Newsweek contra rzetelność

Czyli katalog błędów i wypaczeń w tekście Dariusza Wilczaka i Marka Raszplewicza „Kościół kontra medycyna, czyli jak w Licheniu leczą bezpłodność” (Newsweek 13 grudnia 2010)

[lid]

W Licheniu powstaje ośrodek leczenia bezpłodności metodą zgodną z nauką Kościoła, lecz kwestionową przez medycynę.

Metoda kwestionowaną przez wielu lekarzy, nie medycynę jako naukę. Od jednej z lekarek leczących bezpłodność metodą in vitro usłyszałam wręcz, że ona nie może podważyć naukowości napro, bo sama korzysta z takich samych lub podobnych metod zanim zaproponuje zabieg.

W każdy czwartek spotkanie ogólne z lekarzem i trenerami – rodzaj przyspieszonych warsztatów na temat naprotechnologii, zgodnej z nauczaniem Kościoła walki z bezpłodnością i – jak chce Kościół – alternatywy dla metody in vitro.(podkr. oryginalne z tekstu)

Nie trenerami, tylko instruktorami. Napro nie jest walką tylko metodą leczenia.

Od trenera zależy, kiedy i czy w ogóle będzie potrzebny kontakt z lekarzem.

Od INSTRUKTORA zależy jedynie poziom opanowania przez parę Modelu Creightona (narzędzie diagnostyczne), para zawsze spotyka się z lekarzem po tym, jak uzyska trzy zaobserwowane cykle (chyba, że w międzyczasie zajdą w ciążę, bo takie sytuacje też się zdarzają, ale wtedy idą do lekarza, który tę ciążę poprowadzi). Instruktor wyłącznie uczy pary zasad obserwacji, ewentualnie może zasugerować zmiany w stylu życia (dieta, więcej ruchu, etc.) lub  zastosowanie uzupełnienia diety o suplementy typu witamina B.

Instruktor NIE DIAGNOZUJE, NIE DECYDUJE O WIZYTACH U LEKARZA (chyba, że widzi w wykresie wskazanie do natychmiastowego kontaktu z lekarzem prowadzącym), NIE DECYDUJE O LECZENIU.

Na internetowej stronie sanktuarium ojcowie tłumaczą powód założenia poradni: „Decyzja ta jest owocem pogłębionej refleksji nad misterium Niepokalanego Poczęcia, w którym Bóg otoczył szczególną łaską i troską początek życia Najświętszej Maryi Panny”. Na razie do dyspozycji pacjentów jest jeden lekarz, sześciu trenerów i dowolna liczba braci zakonnych wspierających modlitwą starania o posiadanie dziecka.

Dla mnie osobiście ciekawe jest to wytłuszczenie. Tzn. powód jego zaistnienia. Ale swoje hipotezy zatrzymam dla siebie, nie chcę przypisywać autorom swoich podejrzeń, bo być może są dla nich krzywdzące. W każdym razie wytłuszczenie w miejscu intrygującym.

Żeby zrozumieć, czym jest naprotechnologia (od angielskich słów: natural procreation), trzeba się cofnąć o 30 lat. To wtedy dr Thomas Hilgers, jak głosi legenda, zafascynowany papieską encykliką „Humanae vitae” (Życie ludzkie), założył w amerykańskim stanie Omaha instytut naprotechnologii.

NaProTechnology jest skrótem od: „Natural Procreation Technology” czyli Metoda Naturalnej Prokreacji.

30 lat temu powstał Model Creightona, Instytut Pawła VI ma 25 lat (wystarczy zajrzeć na stronę Instytutu i przeczytać pierwsze zdanie). Doktor Thomas Hilgers jest zafascynowany encykliką Pawła VI „Humanae Vitae” i nie jest to legenda, ale informacja, która pojawia się na wszystkich stronach związanych z działaniami dr. Hilgersa, ja sama miałam okazję słyszeć to od niego na sympozjum dla lekarzy na Akademii Medycznej w Lublinie.

I humanae vitae to genetivus od humana vita, czyli tłumaczy się: życia ludzkiego (cytat z pierwszego zdania encykliki), a nie: życie ludzkie (przepraszam, nie chciałam się opanować 😛 )

Od tamtego czasu minęły już trzy dekady, ale naprotechnologia ciągle jest mało znana. Dzięki niej urodziło się około sześciu tysięcy dzieci, na całym świecie działa zaledwie parę klinik, a w Europie jest zaledwie kilkunastu lekarzy, którzy stosują tę metodę, głównie w krajach o ciągle żywej tradycji katolickiej, jak Polska i Irlandia. W tym samym mniej więcej czasie dzięki metodzie in vitro urodziły się ponad cztery miliony dzieci, a tylko w naszym kraju każdego roku dzięki niej pojawia się dwa, czasem trzy tysiące nowych istnień.

Irlandia nie jest od kryzysu pedofilskiego krajem o ŻYWEJ tradycji katolickiej.

Skoro klinik in vitro jest na świecie wielokrotnie więcej, to nic dziwnego, że i rodzi się w nich więcej dzieci.

Popularność metody nie musi świadczyć o jej błędności – może świadczyć np. o tym, że in vitro jest metodą, która pod względem technicznym jest prostsza, podobnie jak łatwiej jest brać codziennie rano o tej samej porze pigułkę niż prowadzić obserwacje cyklu.

– To jedynie absurdalnie długo rozciągnięte w czasie próby diagnozowania – mówi prof. Jerzy Radwan, jeden z prekursorów metody in vitro w Polsce, emerytowany kierownik Kliniki Ginekologii i Rozrodczości Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki, przewodniczący Sekcji Andrologii Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego. – Po rozpoznaniu niepłodności ogromne znaczenie ma czas, ponieważ płodność kobiety obniża się dość szybko wraz z wiekiem. Lekarze zajmujący się naprotechnologią powinni zrezygnować z dyplomów lekarskich, bo postępują wbrew rekomendacjom i standardom regularnie publikowanym przez światowe towarzystwa naukowe. Medycyna polega na stosowaniu metod leczenia opartych na faktach i rzetelnej wiedzy medycznej, a nie na zabobonach – dodaje.

Po pierwsze poproszę listę zabobonów, na których opierają się lekarze konsultanci naprotechnologii. Bo póki co to jest obrzucanie ogólnikami, a ja chcę konkrety. Konkretne, medyczne przykłady zabobonów.

Płodność się obniża z wiekiem. Skuteczność in vitro także dramatycznie spada po 35. roku życia pacjentki. I to jest chyba ten punkt, który tu zasadniczo boli prof. Radwana i innych specjalistów od in vitro. Im więcej takich pacjentek, tym gorsze statystyki w klinikach.

I tak dla informacji: pełny cykl diagnostyczny w naprotechnologii to 24 CYKLE. W przybliżeniu więc dwa lata. DWA LATA. Po dwóch latach para ma diagnozę, wiele par w ciągu tego czasu zachodzi w ciążę i rodzi dzieci, część zachodzi w ciążę już po zakończeniu diagnostyki. Ale ten „absurdalnie długi okres diagnozowania” to są w przybliżeniu dwa lata.

Według statystyk Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego w ostatniej dekadzie w literaturze medycznej opublikowano prawie 60 tys. artykułów na temat diagnostyki i leczenia niepłodności. W tym samym czasie pojawiła się tylko jedna publikacja na temat naprotechnologii. W dodatku, według profesora Radwana, dobór grupy pacjentów i metody statystyczne zastosowane w tej pracy nie mają nic wspólnego z nauką. Artykuł pochodzi z komercyjnego ośrodka promującego tylko i wyłącznie tę jedną metodę leczenia.

Środowiska lekarskie są nieufne wobec naprotechnologii (stąd tak mało publikacji), ale artykuł ukazał się w recenzowanym piśmie medycznym, co oznacza, że był sprawdzany pod względem wyników i metodologii. Rozumiem, że prof. Radwan uważa recenzentów The Journal of the American Board of Family Medicine za będących poniżej jego poziomu?

– Jako lekarzowi wstyd mi o tym mówić – dodaje prof. Radwan – ale naprotechnologia to hipokryzja świadcząca o zakłamaniu niektórych lekarzy. Na spotkaniach promocyjnych naprotechnologii widywani są niestety pojedynczy ginekolodzy z tytułami naukowymi, którzy nigdy nie zajmowali się leczeniem niepłodności. Wcześniej zalecali pacjentom leczenie metodą zapłodnienia pozaustrojowego. Czyżby nagle przejrzeli na oczy i doznali religijnego nawiedzenia? W dodatku nie chodzi tylko o samych lekarzy, ale też o ich współpracowników – jak to mówią: trenerów, instruktorów. O ile wiem, nie można leczyć bez dyplomu ukończenia studiów lekarskich. Trener może trenować, ale nie ma prawa diagnozować ani leczyć.

Lista lekarzy zajmujących się naprotechnologią jest dostępna chociażby na stronie Instytutu Jana Pawła II. Wielu z nich ma duże doświadczenie w ginekologii, położnictwie i leczeniu niepłodności. Do tego, żeby ją leczyć, nie ma przymusu kierowania na in vitro.

O uprawnieniach i roli instruktorów pisałam powyżej.

Rok temu Biuro Analiz Sejmowych zleciło doktorowi Maciejowi Barczentewiczowi, lubelskiemu ginekologowi i propagatorowi metody napro, opracowanie opinii na temat możliwości zastosowania jej w Polsce. Dokument ma kilkanaście stron i oprócz mnóstwa niezrozumiałych dla laika wykresów i terminów zawiera hymn pochwalny na cześć naprotechnologii. I zdaje się, że inny być nie mógł, skoro Barczentewicz jest praktykującym naprotechnologiem i prokurentem spółki Macierzyństwo i Życie, która pozyskała rok temu 355 tys. złotych dofinansowania z Regionalnego Programu Operacyjnego na budowę lubelskiej kliniki naprotechnologii.

Na temat in vitro piszą raporty lekarze prowadzący kliniki in vitro i to nikogo nie gorszy ani nie powoduje dwuznacznych sugestii, że np. śmią zarabiać na wykonywaniu swojego zawodu i pozyskiwać fundusze na rozwijanie swojej działalności.

Środowisko lekarskie przyznaje jednak, że naprotechnologia jako metoda diagnostyczna, bazująca na precyzyjnych badaniach, może mieć wyższą skuteczność od kilkunastu wizyt u rejonowego lekarza nieznającego się na niepłodności.

A teraz proszę przewinąć do góry mój tekst i przeczytać raz jeszcze wypowiedzi profesora Radwana.

Fajny zonk, nie?

Jednak „metoda diagnostyczna, bazująca na precyzyjnych badaniach”, hm? Nie ma to jak tekst przeczący sam sobie.

Jednocześnie, tak jak internista jest bezradny w obliczu poważnej choroby serca wymagającej przeszczepu, tak naprotechnolog nie sprawi, że pacjent ze śladową liczbą plemników w nasieniu stanie się kiedykolwiek zdolny do poczęcia dziecka metodą naturalną, a kobieta z nieprawidłowymi jajowodami zajdzie w ciążę.

Dr Philip Boyle w Irlandii ma opisane przypadki ciąż u par, gdzie u mężczyzny były jedynie pojedyncze żywe plemniki. I co to znaczy: „nieprawidłowe jajowody”? Ich brak? Niedrożność?

Napro jest bezradne wobec przypadków całkowitej bezpłodności i nikt z zajmujących się tym lekarzy temu nie przeczy. Jednak także niewiele osób mówi i pisze, że w Polsce u ok. 20% par jest diagnozowana niepłodność idiopatyczna, czyli tak naprawdę lekarz uznaje, że nie wie, czemu nie ma dziecka. I te pary są kierowane na in vitro podczas, gdy napro daje im szansę otrzymania diagnozy i leczenia, jeśli leczenie jest możliwe. Dlatego na szkoleniach tak podkreśla się wysoka skuteczność diagnostyki napro. Nie po to, żeby okłamywać słuchaczy.

Potem jest znów o instruktorach, ale nie chce mi się po raz trzeci pisać tego, co już raz napisałam na początku.

Na koniec jest opowieść pani Ewy, która jest z mężem w trakcie terapii. Znów przed jej tekstem jest próba zdyskredytowania wiedzy instruktorów Modelu Creightona – wszystkich, którzy chcieliby się dowiedzieć jak wygląda ich szkolenie i czym się zajmują, odsyłam na strony ecolife, Fundacji Leczenia Niepłodności Małżeńskiej, dla anglojęzycznych Instytut Papieża Pawła VI. Poleciałabym jeszcze jedną książkę, ale się boję oskarżenia o interesowność 😛

Nie dajcie się zrobić w bambuko w temacie naprotechnologii. Czytajcie, sprawdzajcie. To naprawdę ciekawa propozycja.

Reklamy

3 thoughts on “Newsweek contra rzetelność

  1. Dzięki za powyższy wpis polemiczny i za przybliżenie naprotechnologii. Mam wielką prośbę. Otóż pisuję i zbieram materiały do małej, lokalnej gazetki. Czy mogłabyś, Elu, podpowiedzieć mi jakiś krótki artykuł wstępny dla laików właśnie o metodzie naprotechnologii – który zaznacza też różnice między napro – i in vitro? Będę Ci bardzo wdzięczna. 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s