie, łącznie z podłogą, było wylepione gliną, obecnie polepę zastępuje drewniana podłoga, więc jest bardziej elegancko.

IMG_1818 IMG_1819 IMG_1817

W kącie leżącym po przekątnej od pieca jest łóżko, oryginalne, ocalone z pożaru. Przy nim klęczy figura dziewczyny, w domyśle błogosławionej, i modli się do obrazów wiszących na ścianie. Także oryginalnych. Obraz Matki Bożej Nieustającej Pomocy to ten, na który Karolina rzuciła ostatnie rozpaczliwe spojrzenie, kiedy wychodziła z domu przymuszona przez żołnierza.

Pod tą samą ścianą, ale w przeciwległym rogu stoi kredens, też ocalony z pożaru. A pomiędzy nimi jest okno, okieneczko (jedno z dwóch).

IMG_1810

Malutkie, z szerokim parapetem, na którym leżą pamiątki: modlitewnik błogosławionej i krzyż, który sama kupiła na odpuście w Odporyszowie. Można rzucić bliżej okiem – moim zdaniem jest on swiadectwem, że Karolina miała zdecydowanie dobry gust:

IMG_1812

Pod tym oknem stoi stół, przy nim ława i można sobie przysiąść i popatrzeć na stodółkę, przez chwilę poczuć się jak w gościnie u Kózków. Zresztą uczucie bycia z wizytą u Karoliny towarzyszyło mi od pierwszej chwili dojścia do jej domu. Byliśmy wraz z jeszcze jednym panem pierwszymi pielgrzymami i dobrze było tak pobyć w ciszy tego miejsca. Posiedzeć w izbie, popatrzeć przez okna, pomodlić się w stajence, odetchnąć po dwóch kilometrach marszu.

Ale wróćmy jeszcze na dwa zdjęcia do izby.

IMG_1821

Tak wyglądaliby rodzice Karoliny, gdyby witali nas w strojach odświętnych.

IMG_1822

A w ciemnym rogu, tuż przy wyjściu stoi figura w stroju żołnierza, który porwał Karolinę. Sprawia wrażenie mrocznego ducha, zaczajonego w kącie domu. Można się przestraszyć.

Na podwórzu dwie ciekawostki:

IMG_1826 IMG_1827

Okno w stodółce, które wygląda jak Oko Opatrzności i kamień z kapliczką. W miejscu, gdzie on leży, obmywano ciało Karoliny. Teraz rośnie tam piękna grusza, na której gnieżdżą się ptaki w takiej oto gustownej budce czy raczej tubce (zachwyciło mnie jej pełne zintegrowanie z otoczeniem, doskonały kamuflaż):

IMG_1840

Na podwórzu jest też drugi dom Kózków, obecnie murowany, toaleta, sklep z pamiątkami i wiata, pod którą można się schować. Przed drogą krzyżową przywożony jest też i można nabyć pyszny chleb na zakwasie, pieczony starą metodą, i inne smakowitości, w tym ciastka bł. Karoliny. Można złożyć intencję, poinformować, skąd się przyjechało i tym podobnie. Tym razem byli pielgrzymi aż ze Szczecina.

Droga krzyżowa zaczyna się na podwórzu:

IMG_1828

Wynosi ok. 2 km (dojście na miejsce męczeństwa i powrót). W jej trakcie nie robiłam zdjęć (no dobrze, pstryknęłam kilka), bo wolałam się pomodlić. Las był jak wielka katedra ze wspaniałą akustyką. Dźwięk odbijał się od drzew i roznosił głebokim echem. Droga to pylista ścieżka wycięta rowami w poszyciu pełnym białych kwiatów: kwitnących właśnie szczawików zajęczych i zawilców:

IMG_1804

Las był po I wojnie światowej meliorowany, więc wody gruntowe opadły, ale są zachowane miejsca, w których widać, przez jakie bagno i chaszcze musiała biec Karolina:

IMG_1856

Patrzyłam, słuchałam, czułam intensywny zapach kwitnących drzew, wilgotnej ziemi, pyłu drogi i gdzieś w środku kiełkowała we mnie myśl, że Karolina nie potrzebuje marmurów i przepychu, jakie widziałam we włoskich sanktuariach. Ten las i prosty dom są najbardziej pasujacym do niej miejscem kultu. Proste, ale tak niesłychanie bogate w swojej nieustannej zmienności pór roku. Ona była i jest częścią tej ziemi i przyrody i ta przyroda i ziemia najlepiej mówią o niej. Posadzone przy każdej stacji rośliny ozdobne (widać przemyślaną starannie troskę ludzi, którzy o te miejsca dbają)  są piękne i wymowne. Jednak najpiękniej o Karolinie mówi koloryt i delikatność wiosennych kwiatów – srebro zawilców, złoto kaczeńców. Nic więcej nie trzeba, żebo oddać jej świętość i duchowe bogactwo.

W lesie też wyjaśniła się „przyczyna” owego zimna – prosze państwa, przedstawiam – oto kwitnąca tarnina (jak rozwijają się jej pączki, wiedzcie, że gwałtowne ochłodzenie is coming):

IMG_1854

Mimo pogody zdecydowanie listopadowej były tłumy. Autokary, samochody osobowe – tłum lekko liczący kilka tysięcy. Spora część udała się po drodze krzyżowej do sanktuarium w Zabawie na mszę. Ja podreptałam na przystanek. I tu zaczyna się ciekawa historia.

Współcześnie większośc mieszkańców wsi jeżdzi samochodami, co oznacza, że zamiera transport publiczny, Wydostanie się, zwłaszcza w sobotę, z Wał Rudy, graniczy z cudem. Sprawdziłam, o której mam ostatni bus, grzecznie stanęłam na przystanku, po czym okazało się, że… bus nie przyjechał. Bo to nie byl ten przystanek. Zaczęła mnie ograniać lekka panika i wtedy zza zakrętu wyjechał samochód osobowy z rejestracją z Brzeska. Rzuciłam ku niemu zrozpaczone spojrzenie i wykonałam gest, jakbym chciała go zatrzymać. I ci państwo się zatrzymali. Cud Karoliny, zdecydowanie, bo inaczej utknęłabym w jej rodzinnym przysiółku na dobre. W dodatku wyziębiona i zmęczona.

Tymczasem nie tylko odbyłam podróż w przemiłym towarzystwie, zobaczyłam Szczepanów, czyli miejsce urodzin św. Stanisława, to jeszcze dojechałam do Krakowa wcześniej, niż pierwotnie planowałam. Okazało się, że pan Kazimierz i jego żona regularnie przyjeżdżają na drogę krzyżową, bo tabliczka upamiętniająca ich syna znajduje się na pomniku Przejścia przy zabawskim sanktuarium. Upamiętnia on ofiary wypadków drogowych i w intencji osób, które z nich zgineły, jest tam regularnie odprawiana Msza św.

To był bardzo gęsty dzień, pewnie jeszcze ze dwa wpisy na jego temat wrzucę. Polecam wam to miejsce, chociaż radze jechać własnym środkiem transportu. Jest spory parking, a o tym, jak dobrym doświadczeniem jest ta modlitwa, niech świadczy fakt, że ludzie tam przyjeżdżają raz a potem regularnie wracają, przywożąc ze sobą znajomych. Karolina jest tam obecna, z pewnością gościnnie was przyjmie.

Reklamy

2 thoughts on “Kózka z Wał-Rudy

  1. Piękny opis… Karolina jest dla mnie bardzo szczególną.świętą. Zabawa gości jej obecnością, w której łatwiej zatonąć w modlitwie. Dziękuję za ten opis, aż ciary po plecach przebiegają… Pozdrawiam

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s