Dwie kapituły, dwie wolności

Wracają do mnie obrazy z „Ludzi Boga”, szczególnie dwie kapituły klasztoru. Pierwsza, podczas której zarysowuje się wyraźny podział na chcących pozostać w Tibhirine i tych chcących wyjechać. Druga, kiedy wszyscy wybierają pozostanie. Dwóch z nich przeżyje, w tym jeden, który od początku, ze spokojem powtarza, że nie ma zamiaru się ruszać z domu.

Jakby Bóg czekał, aż każdy z mnichów dojrzeje do Jego propozycji męczeństwa. W rozlewisku czasu, w którym wydają się dominować  gwałtowne fale na powierzchni, nagle widać wyraźny prąd pod powierzchnią. Nurt najważniejszy, nurt Pana tej rzeki. „Nie jesteś pewien decyzji? Zaczekam. Chcę żeby to był twój wolny wybór, wybór za lub przeciw”.  I do tego rytmu jakby dostosowywała się rzeczywistość.

Tajemnica wewnętrznego spotkania dwóch wolności. Tajemnica Boga, Który czeka, aż wolność człowieka stanie się na tyle duża, by mógł się człowiekowi w pełni objawić.

Reklamy

12 thoughts on “Dwie kapituły, dwie wolności

    • Widzisz, Caddicus, w tym wypadku właśnie ludzka wolność musi wzrosnąć a nie się ograniczać – chodzi o osiągnięcie takiego wewnętrznego samoposiadania, że jesteś w stanie dac siebie całkowicie, bez reszty. I całkowicie przyjąć, co daje druga strona. Czy w tym przypadku raczej Strona 🙂 Taki mi wniosek przyszedł, w miarę jak sobie chodzę z tym filmem w pamięci.

      • To kwestia semantyki, ale dobrze brzmi. Wydaje się, że faktycznie jest to nadzwyczajne i niecodzienne poczucie bycia wolnym, by dać siebie. Na myśl przychodzą mi pierwsi z brzegu: Kolbe, Wojtyła, Matka Teresa z Kalkuty, choć i w wymiarze wartości innym od chrześcijańskiego też znajdziemy podobne postaci. Choćby Gandhi ze swoją postawą non violence.
        Owszem możemy dyskutować o jaką wolność chodzi, ale punktem wyjścia jest oddanie siebie i to jest mianownikiem dla wszystkich tego typu postaw.
        Pozdrawiam otoczony oparami porannej kawy.

      • 🙂 też znad kawy ci odpisuję
        muszę się nauczyć tak formułowac wypowiedzi, żeby nie ucinać dyskusji 🙂 to raz, tak dla mnie
        a to rozumienie wolności: samograniczenie? zdolność do daru? jakoś mnie ruszya – chce to przemyśleć, bo wydaje mi się ciekawe…

  1. Jeden swój koment skasowałem. Spróbuję inaczej 🙂
    Z Twojego wpisu wysnuć można (może się mylę) na przykład takie wnioski:
    a. B. proponuje męczeństwo;
    b. B. czeka z propozycją, aż się wszyscy zgodzą (to samo w sobie jest strasznie toksyczne – jesteście wolni, ale tylko wtedy, gdy się zgadzacie; jesteście wolni, by powiedzieć „tak” – oczywiście możecie powiedzieć „nie”, ale wtedy to już sami sobie radźcie – w piekle);
    c. skoro to B. czeka z propozycją męczeństwa, to znaczy, że kieruje komandami terrorystów, albo – w najlepszym wypadku – nie ostrzega przed nimi.

    Bardzo to antropomorficzna wizja B., bardzo toksyczna i bardzo – jak dla mnie – niewiarygodna, choć piszę to jako grzesznik, któremu o B. lepiej nie mówić nic. Nie widziałem też filmu, więc mogę nie pojmować skrótów myślowych.

    Osobną sprawą jest dyskusja o męczeństwie, które tak pojmowane jawi się istotnym przekłamaniem tego, co wydaje się ważne od samego początku, czyli od Krzyża – nie chodzi o cierpienie, tylko (odważne) świadectwo. Jezus nie chciał cierpieć (warto przypomnieć Modlitwę w Gethsemani), ale realizować wolę Ojca; kiedy go bito, pytał ze skargą, za co…
    Warto to powtarzać tym, którzy byliby rozczarowani, gdyby nie ponieśli „cierpień dla Chrystusa” – jeśli jaki „oprawca” da wam spokój po tym, co powiedzieliście, nie prowokujcie go dalej, choćby popadając w herezję, by was zabił…

    • Tak, Bóg proponuje męczeństwo – to jest łaska, bez udziału Ducha nikt nie jest w stanie dac takiego świadectwa Jezusowi. Możesz mnie za to zlinczować, ale tak wygląda dynamika tego doświadczenia. Ile razy czytam biografi męczenników, zawsze pojawia się motyw przeczucia męczeństwa i dochodzenia do decyzji jego przyjęcia. Co nie oznacza, że ci ludzie chcą umierać i wręcz się do tego palą. Genialnie to podejście opisał w swoim testamencie o. de Cherge.

      Bóg czeka, aż każdy z tych mnichów podejmie swoją decyzję: za lub przeciw. Jeśli któryś by uciekł, nie sądzę, żeby został za to potępiony. Po prostu odmówiłby i tyle (zresztą jeden z mnichów chowa się pod łóżko i zostaje ocalony z rzezi).
      Do klasztoru kilka miesięcy przed porwaniem wpadli terroryści i o. Christian zachował się tak, że pewnie uznałbyś to za prowokowanie męczeństwa (fajnie to opisuje w „Bobrach…” o. Michał). Ale właśnie to zachowanie spowodowało, że dopóki żył dowódca, który wtedy wkroczył do klasztoru, nic się mnichom nie stało. I ten czas zawieszenia odczytałam właśnie jako czas na podjęcie decyzji: wchodzimy w to, albo się wycofujemy. Tak to chyba jest tez pokazane w filmie. Ten czas jest darowany dzięki postawie Christiana, jego twardemu powiedzeniu: „Ja zawsze mam wybór”.

      I w słowach spoliczkowanego Jezusa nie słyszę skargi, raczej domaganie się sprawiedliwości: „Jeśli źle powiedziałem, powiedz co było złego, ale jeśli dobrze, to dlaczego mnie bijesz?”.

  2. Nie wystawiaj się do linczowania, nie tak łatwo mnie sprowokować…

    Nie odpowiedziałaś na moje wątpliwości, które dotyczą „Czegoś” znacznie poważniejszego niż osobiste przekonania choćby najświętszych ludzi. Przypomnę, że swoich męczenników mają inne religie i ideologie – z samego męczeństwa naprawdę niewiele wynika, o zgrozo. Greckie martys znaczy świadek, a nie męczennik. I o świadectwo, jego rozumienie, idzie tu najbardziej. Co poświadczają ci konkretni – zawsze konkretni w konkretnej sytuacji – ludzie? O czym świadczysz w swoim wpisie Ty – jeszcze zanim Cię za niego zlinczuję? Jakiego B. mi głosisz dzisiaj? Jaką „dobrą” nowinę?

    Za mało miejsca i czasu na poważne przedyskutowanie Ewangelii i dziejów naszej kultury pod kątem „męczeństwa” (w tym stosunku do ciała, choćby u pustelników, których tradycja wiąże się po części z ustaniem prześladowań) – a widzę taką potrzebę.

    Na odchodne zauważę, że bycie chrześcijańskim „męczennikiem” jawić się może nadzwyczaj tragiczne nie tyle ze względu na własne cierpienie, ale na to, że – jakkolwiek przyjmuje się to i znosi ofiarnie – w akcie męczeństwa dochodzi do nieszczęścia grzechu „oprawcy”, więc wszystkimi możliwymi siłami, nie negując swego świadectwa, należy do tego nie dopuścić.
    Przypomnę, że istotą tragicznego wyboru jest równoważność przeciwstawnych racji w obliczu nieuchronnej katastrofy – równie złe jest „odwołanie” Słowa Prawdy i Wyznania Miłości, jak grzech oprawcy i męczeństwo ofiary. Przy czym ofiarą – w głębokim sensie – staje się dopiero ten, kto przyjmuje na siebie rolę „kozła ofiarnego”; o ile w ogóle jest sens mówić o Ofierze innej niż Chrystusowa – chyba nie.

    • Dobrą nowinę o wolności.

      A w jaki sposób byli świadkami mnisi z Tibhirine widac wyraźnie w tym filmie: zostali z ludźmi z wioski, dla których byli punktem oparcia (nota bene też muzułmanów).

      Szukanie męczeństwa jest grzechem, zresztą nikt przy zdrowych zmysłach go nie szuka. Jednak czasem Bóg prosi o takie świadectwo; o trwanie przy prawdzie za cenę śmierci. Zabójca nie musi zabić – to, że ostatecznie to robie to także, zauważ, jego decyzja. On także wybiera: grzech a nie nawrócenie. Jak pisałam: starszy dowódca oddziału uszanował niezłomność o. Christiana, jego następca wybrał zabójstwo.

      To nie tylko ten, kto ginie, decyduje.

      Ciebie może takie świadectwo odrzuca. Ale byc może są tacy, których przekona do prawdziwości Ewangelii.

  3. Po pierwsze, dziękuję za dialog i współobecność.

    Przeczytałem następny wpis – wypowiedź o.Christiana – ale, oczywiście, nie będę go komentował i wolę się wpisać tu niż cokolwiek bazgrać pod nim. Nie chcę też wchodzić w dyskusję o Algierii – choć z kilku powodów jest to dla mnie sprawa dyskusyjna; za małą mam jednak wiedzę.

    Elu, zrozum mnie i wybacz szczerość. Nie odrzucają mnie świadectwa chrześcijańskich męczenników. Zareagowałem stanowczo na drugi akapit powyższego Twojego wpisu, z którego wyłania się wprost fatalistyczna wizja B., który – powtórzę:
    a/ proponuje męczeństwo, jakby to od Niego „extra” zależało lub przynajmniej zależało doprowadzenie kogoś do tej sytuacji;
    b/ okazuje się Panem rzeki czasu i rzeczywistości, który zwleka ze swoją propozycją – ergo to On decyduje o działaniach terrorystów.
    Nie potrafię dziś uwierzyć takiemu B., bo pod tym kryje się niezwykle zagmatwana koncepcja Jego odniesienia do człowieka – o co miałoby tu chodzić? O „ofiarę”, by ją sprawdzić? O „oprawców”, żeby ich nawrócić – a którymi przecież można „manipulować”, by zaczekali z atakiem? To wizja tak splątana, że nie potrafię nawet się do niej jasno odnieść.
    Żadna Twoja odpowiedź, ani następny wpis nie tłumaczą tego akapitu – nie w sensie tłumaczenia się „przede mną”, ani nawet tłumaczenia „mi” w jakiego Ty B. wierzysz. Osobliwe, że wierzę, iż nie wierzysz w takiego B., o jakim napisałaś – a jednak mnie to poważnie zaniepokoiło, również przez wzgląd na to, że to wypowiedź publiczna…

    Nie neguję też przeczuć, które miał choćby sam Jezus co do swojej śmierci, jej momentu, osoby zdrajcy; nie neguję proroctw… Nawet więcej – bardzo się ich obawiam, bo samemu mi się wydaje, że już niebawem także w Europie może nadejść czas, gdy słowa o męczeństwie/świadectwie zmienią swą moc odniesienia do rzeczywistości…

    Kontekst tej naszej wymiany myśli jest wszak tym samym kontekstem, który spowodował – być może – cudzysłów przy słowach „łaska męczeństwa” w liście o. Christiana.

    Ze swej strony polecam uwadze dwa momenty Ewangelii:
    1. Mowę Misyjną Jezusa – niełatwy tekst, w którym padają m.in. takie słowa:
    „Gdy was prześladować będą w tym mieście, UCIEKAJCIE DO INNEGO…” (Mt10,23 – podkr.moje).
    Nie znaczy to, że tylko ten wers jest dla mnie istotny – jak mówię: to bardzo trudny, złożony tekst.
    2. Historię Judasza, który – podobnie jak „oprawca” – ma, owszem, swój obszar wolności i można nawet mieć nadzieję, że gdyby wrócił do Jezusa, to Ten by mu przebaczył, może nawet przebaczył mu B.; problem w tym, że nie możemy nic powiedzieć, czy Judasz kiedykolwiek przebaczy(ł) sobie.

    Powtarzam bez obłudy, żem grzesznik – który bardziej tęskni niż szuka B., o którym czasem myślę, że stwarza i wychowuje do takiej Miłości, która nie tylko mocniejsza jest niż śmierć, ale jak to (mniej więcej)ujął Ratzinger we „Wprowadzeniu w chrześcijaństwo” – aby być mocniejszą niż śmierć, musi być czymś więcej niż samo życie, czego niekiedy przychodzi doświadczyć…

    Przepraszam za rozchwiane i rozwlekłe wypowiedzi, raz jeszcze dziękując za wszystko 🙂

    • Ufff, już się bałam, że stwierdzeniu o pisaniu na odchodne z poprzedniego komenta oznacza, że przestajesz czytać u komentować u mnie – byłoby ciebie brak 🙂

      W drugim akapicie chodziło mi o to, że decyzja na męczeństwo wymaga głębokiej wolności. I że Bóg daje czas, by do takiej wolności dojrzeć. Nie mam wizji Boga jako sadysty czekającego, aż ofiara „zmięknie” – raczej jako Kogoś, kto szanuje udzielony przez siebie światu dar wolności i z szacunku do niego czasem potrzebuje świadectwa męczenników i o takie świadectwo prosi wybrane osoby. I pomaga im się przygotować, jak himalaiście przygotowującemu się do wejścia na ośmiotysięcznik.

      Śmierć braci w Tibhirine przypomina mi trochę śmierć Maksymiliana Kolbego – oni umierają za braci, nie dosłownie za Chrystusa. Wystawiają się na śmierć w imię miłości do tych, którzy im ufają i którzy paradoksalnie tez sa muzułmanami.

      Polecam ci ten film, naprawdę warto zobaczyć.

      A teksty biblijne przyjmuję i przypominam też scenę z XXI rozdziału J, kiedy Jezus zapowiada Piotrowi jak zginie 🙂

      Pozdrawiam! 🙂

  4. … aż taką mimozą nie jestem 🙂 ale troszkę mógłbym się jednak temperować – choć te wpisy akurat działy się we mnie pod nieokreślonym natchnieniem 😉
    Dobrze tak myśleć równolegle, między tymi wpisami, po dwóch stronach Polski – a właściwie po wielu stronach Polski 🙂 I wierzę, że to współmyślenie jeszcze trochę potrwa, rezonując różne kwestie 🙂

    Dziś jednak, jak sądzę, oddajemy pokłon temu samemu B. – więc panoszący się tu mądrala niniejszym zaprzestaje ciągnięcia wątków i cichnie z pokorą a wdzięcznie 🙂

    Pozdrawiam znad morza, które miejscami w lodzie i krze, a wicher taki, że słychać w nim, co gadają w Krakowie 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s