Rzym – dzień ZERO

Rozpoczęty bardzo wcześnie, kilka, zdecydowanie zbyt mało, godzin po pójściu spać, bo o 2.30 rano. Tuż po 3.00 wyjechaliśmy z „Robinii” (tak nazywa się nasz hotel w Genzano di Roma). Liczba ogłoszeń spowodowała, że nie zdołaliśmy odmówić jutrzni, mimo że nieco pobłąkaliśmy się po nocnych przedmieściach Rzymu. Dotarliśmy do stacji metra, na której wsiadaliśmy (Anagnina) wraz z dotarciem do drugiego psalmu, więc śpiewniczki poszły na drzemkę do toreb i plecaków a my stanęliśmy w długiej, senno-agresywnej kolejce grup schodzących do podziemi. Obok nas głównie Polacy, ale też grupa Żółtych Czapek (pielgrzymka afrykańska, w ciemności widać było jedynie czapki w kolorze dojrzałego mlecza) i tym podobne. Bilety pani Ania kasowała hurtem, pod bacznym okiem kontrolera a my przemknęliśmy przez bramki, po czym padł rozkaz: „Pod ścianę!” Na szczęście nie na rozstrzelanie, ale żeby zostawić przejście. Fajnie się wsiada do pustego metra, rozsiada się człowiek, rozgaszcza i 20 stacji mija jak z bicza strzelił.

A potem był nocny spacerek pod mury Waleriana i próba dopchania się do Via delle Concilazione. Chociaż w pewnym momencie przestało to przypominać poruszanie się w określonym kierunku, a zaczęło niebezpiecznie kojarzyć się z kompresowaniem pliko-osób. Duszno, mroczno i coraz ciaśniej. I ta rysująca się coraz wyraźniej wizja trwania w charakterze pionowo ustawionej sardynki do godziny 13.00… Miałoby to swoje dobre strony (trudno upaść, kiedy nawet po utracie świadomości podpiera cię ze wszech stron tłum, a tłum podpierają ściany budynków), jednakowoż mało (jeśli w ogóle) przypomina to udział w mszy.

Do tego wniosku chyba doszedł w swej przenikliwości o. Tomasz i zakrzyknął swym basem: „Kto chce widzieć cokolwiek – za mną!”. No dobra, koloryzuję. Zakrzyknął, ale jedynie,  że idziemy pod Zamek Świętego Anioła, bo tu nic nie zobaczymy, nie usłyszymy a tam może jeszcze jest miejsce. Grupa się podzieliła, ale większość posłuchała ojca oraz swego instynktu samozachowawczego i podążyła za białym habitem, który okrążył rzeczony zamek wraz z towarzyszącym mu parkiem, po czym dotarł na przeciwko telebimu i poszedł dalej szukać. Grupa jednak, posługującym się swym owczym węchem, wyczuła, że to genialne miejsce na rozbicie obozu, co zresztą padre wkrótce potwierdził swym autorytetem, wracając do nas.

Usiedliśmy po stronie zamku przeciwnej do bazyliki św. Piotra, której kształtna kopuła błyskała ku nam z lewej strony budynku. Mieliśmy świetny widok na telebim oraz średniowieczny kibelek na murze zamku. Miejsce może mało szlachetne, ale strategicznie – genialne.

Więc zajęliśmy je, spożyliśmy śniadanie, lecz bez kawy, gdyż zarówno do niej, jak do sikalni były kilometrowe kolejki. Zjedliśmy i zapadliśmy w stupor oczekiwania ubarwiany ćwiczeniem się w specyficznej dla dominikańskiej duchowości cnocie miłości uszczypliwej (ach, te subtelne złośliwostki i delikatne werbalne podszczypywanka!). W międzyczasie jeszcze zaśpiewaliśmy jutrznię (a co! lud dominikański potrafi!) z podziałem na chóry, podobno trafiliśmy dzięki temu na taśmę jednej z obecnych tam ekip telewizyjnych. Nudę oczekiwania urozmaicali nam także straceńcy, którym nie chciało się przepychać przez tłum, i do sąsiadującego z Zamkiem parku przechodzili przez wysokie (ok. 2 m) ogrodzenie z prętów przypominających włócznie. Na szczęście żaden nie przeciął sobie tętnicy udowej czy, co gorsza, nie utracił klejnotów rodowych. Tylko jeden zawisł na płocie, ale za spodnie. Współbracia chrześcijanie pomogli mu wyzwolić się z opresji.

Wkrótce okazało się, że dotarliśmy tam w ostatnim dobrym momencie, bo za chwilę wokół nas był tłum i coraz większy ścisk. Pogodę mieliśmy idealną: lekkie zachmurzenie, chłodne powietrze, ani gorąco, ani zbyt zimno. Odciski rzymskich kocich łbów mam zarówno na pośladkach, jak kolanach i ogólnie wszędzie. Dotrwaliśmy dzielnie do 10.00, kiedy rozpoczęła się transmisja na telebimie. Pojawienie się na nim BXVI wywołało szczere i długie oklaski tłumu, a w moim gardle gulę wzruszenia – dobrze było go zobaczyć. Trochę dziwne było potraktowanie Litanii do Wszystkich Świętych jak śpiewanej w kółko pieśni na wejście (a wystarczyło więcej osób wpisać na listę, ech) i pozbawienie nas możliwości odmówienia wraz z Placem św. Piotra Koronki do Bożego Miłosierdzia – kiedy włączono dla nas transmisję, koronka już się kończyła.

Mimo to miałam poczucie uczestniczenia w liturgii, głównie dzięki mszalikom, które otrzymaliśmy. Co prawda dźwięk, który dobiegal do nas z telebimu, mial duże opóźnienie w stosunku do Placu, ale dobiegał. Zresztą dobiegały co najmniej trzy różne „ścieżki dźwiękowe”: ta z placu, ta z przenośnych radyjek (polska wersja) oraz ta z telebimu. No cóż, trzeba było nam tę liturgię przeżyć w duchu ofiary, jak to bynajmniej nie uszczypliwie ujął ojciec. Najtrudniejszym jej elementem było chyba to, że po komunię musieliśmy iść do przypadkowego kościoła – dla mnie było to bolesne rozerwanie jedności liturgii: oderwanie od stołu, wspólnoty, przeżycia. Na szczęście Pan zawsze obecny i ten sam. My miałyśmy szczęście i od razu trafiłyśmy dobrze, części grup (bo jest nas grup dwie) nie udało się przyjąć Ciała Pańskiego. Na szczęście ojcowie uratowali sytuację i znaleźli kościół, gdzie mogli oni przyjąć komunię.

Kiedy zostaliśmy rozesłani i wydostaliśmy się tłumu oraz przyjęliśmy komunię, należało zaspokoić bardzo intensywne potrzeby brata osiołka, czyli żłób, kibelek i kawa. Obiadek spożyłyśmy na gigantycznych schodach neoklasycystycznego Corto del Cassazione na Piazza de Tribunali. Potem przeszłyśmy przez Tybr w poszukiwaniu kawiarni, w której mogłybyśmy wypić kawę oraz pozbyć się produktów ubocznych przemiany materii. Ostatecznie wylądowałyśmy na Piazza Navona, płacąc słono za przepyszną czekoladę, kawę i wino (każda za jedno). Ale widok na te fontanny oraz możność skorzystania z toalety warte były tych pieniędzy. Kelner powitał nas od razu pytaniem: „Polska?”, po czym wręczył nam świeżutko wydrukowane, zapewne z okazji kanonizacji (czyt. podwyżki cen z jej okazji) menu. Włosko-polskie, mili państwo.

Zresztą Polaków było dziś masa. Miałam wrażenie, że nie wyjechałam z Polski, że to po prostu ktoś podkręcił w jakimś kosmicznym photoszopie Kraków czy inne polskie miasto. Częściej słyszałam na ulicy mój ojczysty niż włoski.

Mimo to udało się nam posmakować Rzymu – przeszłyśmy się po kawie wąskimi, bocznymi uliczkami i to byl cudowny spacer, nawet mimo obolałych kości. Wąskie, pogamtwane uliczki, piękne fasady kościołów zamykające nieśmiało i bogato perspektywy części ulic. Stoliki restauracji i barów. Gorączkowo-powolny rytm południowego miasta.

O 15.00 umówiliśmy się przy głównej fasadzie wyżej wymienianego Zamku. Rózne mieliśmy pomysły, ale skończyło się na komunii dla zaniedbanych i powrocie, już w deszczu, do metra a potem na parking, a potem naszym pięknym srebrnym manem do Hotelu Robinia. Dziś kolacja była obfita, smaczna i z winem za darmo (to w ramach wyrównania za wczorajszy nędzny posiłek – zaiste, nasycić się nim nie szło w żaden sposób). Wszyscy jesteśmy padnięci i idziemy spać. Ja też 🙂

Jutro dzień dominikański. Już się cieszę 🙂

Advertisements

2 thoughts on “Rzym – dzień ZERO

  1. Podziwiam wysiłek włożony w zdanie barwnej relacji, którą z ciekawością prześledziłam. Dziękuję. Nam hierarcha po Mszy św. w Łagiewnikach z entuzjazmem wspomniał m.in., że To miejsce stało się „drugim Rzymem”.

  2. Mnie najbardziej w tym wszystkim męczy opcja „kibelek”. Ogólnie nie znoszę spędów kilkumilionowych i wielogodzinnych kolejek żeby się wysiusiać. Nigdy nikt nie zmusiłby mnie żeby jechać na coś, czego się i tak dobrze nie przeżyje (patrz: przyjmowanie Komunii w przypadkowych kościołach). Czy podziwiam szaleńców, którzy się zabijali żeby znaleźć miejsca w hotelach? Nie. Ja sobie przeżyłem swoją zwykłą mszę świętą tak jak mogłem najlepiej, a żonce jak się zachciało siusiu podczas mszy (dzidziuch naciska ;)), to sobie wyszła. I po pięciu minutach była z powrotem! 😀

    Nie podziwiam, nie zazdroszczę, nie kręci mnie to. Pozdrawiam.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s