Religia goryczy na „k”?

O zmarłym w tym roku, emerytowanym biskupie Albinie Małysiaku (nota bene przekochanym, bardzo prostolinijnym człowieku) krąży wiele anegdot. Jedna z nich opowiada o tym, jak biskup wybierzmowawszy spory tłumek młodzeży, skierowal do niej słowo. I powiedział: „Pamiętajcie, moi drodzy, prawdziwym chrześcijaninem jest tylko ten, kto sam sobie zadaje gwałt!”

Niestety, młodym i nie tylko, nie skojarzyło się to pobożnie 🙂

Czemu dzielę się ta wesołą opowiastką? Bo przeczytałam dziś tekst Tomasza Rowińskiego „Gorzka religia z Brideshead” na portalu Christianitas i zagotowałam wewnętrznie. Samo „Brideshead revisited” Ewelyna Waugha jest jeszcze na mojej liście książek, które chcę przeczytać, więc nie chodziło o ujęcie treści. Chodzi o stwierdzenie iż katolicyzm jest gorzką religią, a jej gorycz swój wyraz znajduje w… kontemplacji. Dosłownie zaś: adoracji i liturgii trydenckiej, która nie wymaga dużego zaangażowania, a więc też dominuje w niej aspekt kontemplacyjny. Gorycz ta ma być lekiem na melancholię – tej tezy nie pojmuję zupełnie, więc z nią dyskutowac nie będę.

Ale robienie z adoracji Najświętszego Sakramentu i uczestnictwa w liturgii gorzkiego doświadczenia to według mnie jest nadużycie. Zdecydowane. Rozumiem, że bycie blisko z kims kochanym, przebywanie razem to esencja goryczy? Albo ja mam problem z kubkami smakowymi, albo pan Rowiński dokonał nadużycia, osiągając efekt podobny do biskupiego zdania przytoczonego powyżej, tylko z drugiego krańca emocjonalnej amplitudy. To juz nie jest zabawne – to jest niebezpieczne.

Owszem, Tolkien pisze o goryczy katolickiej wiary, ale w Anglii, zwłaszcza Anglii jego czasów katolicy byli dziećmi gorszego Boga. Jako posłuszni papieżowi byli postrzegani jako semi-zdrajcy (w XVIII w. niejaki pan John Locke umieścił katolików na liście osób, którym bezwzględnie nie należy ufać jako obywatelom, i to rozumienie gdzieś nieustannie nurtuje w brytyjskiej mentalności). I dopiero w tej perspektywie bycie katolikiem nabiera goryczy. Niektórzy tę gorycz wieńczyli krwawym męczeństwem (jak choćby Tomasz Moore), dla innych to męczeństwo rozkładało się na całe życie i miało charakter bycia obywatelem gorszej kategorii. Ale jeśli spojrzymy na listy Tolkien i to, co on pisze o komunii, nagle odkryjemy zachwyt i głebokie umiłowanie. Goryczy nie stwierdzam.

Ale wracając do innego mojego stwierdzenia a mianowicie, że spoglądanie na katolicyzm jako na religie goryczy jest niebezpieczne, należy sie pewne wyjaśnienie, mianowicie w czym widzę to niebezpieczeństwo. Otóż w traktowaniu katolicyzmu jako gry, która zapętliła się na poziomie „Krzyż”. Jest jeszcze zmartwychwstanie. I ono jest źródłem nieustającej radości a przynajmniej powinno być. I to radości najgłebszej, płynącej z przekonania, że oto mam dokąd dążyć, że nie muszę się bać ludzi, że nie jestem skazana na wieczne oddzielenie od Boga. I przychodza ciężkie chwile, ale wtedy mam tę dalsza perspektywę, która mnie uwalnia. I tej perspektywy najlepiej uczyć się właśnie na adoracji i na liturgii. Gorycz ciężaru krzyża staje się słodka, prześwietlona nadzieją. To jest prawdziwy katolicyzm – pełen pokoju i afirmacji życia. Taki, jak opisywal go G. K. Chesterton. Tak, jak je przeżywał aż do ostatniej chwili T. Moore, żartujący nawet na szafocie.

Jeśli chodzi o angielskie wzorce, to przemawiają do mnie raczej dwa powyższe.

[uzupełnienie]

Tomasz Rowiński odpowiedzial na mój komentarz pod swoim tekstem, więc tu wklejam, bo wiele według mnie wyjaśnia:
„A tak swoją drogą – jeśli Adoracja nie ogałaca naszej duszy to coś jest z nią nie tak – przynajmniej na dłuższą metę. To co jest w niej cudowne nie polega na niwelowaniu goryczy. Bardzo zapadło mi w głowę doświadczenie pewnej karmelitanki, która mówiła, że adoracja NS ma pewną dynamikę, która prowadzi tez do momentu, w którym dusza staje przed świadomością, że poświęca życie na patrzenie na kawałek chleba.

“Zasadniczym obrazem “Znowu w Brideshead” jest to, że “działnie łaski” nie sprawia, że życie przestaje byc gorzkie.” Oczywiście każdy ma swoją dawkę goryczy, ale zwyczajnie nie wydaje mi się, żeby działanie łaski polegało na niwelowaniu cierpienia. To co napisałem też nie oznacza, że religia nie przynosi pocieszeń, np. w modlitwie.

Sądzę jednak, że droga duchowa wymaga doświadczania goryczy, rozczarowań. I fakt że ktoś w oczach świata źle skończył nie jest świadectwem braku łaski”.

[od mnie}

Zgadzam sie z tym, że działanie łaski nie niweluje cierpienia namacalnie. Ale daje siłę, nie zostajemy sami.

Reklamy

11 thoughts on “Religia goryczy na „k”?

  1. Trudno jest polemizować z kimś, kto nie doświadczył radości spotkania z Bogiem. Milcząca adoracja podobna jest raczej do kosztowania ciszy i wieczności istnienia. To są te chwile gdy Bóg pokazuje człowiekowi Jego świat i swoje wartości takie jak dobro i prawda. Buddyści mają swoją nirwanę gdy rozpływają się w nicości a chrześcijanie przeciwnie, świadomość uczestniczenia w życiu Boga, radość bycia Jego kochanym dzieckiem. Bez adoracji, bez tej przestrzeni spotkania sam na sam z Bogiem w ukryciu człowiek łatwo poddaje się światu, zatraca się w nim, traci rozeznanie i cel w chaosie informacji i głupawych idei, które prowadzą donikąd. Po adoracji człowiek otrzymuje od Boga błogosławieństwo i siłę do czynienia dobra, zostaje obdarowany łaską i światłem na dalszą drogę. To dobrze, że człowiek cierpi bo to znaczy, że jest wrażliwy na zło, przed którym ból chroni go, tworzy dyskomfort i zmusza go do myślenia i działania i przemiany. Spotkanie z Bogiem zawsze ma swoje konsekwencje. Nie ma nic za darmo. Życie to praca.

  2. @aG

    Szanowny aG,

    strzał kulą w płot 😉 doświadczyłem wiele radości ze spotkania z Bogiem i trochę w ogóle bawi mnie, że zajmujemy się moją psychologią, a nie treścią książki Znowu w Brideshead.

    @E
    Dlaczego gorycz ma być lekarstwem na melancholię? Gorycz jako doświadczalne oczyszczenie uczuć, ściągnięcie cugli sercu. Przecież melancholia to choroba niepowściągliwego serca w pewnym sensie. Nie jestem psychologiem i pewnie dlatego melancholia zbliża się w moim myśleniu do pewnego rodzaju nietwórczych tęsknot.

    • Dziękuję za wyjaśnienie powiązania goryczy z melancholią – jak zwykle diabel siedzi w przyjętych definicjach pojęć 🙂 Melancholia bywa „nietwórczymi tęskontami” to prawda – znam kilka takich osób. Muszę się dłużej zastanowić nad tym, co pan napisał o goryczy jako cuglach dla serca. Wydaje mi się, że jestem blisko zrozumienia o co chodzi, ale jeszcze nie potrafię spracyzować 🙂

  3. Ale numer, Panno Filoteo. Będę (może trochę prowokacyjnie) bronił tego tekstu. Bo gdzieś tam, po pierwszym proteście, zauważyłem trochę prawdy.
    Wyjdźmy od kondycji świata naszego: jednym ze zdań opisujących ją jest zdanie, iż żyjemy na poziomie powierzchownym, na poziomie emocji, a mniej na poziomie woli? ducha? I teraz melancholia to coś, co pojawia się właśnie na tym powierzchownym poziomie. „Wszystko upada, wszystko umiera, a ja razem z tym wszystkim, ja, samotny, cierpiący romantyk…” albo „Jestem taki beznadziejny, jestem śmieciem, bo ona mnie nie kocha, nikt mnie nie kocha…” – to jest właśnie melancholia, czyli smutek, który nie prowadzi do nawrócenia (św. Paweł!!!). I teraz katolicyzm zastępuje ten smutek smutkiem z prawdziwego zdarzenia, dobrym, opartym na prawdzie: „Łaska Boska grunt, grunt, grunt, /A świat cały fig funt, funt” (x. Baka). Oczywiście nie można tego uogólniać, bo nie tylko o to chodzi w chrześcijaństwie. Ale to jest jeden z aspektów. Może i w naszym przesłodzonym do granic świecie trzeba tej goryczy troszeczkę. Nie za dużo, ale szczyptę tak.

  4. To, co napisał Jarema, kojarzy mi się z ulubionymi fragmentami lektury:
    -Są dwa rodzaje smutku. Jest smutek, który utracił nadzieję, który nie ufa już miłości i prawdzie i dlatego wyniszcza człowieka i rozkłada go od wewnątrz. Jest jednak i taki, który pojawia się jako efekt wstrząsu wywołanego w człowieku przez prawdę; doprowadza on człowieka do nawrócenia i stawiania oporu złu. Taki smutek jest uzdrawiajacy, ponieważ uczy człowieka nowej nadziei i miłosci- J. Ratzinger, Jezus z Nazaretu, I, Kraków 2007, 82.
    Dalej mowa jest o tym, ze ten smutek uzdalnia do współczucia, współcierpienia, jest znakiem sprzeciwu wobec zła, bo nie odwraca się! od nieszczęścia
    Na swoj sposób rozumiem to tak, iż smutek z prawdziwego zdarzenia (nomen omen) uzdalnia do swego rodzaju męstwa bycia (co dla mnie jest ,,ściągnięciem cugli sercu”, że pozwolę sobie zawłaszczyć na moment tę udaną metaforę). Zawsze mi się zresztą wydawało, ze prawdziwa nieskłamana radość (czy moze skromniej chęć) zycia, bycia, musi być podszyta smutkiem czy też goryczą.
    Pozdrawiam dyskutantów

    • Nie okresliłabym tej podszewki radości goryczą, może stąd mój opór. Chociaż może świadomość bycia nieustannie w drodze, co oznacza nieustanne tracenie, aby więcej zyskać, jest formą goryczy? Ale myślę, że kluczowe jest tu to „zyskać więcej”. Nie tracimy dla tracenia, tracimy aby otworzyć się na więcej.

      Ale myślę, że trafnie ujęłaś to, co próbowałam sobie doprecyzować z tekstu pana Tomasza – dziękuję 🙂

  5. taaak. Wiem, że to nie jest przedmiotem rozważań, ale bp Małysiak do końca życia został przeze mnie zakodowany jako „ten od bierzmowania”. I prawda – było z nim radośnie 😉

  6. Cieszę się:)
    Szanujac Twoją wrażliwość i Twoje świadectwo, pozostanę jednak przy swoim. Jako że/póki nie doznaję uszczerbku na pogodzie ducha:)
    Na marginesie, najkrótsze ponoć zdanie Ewangelii brzmi -Jezus zapłakał -J11,36.
    Nad Łazarzem – nie tylko własnymi utratami zyjemy… nie tylko je cierpimy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s