„Jezus ośmieszony” Kołakowskiego

Książka jest niewielka, ma szerokie marginesy i miękki papier. W połączeniu z treścią uruchamia to odruch sięgnięcia po ołówek i zachęca do uległości wobec chęci wypełniania własnymi skojarzeniami wolnej przestrzeni. A tych ostatnich rodzi sie sporo.

„Jezus ośmieszony” („Jesus ridicule”) jest polskim tłumaczeniem eseju Leszka Kołakowskiego, odnalezionego niedawno w jego archiwum. Ma podtytuł „Esej apologetyczny i sceptyczny”. I jest uwewnętrznioną (tak to odbieram) debatą między sceptykiem a apologetą, może nie tyle Jezusa i wiary w Niego, co Jego miejsca w kulturze, jak to się elegancko mawia, północno-atlantyckiej.

Pierwsze, co mnie dopadło przy lekturze, to zawstydzenie. Autor wszak nie był chrześcijaninem a jego obserwacje i przemyślenia dotyczące wiary, jej relacji z teologią, filozofią, wreszcie wszystkim istniejącym a szczególnie kulturą sa niesłychanie trafne. Jakby patrząc z boku widział więcej a czasem głębiej niż my, zanurzeni w rzeczywistości wiary.

Stanowisko, z jakiego wychodzi, autor ujmuje m.in. w stwierdzeniu: „Czy [Jezus] był Bogiem? Nie mam pojęcia. Ale jeśli jakiś Boży człowiek żył kiedykolwiek na tej ziemi, to był nim On”. Kołakowski widzi człowieka jeszcze zgodnie z prawidłami starej szkoły humanizmu, widzącej w nim zarówno moc tworzenia, jak i destrukcji. Co ważne – odpowiedzialnego za oba akty.

Tak autor pisze o wydarzeniu krzyża: „Unieważnić grzech nie znaczy wyrzec się prawa kary albo do uczucia gniewu i oburzenia. Nie, to coś więcej, niż akt moralny i prawny – to akt ontologiczny, jeśli można tak powiedzieć, równy aktowi stworzenia ex nihilo; to unicestwienie świata takiego, jaki był przed przebaczeniem (…); jest to powtórne stworzenie świata”. Z tego wywodzi wniosek, że skoro świat nam znany, naznaczony piętnem grzechu, zostanie zniszczony, nie ma większej troski, niż ta dotycząca dążenia do wieczności. Przynajmniej tak powinno być dla tych, którzy wierzą w Chrystusa. Tym samym myślenie apokaliptyczne, dotyczące oczekiwania kresu dziejów, jest czymś koniecznym dla chrześcijanina; logicznym następstwem wiary w przemianę świata, której początkiem jest krzyż.

A to z kolei prowadzi do konstatacji, że wszystkie doczesne troski, potrzeby i wartości są drugorzędne. Już jueden z ewangelistów zapisał, że z Jezusa pokpiwali łasi na grosz faryzeusze. Ten chichot ciągnie się przez dzieje, współcześnie podsycany nakręcaną przez marketing spiralą potrzeb i przez to coraz głośniejszy. Jezus jest ośmieszany a wraz z Nim Jego uczniowie, jeśli konsekwetnie idą za wezwaniem do postawienia doczesnych dóbr na drugim miejscu. „Krótko mówiąc: w wykształconych lub półwykształconych klasach naszych społeczeństw być chrześcijaninem to wstyd – nawet nei dlatego, że chrześcijaństwo nie cieszy się intelektualnym szacunkiem, lecz dlatego że jest to moralnie śmieszne (podkr. LK)”.

Świetnie tę tezę oddaje okładka książki, na której widzimy fragment obrazu Hieronima Boscha „Chrystus niosący krzyż”: spokojną twarz Zbawiciela otacza grono szyderców. Zresztą szyderstwo to ich ostatnia broń, tutaj jednak wobec Chrystusa nieskuteczna.

Po przedstawieniu tej tezy Kołakowski wchodzi w wiele innych tematów: ucieczka od wyrzutów sumienia przez hojnie podlaną psychologią spychologię stosowaną („To nie ja! To system, który mnie niszczy! To rodzice/uwarunkowania/społeczeństwo”). Zajmuje się też relacją pomiędzy sacrum i profanum, a dokładnie jak zamieniły się miejscami i jak ta zamiana doprowadziła do narodzin wszelkiej maści totalitaryzmów. Pisze o prawie naturalnym, potrzebie ładu, który musi przychodzić do nas z zewnątrz, inaczej nawet nasze prawo stanie się targowiskiem, na którym wygrywa ten, kto mocniej rozpycha się łokciami, głośniej krzyczy, więcej daje.

Pojawia się także wątek powiązany z Bogiem-mamucią – nie odmówię sobie tej przyjemności i zacytuję: „Walczyć i jednocześnie kochać nie jest niemożliwe ani absurdalne. To, co niemożliwe i absurdalne, to miłość narzucana przymusem, jako prawem określona reguła”.

Sporo miejsca autor poświęca także mitowi, jego relacji do nauki i roli, jaką spełnia w życiu wiarą zarówno mit, jak teologia czy czysto rozumowe poznanie. Pyta także o to, czy wiara jest racjonalna, czy to jedynie kwestia odczuć i przeżycia.

Tematów jest więcej, jeszcze więcej pytań rodzi się przy lekturze. Książka jest niewielka, czyta się ją jednak w tempie andante wpadającym chwilami w adagio, przez co trochę czasu warto jej poświęcić. Jest zwierciadłem, w którym możemy się przejrzeć. Każdy zobaczy, co jego wola, dla mnie jednak był to obraz dodający sił i nadziei.

Reklamy

7 thoughts on “„Jezus ośmieszony” Kołakowskiego

  1. Przyszły mi na myśl eseje Ryszarda Przybylskiego z książki „Pustelnicy i demony”, poświęconej Ojcom Pustyni. Przybylski wskazuje na stan anomii, zaistniały w czasach pierwszych eremitów,
    i odnosi go do naszej epoki. Dzieło odsłania głęboką i złożoną
    naturę pustelnictwa, nieco dziś chyba… ośmieszoną, przynajmniej w powszechnym rozumieniu. Gorąco polecam.
    Kołakowskiego nie czytałem, ale opis jest zachęcający, muszę tylko
    zwrócić uwagę że przedkładanie wartości duchowych nad materialne
    nie jest li tylko wymysłem chrześcijan (tych prawdziwych!), lecz właściwy jest także antycznym szkołom filozoficznym, cynikom czy stoikom, a pewnie także i w filozofii Wschodu znajdą się podobne tendencje. Sądzę nawet, że wiele to mówi o człowieku: uniwersalizm tej idei wskazuje, że konflikt materialnego z duchowym jest immanentny dla kondycji ludzkiej.

    Pozdrawiam.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s