Foie gras w teologii miłosierdzia

Nadrabiam zaległości w lekturze i dziś w ręce wpadł mi kolejny tekst z wątkami sugerującymi, że autor ma wizję Boga jako upiornej mamuci. Nie chcesz być zbawiony? Nie szkodzi, mamucia i tak cię nakarmi zbawieniem jak gęś, której wątroba ma posłużyć na pasztet.

Łyżeczka za łyżeczką będzie ci wpychać do gardła swoje miłosierdzie pod postacią kleistej, pożywnej aczkolwiek nieco mdłej kaszki: za tatusia, za mamucię, za sąsiada, za ciocię, za kotka… Przełykaj, PRZEŁYKAJ! Czemu nie PRZEŁYKASZ!!! I ten fachowy gest zaciśniętej na twoim gardle dłoni przemieszczającej wduszoną gulę żarcia w dół przewodu pokarmowego. I kolejna łyżeczka, i jeszcze jedna. Nawet nie ma jak zwymiotować.

Tak, przesadzam. Wiem, że to tak nie wygląda. Przynajmniej jeśli chodzi o to, jak Bóg naprawdę udziela swego miłosierdzia.

Ale to jest obraz, który ma pokazać, jak posunięta do absurdu jest wizja Boga, który NIE potrzebuje świadomej i wolnej decyzji człowieka do tego, by dać mu zbawienie. Który byłby tak miłosierny, że nie czekałby na nawrócenie młodszego syna, tylko zwinąłby manatki i poszedł za nim pasać świnie. Który na stwierdzenie Zacheusza, że ten chce odpokutować swoje błędy, odpowiedziałby: „Zacheuszu, czym się przejmujesz? Przecież przyszedłem do ciebie na ucztę a to znaczy, że nic już nie musisz zmieniać w swoim życiu. Lubię cię, wiesz?”.

No, nie tak. Istnieją na tym świecie ludzie, którzy są tak głęboko pokaleczeni, że gdyby byli w stanie, to napluli by Bogu w oko i bardzo dosadnym tonem powiedzieli Mu, co sobie może zrobić ze swoim miłosierdziem. Albo którzy są tak pewni swojej racji, że Bóg im do niczego nie jest potrzebny, Jego miłosierdzie również. Oni potrzebują modlitwy Kościoła i właściwego słowa we właściwym momencie, ale jeśli nawet w chwili śmierci powiedzą Bogu: nie, Bóg to uszanuje.

Bo jesteśmy wolni. I nawet jeśli czynimy z tego zły użytek, pozostajemy wolni, a Bóg jest Gwarantem tej wolności. To świadczy o naszej wielkości, ale też dzięki temu jesteśmy zdolni do miłości i miłosierdzia. One są możliwe tylko pomiędzy wolnymi podmiotami. Paradoksalnie ci, którzy promują wizję Boga jako upiornej mamuci i nazywają to miłosierdziem, zaprzeczają możliwości istnienia miłosierdzia. I miłości. Bo gdzie jest na nią miejsce, jeśli ja muszę zrewanżować się miłością za miłość? Gdzie muszę kochać, bo nie mam możliwości odmowy kochania?

Prawdziwe wyznanie miłości nie brzmi: „Nie mogę bez ciebie żyć”. Ono brzmi: „Mogę bez ciebie żyć, ale nie chcę”.

Reklamy

8 thoughts on “Foie gras w teologii miłosierdzia

  1. ..a ja tak sobie myślę, czy po 45 latach RAZEM nie możemy już powiedzieć: „nie mogę bez Ciebie żyć”?. Bo….prawie wszystko wspólne. Prawie, gdyż sumienie mi własne zostało (ale jakże ukształtowane przez NAS), osobisty, głównie poranny kontakt z Panem, fatałaszki kobiece, oczywiście charakterek i zupełne własne, indywidualne bałaganiarstwo…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s