Szkółka kaznodziejska

Wczoraj o. Paweł Kozacki swoim wpisem na blogu wsadził kij w facebookowo-medialne mrowisko. Opisał w nowym świetle kilka tematów już od dawna mielonych, a mianowicie kryzys Kościoła w Polsce, niezdolność do jego dostrzeżenia przez część katolików i nieprzystawalność języka, jakim mówi hierarchia, do odbiorców.

I ten język jakoś tak mi zapadł w głowę i nie mogę się od tej kwestii uwolnić. Myślę, że nie ma jednego, jedynie słusznego języka dla Kościoła – są pewne reguły określające szkicowo warunki graniczne, ale Kościół to polifonia. Ma to bardzo mocne uzasadnienie właśnie w odbiorcy. Nakłada się tutaj co najmniej kilka wektorów sił:

– typ osobowości: bardziej-mniej dynamiczni, bardziej-mniej introwertyczni, etc.

– typ duchowości: są ludzie, którzy aby spotkać Boga potrzebują emocjonalnego kopa (ci odnajdą się w ruchach odnowowych), są też tacy, których nadmiar emocji blokuje (tym dobrze zrobią rekolekcje zamknięte), są szczególnie wrażliwi na nieszczęście innych (do tych przemówi świadectwo zgromadzeń typu Misjonarki Miłosierdzia), a są i tacy, którzy najpierw spotykają Boga na indywidualnej modlitwie i On ich prowadzi do ludzi.

– etap rozwoju duchowego: duchowość nie jest stanem constans – ona ewoluuje w człowieku i te etapy dojrzewania są opisane czy to u ojców pustyni, czy u Jana od Krzyża, czy innego chrześcijańskiego mistrza duchowego. I na każdym etapie rozwoju potrzebna jest inna strawa. Święty Paweł pisze do Koryntian, że na początku dawał im mleko, bo byli jak niemowlęta. Potem przychodzi czas na pokarm stały.

– warunki życia: o tym wspomina też o. Paweł – ludzie wychowani w mieście mają inną mentalność niż wychowani na wsi, inną wrażliwość na różne kwestie i inne metody rozwiązywania problemów. I co innego ich jest w stanie poruszyć w kazaniu.

To nie są wszystkie aspekty wpływające na to, jak mówić do ludzi i jak komunikat zostanie odebrany. Wiem, wygląda na to, że mówienie kazań to jazda bez trzymanki i praca z mikroskopijna nadzieją na powodzenie. Jednak między kaznodzieją a słuchającym, a także w kaznodziei i słuchającym działa ten sam Duch. Więc po pierwsze: modlić się.

Pod drugie: słuchać ludzi zanim zacznie się do nich mówić i po tym, jak się już powiedziało (swoją drogą konfesjonał to świetne miejsce na otrzymanie komunikatu zwrotnego – Kościół wykorzystywał badanie efektywności działań jeszcze zanim na to wpadli spece od marketingu i PR 😀 ).

Po trzecie: nie grac na ambonie kogoś, kim się nie jest. Ludzie wyczują. Tylko uczciwość sprawia, że słowo staje się nośne, bo tylko prawda. w tym prawda czyjegoś życia, jest ciekawa.

To oznacza także, że w Kościele jest miejsce na różne szkoły kaznodziejstwa i tak powinno pozostać. Abp Michalik miał rację pisząc w odpowiedzi o. Wiśniewskiemu, że wielość nurtów w polskim Kościele to jego bogactwo. Jeśli jest miejsce na głos radiomaryjny i na głos z Tygodnika Powszechnego, to znaczy, że nikomu nie knebluje się ust. I można wykazywać obu środowiskom stosowanie manipulacji, ale skoro są i mają swoich zwolenników, to znaczy, że w ten sposób udaje im się dotrzeć z Ewangelią do tych ludzi.

Moją wspólnotę eucharystyczną odnalazłam u dominikanów i ich styl głoszenia jest tym, który mi najbardziej odpowiada. Moja bratanica woli Odnowę, znajomi kapucynów a sąsiedzi neokatechumenat. Na szczęście zachowujemy świadomość, że w tym wszystkim chodzi o Chrystusa. I to jest zwornik wszelkich działań oraz papierek lakmusowy tego, czy dana szkoła głoszenia jest z Ducha czy nie. Kaznodziejska urawniłowka pod jeden sznurek raczej będzie miała kiepskie efekty.

Reklamy

10 thoughts on “Szkółka kaznodziejska

  1. Mi przede wszystkim przeszkadza teologiczny żargon. Nie jestem fachowcem, jestem nieco więcej niż przeciętnym (z racji wykształcenia) zjadaczem kazań i artykułów w prasie. To, co imponowało mi u nowoewangelicznych chrześcijan (z którymi spotykałam się na domowym czytaniu i komentowaniu Pisma Świętego), to to, że oni swoje doświadczenia religijne przekładali na swoje życie. Pan Bóg był dla nich tak samo realny, jak najbliższy przyjaciel, szukali też powiązania Biblii z ich codziennym życiem. Tymczasem język słyszany przeze mnie w KK, nic mi nie mówił. Dopiero, gdy trafiłam do dominikanów, znalazłam u nich to samo – umiejętność dostrojenia się do języka zwykłych ludzi i ich codziennych doświadczeń. Niestety, hierarchowie tego nie rozumieją. Listy pasterskie czy chociażby coroczne listy z KUL są zrozumiałe, ale dopiero dla kogoś o moim poziomie wykształcenia, czyli dla kilku procent społeczeństwa. Są sensowne i mówią dużo mądrych rzeczy, pod warunkiem, że ktoś rozumie pojęcia, jakimi operują. Przeciętna ludność czy nastolatki ich niestety nie rozumieją, a do tego kojarzą z „gębami” nadanymi przez co bardziej liberalne media. Tak samo nie rozumieliśmy w liceum naszego katechety – to był młody ksiądz, ale o niewielkim poziomie wiedzy, kompletnie nieprzygotowany do ostrych dyskusji, do tego posługujący się zbitkami słów. Jak taki Kościół chce porozumiewać się ze swoimi wiernymi, zwykłymi ludźmi?

  2. Elu, ale tu nie chodzi o urowniłowkę kaznodziejską, tylko o dostosowanie głoszenia do odbiorcy. Ania słusznie wskazała, że, wbrew pozorom, teologów ci u nas znikoma ilość… Różnorodność jest piękna, ale zarówno u białych, jak (przypuszczam) u neonów, odnowieńców i innych mówi się tak, że odbiorcy to rozumieją. I dlatego takie miejsca przyciągają. Radio Maryja też mówi językiem dostosowanym do odbiorców i dlatego ma taki dobry odbiór w tym środowisku. Inna rzecz, czy nadający w tym radio i jemu pokrewnych mediach na pewno docierają do odbiorców z ewangelią. Bo jeśli słuchacze czy czytelnicy reagują na inaczej niż oni myślących agresją, to co to za ewangelia? A z drugiej strony reakcje na tzw. „mohery” np. czytelników TP, ociekające pogardą, też stawiają pod znakiem zapytania nauczanie tego czasopisma.

    Więc różnijmy się na zdrowie, ale szanujmy się wzajemnie. I nie zapominajmy o co w tym wszystkim idzie 🙂

    • Mi tak trochę zabrzmiał tekst o. Kozackiego, ale możliwe, że uprościłam za bardzo – nie do każdego dotrze tekst pisany czy mówiony stylem Hołowni, nawet jeśli jest prosty. Radio Maryja ma podobno mnóstwo fajnych programów ewangelizacyjnych i możliwość wspólnej modlitwy na antenie – to przyciąga.
      To w ogóle jest ciężki temat i długo trzeba by o tym pisać 😦

  3. Na wsi chodzę na wiejskie kazania i już nie raz zaskoczyła mnie jakaś piękna myśl i zgrabna fraza w kazaniu głoszonym dla prostych lecz nie głupich ludzi. A nawet w Przesławnym Zakonie kazania zdarzają się płynąć po duchowych mieliznach. Wytworny lub nadęty intelekt to jeszcze nie wszystko. Mądrość jest darem.

  4. Trzeba jeszcze pamiętać o różnych darach, charyzmatach. Nie jesteśmy identyczni, świat nie kończy się na nas a Kościół to nie jakieś kółko zainteresowań. Nauka musi być spójna i głosić jedyną prawdę we wszystkich językach i na wszystkich poziomach intelektualnej percepcji i duchowego rozwoju wierzących i niewierzących i wątpiących i niezdecydowanych.

  5. 1. W kwestii języka – Chrystus jest Słowem, ale Słowem Wcielonym.

    2. W kwestii języka 2 – „Gdy Jezus dokończył tych mów, tłumy zdumiewały się Jego nauką. Uczył ich bowiem jak ten, który ma władzę, a nie jak ich uczeni w Piśmie.” (Mt 7, 28 i 29). Oraz – Jezus do Piłata na jego pierwsze pytanie o to, czy Jezus jest Królem Żydowskim : „Czy to mówisz od siebie, czy też inni powiedzieli ci o Mnie?” (J 18,34). Trzeba mieć najpierw „co”/Kogo głosić, żeby głosić skutecznie.

    3. Od dawna, także na tym blogu, powtarzam, że kościół – zwłaszcza instytucjonalny – właściwie nie głosi Ewangelii, zresztą nie żyje nią także. To wiekowa organizacja, zajęta sama sobą – co wychodzi także w naszych o kościele rozmowach. Bo my nie spieramy się, nie szukamy B., tylko zajmujemy się rzeczami drugorzędnymi – gdybyśmy zbliżali się do B., mielibyśmy moc przekonywania 🙂 To zresztą chyba nawet B16 zauważył ostatnio – tylko nie dostrzegł, że to najpierw kościół zajmuje się sam sobą, działając wedle bardzo świeckich reguł; nie będę się już powtarzał po wielu tu wpisach.

    4. Myślę, że wynika to z zadufania kościoła. Też się powtórzę – za bardzo jesteśmy pewni, że B. do nas przychodzi w sakramentach, prawie że na skinienie… Gdzieś tu poruszamy się po bandzie drugiego przykazania… O pierwszym już nie wspominając 😦

    5. Podpisuję się pod tym, co napisała Mishka – i to czterema łapami!

    6. Wielość nie kojarzy mi się z Pięćdziesiątnicą, tylko z tym, że każdy słucha tego, co dlań przyjemne. Jedni lubię muzykę dawną i średniowieczne klimaty, no to mogą sobie pokontemplować chorały, stary obrządek; inni lubią wspominać dzieciństwo, to sobie do wiejskiego kościółka pójdą i tradycję odnajdą, starych znajomych, wspomnienia, poczucie wspólnoty i narodu…; innym miło, jak Hołownia mówi, że chrześcijanin też może się ubierać modnie, a mówi bardzo dowcipnie… Itd. (Swoją drogą, trzeba mieć tupet, by tak tytułować i okładać swoje książki – z całą sympatią do SH).

    6. Ja to w ogóle rzadko widuję chrześcijan – także w lustrze. Jeśli któryś chrześcijanin boi się, że wyleci z pracy, albo że mu się chore dziecko urodzi, albo że inne jakieś zło go dotknie lub czuje się samotny – to znaczy, że nie żyje w Kościele Jezusa Chrystusa. Tylko w systemie, który wspiera, ozdabiając go sobie czasami jakąś duchową ucztą, jak to ujmuje Zioło. Bo kościół to wspólnota, która żyje Ewangelią, a nie zajęcia po godzinach…

    Ze zwyczajowym, lecz szczerym – mówię (przesadzając nieco, lub przynajmniej stronniczo) bom smutny i sam pełen winy.

    • No własnie – Wcielone Słowo, a ty tworzysz jakiś Kościół dla aniołów bez winy. Wspólnota jest po to, żeby w niej dojrzewać. Do Paruzji będzie w niej grzech, bo my jesteśmy grzeszni. Lęk, poczucie osamotnienia – to ludzkie, wliczone w koszty. I Bóg przychodzi na skinienie – wydaje sie w nasze ręce, jak wydał się na Golgocie.
      Nie gloryfikuję instytucji, bo ją dość dobrze znam i często marzy mi się żółty buldożer albo trotyl podłożony pod co poniektóre budynki w mieście. Ale wiem, że to nie rozwiąże problemu, bo ten jest w sercach ludzi.
      Ech.
      Odpozdrawiam 🙂

      • Piszę jako grzesznik – ale widzę, przynajmniej po części, swój grzech. A grzech kościoła polega na jego systemie (witaj w protokole rozbieżności 🙂 ). To organizacja kleru, która na ogół ma się nijak do roszczeń bycia wspólnotą między ludźmi, wierzącymi w Chrystusa. Coś w rodzaju FIFA – jak często mówię w rozmowach z antyklerykałami – taka ponadnarodowa korporacja, której wpływy w jednej z najbardziej istotnych dla ludzi dziedzin sprawiają, że liczą się z nią rządy niektórych państw. Działacze. Tłumaczę moim adwersarzom, że z powodu korupcji i burd na stadionach, dopingu i innych takich, nie przestanę lubić grać w piłkę i kibicować. Wiem, że to straszne uproszczenie, ale cóż.

        Na Krakowskim Przedmieściu, na które wyglądałem przez telewizor, nie widziałem żadnego Pasterza, który by wyszedł po zagubione po wszystkich stronach rowu, owce. Po tych wszystkich kazaniach o krzyżu, wniebogłosach medialnych. To za kim ja mam iść, baranek niebogi? 🙂 Nie było za kim.

        Dużo by mówić, ale powoli mnie to nie zajmuje – traktuję duchowieństwo zgodnie z Ewangelią i literą jego własnych nauk – to służba. Ja zaś, korzystając z ich służby, staram się jakoś służyć innym. Na zasadzie „podaj dalej”.

        Jakoś nie wydaje mi się, by Kościół (dla niektórych chyba najważniejsze jest to, że ma 2000 lat – czyli jednak miłośnicy zabytków, obyczajów, języka…) był dobrą realizacją nauki Jezusa – nie dbam o to, czy w obecnej formie przetrwa następne 10 000 lat. Dbam o to, by zbliżyło się Królestwo B. (nie kościół). Czuwam.

        Powtarzam bez obłudy: grzesznik, bez prostych recept na zmianę. Ech, może pierwszym krokiem powinno być zaprzestanie przeze mnie gadania.

        Pozdrawiam.

  6. Co do nieprzystawalności języka hierarchii… Gdy podczas Mszy niedzielnej słyszę, że czytany będzie list duszpasterski, na ogół jakoś tak zaczynam się mościć w ławce, żeby wygodniej było zamknąć oczy i pomarzyć. Włączenie automatycznego pilota następuje często już po pierwszym zdaniu…
    To są piękne teksty, głębokie, napisane poprawną, elegancką polszczyzną, lecz z nielicznymi wyjątkami nie nadają się do czytania na Mszy Św. w całości. Są długie, trzeba by je czytać w skupieniu, ze zrozumieniem, wracając do poszczególnych fragmentów. Na Mszy chciałabym usłyszeć żywą homilię, popartą świadectwem życia kapłana, który głosi Słowo Boże.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s