Byłam na Turnerze (wpis snobistyczny)

W Muzeum Narodowym w Krakowie obecnie można obejrzeć wystawę pejzaży autorstwa Wiliama Turnera (tutaj więcej o samej wystawie i autorze). Jeśli ktoś uważa tego malarza wyłącznie za autora lekkich, łatwych i przyjemnych widoczków, preimpresjonistę (nie wiem, czy takie pojęcie w historii sztuki istnieje?) i przez to myśli, że obejrzenie jego prac nie jest wyzwaniem, to zdecydowanie się myli.

Owszem, piękne pejzaże. Ulubioną techniką Turnera były farby wodne: akwarele, gwasz, czasem bardzo przemyślanie użyty ołówek. Jest też kilka obrazów olejnych, na których zresztą widać wyraźnie upływ czasu. Jak dowiedziałam się od Ani Miotk, z którą byłam na tej wystawie, uszkodzenia wynikają z tego, że malarz nie dostosował się do techniki malowania olejami i stąd spękania i odpadająca farba. Próbował malować olejami jak akwarelą, np. mieszając farby na obrazie.  Pozostałe prace, mimo delikatności kolorów wynikającej z użytego tworzywa są niesamowitymi opowieściami. Zaiste, mają moc.

Uporządkowano je żywiołami: ziemia (wspaniale oddana przestrzeń na pejzażach górskich), woda, powietrze i ogień, potem jest długi ciemny korytarz, w którym można poczuć się jakby się stało podczas sztormowej nocy na nadmorskim klifie: słychać szum wiatru, stukot uderzajacych o siebie drewienek, a po nim sala pod tytułem „Fuzja”, w której zaprezentowane zostały obrazy będące opowieścią o zmaganiu się wszystkich żywiołów. W pamięci został mi zwłaszcza ostatni obraz: niewielka akwarela przedstawiająca port w Wenecji. Mgła, cienie i gdzieś w tym ukryte, nie namalowane wprost, choć obecne, słońce. Ciemny korytarz ma też swoje uzasadnienie w anegdocie o wizycie znajomych u Turnera, ale nie zdradzę o co dokładnie chodzi – nie chcę psuć frajdy odkrywania powiązań tym, którzy się wybiorą na zwiedzanie.

A gdzie w tym zagadka i trudność? Otóż oprócz obrazów „wprost” są też tam obrazy „pokombinuj” (że tak to roboczo nazwę). Są to szkice i prace będące po prostu szukaniem formy odpowiadającej temu, co doświadczane. Nieme świadectwo dążenia do uchwycenia istoty tak zmiennych elementów świata jak światło, woda.  Jak opowiedzieć sztorm? Bez dosłowności, ale jednak przekazując jego przerażającą, destrukcyjna siłę, która jednocześnie fascynuje i każe zastygnąć w miejscu? Patrzeć? Nie ma na nich horyzontu, na pierwszy rzut oka wydają się przypadkowymi plamami farby. Ale przypomnijcie sobie wschód słońca we mgle, albo niebo pełne pędzonych wiatrem obłoków – czy jest tam jakaś stała? Czy raczej jest to festiwal barwnych plam, punktów światła i półmroku? Intensywnego różu, czasem ze smugą przetartego spod szarości chmur błękitu. Mgieł, zza których czasem przeciera się wybrzeże lub szczyt. Turner szukal języka ich opowieści. I w wielu wypadkach udało mu się dokonać tłumaczenia.

Polecam wystawę, nawet jeśli biale podpisy na szarym tle niekoniecznie pomagają w dokształceniu się w jej temacie. Cóż, nie ma rzeczy doskonałych. Warto też na jej zwiedzanie nieco grubiej się ubrać – ze względu na to, że są to akwarele, powietrze w salach jest schładzane i nawilżane, można zmarznąć. Chociaż to też buduje klimat, klimat zdecydowanie wyspiarski w dobrym rozumieniu tego słowa.

Advertisements

10 thoughts on “Byłam na Turnerze (wpis snobistyczny)

  1. Turner potęgą jest i basta!!! The Fighting Temeraire tugged to her last Berth to be broken up – była kiedyś w londyńskiej Art Gallery cała wystawa poświęcona tylko temu obrazowi. Spędziłam na niej pół dnia, a potem poszłam jeszcze zobaczyć inne obrazy Mistrza. Całym sercem popieram wpis! Tylko co ma wspólnego ukochanie piękna ze snobizmem??? Chyba, że jest to snob światła…

  2. O nie, na Wyspach zdecydowanie cieplej 😉 A wystawa jest genialna – naprawdę bardzo warto zobaczyć prace Turnera na żywo, żadne chociażby najbardziej doskonałe zdjęcie nie jest w stanie oddać tego bogactwa kolorów, świetlistości, ruchu….

    • Zdjęcie, powiadasz – przypomniały mi się te kartki z obrazami Turnera z „podciągniętymi” kolorami 🙂 To prawda, jest w nim mnóstwo delikatności, jednak technika bardzo determinuje.

  3. Jak można zinterpretować dzisiejsze czytanie z Izajasza?Niby jest tam pociesznie, ale zaraz jest o dawaniu przez Boga ucisku, utrapienia, potem jest o rzezi. I robi się człowiekowi straszno. Nie lubię takich okrutnych czytań. To zawsze budzi niepokój i lęk. Mnie się podoba tylko zdanie o pocieszeniu i wysłuchaniu.

    • Odpowiedź masz w refrenie psalmu: „Szczęśliwi wszyscy, co ufają Panu”. Są w nas takie oddalające nas od Boga słabości, które może wyplenić tylko chleb ucisku i woda utrapienia. To jak z wyrwaniem ropiejącego zęba: boli, ale bez tego zabiegu cały organiz będzie coraz bardziej zatruty. Bog w tym tekście mówi, że nie opusci nas w chwili, kiedy dotknie nas ból i to jest najważniejsze. Też długo się z takimi tekstami „kopałam” wewnętrznie, ale z perspektywy czasu wiem, że to świadectwo Bożego milosierdzia. Tyle, że długo musiałam do tego dorastać i chyba wciąz jeszcze dorastam 🙂

  4. Ja nie umiem zaufać Bogu, bo mam zły obraz Jego. Natomiast z tymi słabościami jest tak, że człowiek ich nie chce. Na przykład frustracja powoduje, że mamy w sobie złość, czasem nienawiść, a Bóg nie zabiera powodu frustracji poprzez pomoc albo poprzez swoją opatrzność nie zsyła nam ludzi z którymi moglibyśmy być szczęśliwi i założyć rodzinę. I człowiek cierpi, jest przepełniony lękiem, smutkiem i to czy Bóg przy nim jest czy Go nie ma przestaje mieć znaczenie. Bo to wygląda tak jakby Bóg patrzył na nas i na nasze cierpienie i nic. Dlatego lepiej czasem dla zdrowia psychicznego wycofywać się z wiary, choćby na jakiś czas, bo nie można zmusić się do miłości do Boga. Bo co to za miłość na „przymusie”? Pewnie, że jest smutno jakby nie było niczego, żadnego Boga, ale ja mam do Boga żal. Owszem raz spowiednik polecił mi „wygarnąć Bogu” swój ból, ale to taka psychologiczna zabawa. Poza tym człowiek bywa już zmęczony tymi prośbami, błaganiami, wiara zaczyna kojarzyć mu się z takim folklorem. Jeśli przegrywamy życie to nigdy nie będziemy przy Bogu. Ja osobiście nie.

    • Warto wtedy sobie zrobić ćwiczenie z umierania, tzn. uświadomic sobie swoją śmiertelność. To bardzo zmienia perspektywę i często wtedy powod naszej frustracji nagle okazuje się dziwnie mikry a obecność Boga bardzo istotna. Także ludzie żyjący w małżeństwach i to dobrych małżeństwach mówią, że jest w nich sfera samotności, której nie jest w stanie zapełnić drugi czlowiek, choćby nie wiem jak sie starał. Mi samej też trudno w samotności, ale gdyby nie obecność przy mnie Boga, to już kompletnie bym jej nei zniosła 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s