Posiadacze

„Polityka” 27 listopada 2010, Edyta Gietka „Witamy in vitro”

„W Anglii, jeśli rodzice nie kontaktują się z kliniką i nie chcą płacić za hotelowanie, likwiduje się zarodek po 10 latach. W Polsce nigdy. Moga go zniszczyć tylko rodzice w warunkach domowych.

Czasem przyjeżdżają po swój zarodek z termosem na lody. Embriolodzy napełniają go suchym lodem, w którym może przeżyć kilka dni, lub wypożyczają swój baniak. Rodzice mówią coś, ze zmieniają klinikę, ale trudno to zweryfikować.

Tak, proszę państwa, klinika musi go wydać. Zgodnie z prawem zarodek nie ma rodziców, tylko właścicieli, gdyż prawo nie przewiduje, aby dziecko poczęte przebywało poza organizmem mamy. Biologiczni rodzice zawierają z kliniką umowę, która zasadza się na prawie własnościowym.

Tyle cytatu, tekst jest napisany jako pro in vitro, ale podkreślony przeze mnie fragment (oraz określenia typu „dawca męski” w tekście) powodują, że autorce mimo woli udaje się nakreślić obraz, który wyraźnie pokazuje dlaczego Kościół jest przeciwny tej procedurze. Zarodek to już dziecko, można uprawiać gimnastykę intelektualną i twierdzić, że żołądź nie jest dębem. Jednak obecnie fascynuje mnie odpowiedź na pytanie kiedy właściciele zarodka stają się jego rodzicami? Bo że mają coś/kogoś, to już wiemy…

Reklamy

15 thoughts on “Posiadacze

  1. Póki co to wszystko, co związane jest z tzw. zarodkami, pozostaje kwestią metafizyki. To, jak postrzegamy coś/kogoś wynika z wyznawanego systemu wartości.
    Nic nie poradzisz na to wszystko, co najwyżej możesz propagować swoje przekonania. Z życiem, jest jak ze śmiercią… niby wiemy czym są, ale nie potrafimy w sposób jednoznaczny określić momentu przejścia pomiędzy nimi.

    • Bardzo wygodnie jest nie potrafić tego określić, szczególnie kiedy chorzy czekają na organy a konto na doładowanie. I tu raczej chodzi o przejście między dwiema gametami a powstającym z nich organizmem i ten moment akurat da się określić. I to dość precyzyjnie. In vitro jest mocno powiązane z traktowaniem drugiego człowieka jako przedmiotu, który do mnie należy a wręcz mi się należy. Gdzieś w tym wytłuszczonym fragmencie to właśnie wybrzmiało.

  2. O co chodzi? Przecież dziecko to tylko przedmiot, który ma zaspokoić pragnienia macierzyńskie. Rodzice są właścicielami swojego dziecka, panem jego życia i śmierci. Podobnie jest z aborcją. To te same zarodki poddane selekcji negtywnej: eliminacji. To obłuda i kolejna porażka nieograniczonej wolności głupiego człowieka, który znowu coś chce mieć za WSZELKĄ cenę, nawet za cenę czyjegoś rozpoczętego już życia.

  3. Moim zdaniem, jak w wielu kwestiach, problemy leżą tak naprawdę gdzie indziej i w tych właśnie rejonach należałoby rozpocząć dialog w imię Dobra.

    Na przykład problem POSIADANIA człowieka nie dotyczy jedynie osób starających się o dziecko metodą in vitro. On dotyczy często zwyczajnych rodziców, którzy CHCĄ MIEĆ dziecko – jeśli nie za wszelką, to niekiedy wysoką cenę, np. w pojedynkę; potem zaś to dziecko produkują, miast wychowywać… Dotyczy ludzi, którzy CHCĄ MIEĆ żonę lub męża… To nie jest tylko powierzchowny problem językowy (dotyczący również POSIADANIA B.), ale rzeczywistość międzyludzkich relacji i świata – wcale też nie jest to Zło (przez duże zet), ale wyraz grzesznej, czyli pokrzywionej ludzkiej natury.

    W moim przekonaniu Ewangelię warto głosić od początku, od podstaw – poczynając od chrześcijan (tak jak Jezus zaczynał od głoszenia jej Żydom) – a nie od końca. Od początku, to znaczy od przepowiadania bliskości Królestwa B. i zachęty do metanoi najpierw, od głoszenia słowem i czynem Miłości w zwyczajnych relacjach – wtedy sytuacje graniczne, jak aborcja, in vitro, czy inne, będą rzeczywiście graniczne. Dziś zwykle w Kościele głosi się sprawy od końca, zajmując zagadnieniami szczegółowymi, miast istotą.

    Ciągle mam wrażenie, że my w większości nie żyjemy jak chrześcijanie, tylko jak ludzie świeccy, na co dzień kierujący się kryteriami świeckimi (w tym POSIADANIA, czy indywidualizmu zamiast wspólnoty), które jedynie „uświęcamy” swoimi ceremoniami i nieco je stylizujemy. Piszę to, oczywiście, z tradycyjnym „bom smutny i sam pełen winy”.

    • pod wieloma twoimi tezami spokojnie mogę sie podpisać, zwłąszcza pod tą, że przyczyny takich sporów jak ten o in vitro należy szukac głebiej
      i głębiej je leczyć

  4. Odpowiedź na Twoje pytanie o początek rodzicielstwa według filozofii in vitro nie jest trudna: to moment implantacji. Medycyna uznaje ten moment za początek ciąży (niekonsekwentnie licząc zupełnie inaczej jej czas trwania). Zagnieżdżenie się zarodka jest granicą, dzięki której jedynym środkiem wczesnoporonnym jest zwykła miedziana spirala, ale już nie ta uwalniająca hormony i nie tabletka. Nie ma implantacji, nie ma ciąży, nie ma dziecka i nie ma rodziców. Granica, która ucisza sumienie.

    • Pozwoliłam sobie ciebie podpisać 🙂
      Właśnie z tych powodów, o jakich piszesz, uważam, że tu już nie ma szukania prawdy, tylko jest jej wypieranie. W mentalności zaszła zmiana, nie wiem na czym ona polega, ale efekt jest przerażający.

      • Bardzo dziękuję 🙂
        Mnie się wydaje, że zmiana w mentalności jest kolejną kopią grzechu pierworodnego („otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło”), jak zwykle opartą na mieszaninie pychy i egoizmu. Głupi człowiek jak zwykle uwierzył, jaki to jest mądry, zachłysnął się samym sobą… Przecież ma TAKIE możliwości, AŻ TYLE potrafi! Nowy bożek powstał…
        Zostało sumienie, którego głos nie pasuje do wizji wszechmądrości, więc człowiek ten głos wypiera.

      • A ja czasem sobie snuję taką wizję, że nauka odkryje coś, co sprawi, że do ludzi dotrze okrucieństwo in vitro, jak po II wojnie światowej dotarł bezsens eugeniki. Chociaż z tą eugeniką to też okazało się na krótko.

      • W końcu się okaże, że człowiek jest nagi… A potem będzie musiał ciężko pracować.

        Nie wiem, nauka to tylko narzędzie w rękach człowieka, w dodatku rozwija się tylko tam, gdzie są pieniądze 😦 .

      • Albo fascynaci 🙂 Jak Hilgers w Omaha.

        Ale tę twoją intuicje co do grzechu świetnie rozwija tu wyżej Bohjan. Rzeczywiście coś w tym jest.

  5. Swoją drogą – że jeszcze się wtrącę – nie mogę pojąć, jak możliwe jest jednoczesne wspieranie prawa do aborcji i prawa do in vitro. Jeśli zakłada się, że ludzki zarodek jest tak cenny (ten wybrany), że jest on źródłem życia – i za niemałe pieniądze, przy niemałej uwadze, prowadzi się całą procedurę – jak możliwe te niewybrane zarodki traktować jako jedynie zygoty, czy płody?

    Odpowiedź jest prosta, że aż strach – to MY, ludzie, decydujemy, co jest życiem, a co nie, kto człowiekiem, co zaś nim nie jest…
    Innymi słowy, to RYNEK decyduje – albo jest popyt na to konkretne życie (i splot pomyślnych przepływów pieniądza), albo nie ma popytu a cena spada do zera… Możemy więc jako państwo finansować in vitro, ale nie musimy leczenia ludzi, chorych na SM (więcej bogatych wyborców jest w pierwszej grupie – druga już jest przeżarta długami, wynikającymi z kosztów terapii i niemożności pracy w pełnym zakresie, a więc i obniżonych dochodów…).

    Inna rzecz jeszcze – moim zdaniem – godna jest podkreślenia. Jeśli uznajemy KAŻDE ŻYCIE – to z gwałtu, to w biedzie, to chore – to nie dość podkreślać, że także to z in vitro. Wypadałoby jednak dodawać – wbrew komunałom – że uznawanie życia nie oznacza uznawania za dobrą każdej sytuacji, w jakiej się ono pojawia: in vitro, biedy, gwałtu… Choć ta sprawa to początek osobnej dyskusji z zakresu moralności/ontologii – nie na teraz…

      • Nigdy bym nie pomyślał, że Ty myślisz inaczej!

        Jednak jest z tym pewien problem – problem uczuć ludzi, którzy wiedzą, że w taki sposób się poczęli i urodzili. Moim zdaniem trzeba by przeakcentować przekaz w tej sprawie – właśnie z naciskiem na postawę chcenia/mienia niż prawne rozwiązania i zagadnienia techniczne – sam nie wiem, jak to ująć…

        To osobliwe, że w żartach często ludzie powtarzają głupotę o narodzeniu in vitro Jezusa (z innej strony nazywane jest „To”, przez wierzących często chrześcijan, „niepokalanym poczęciem”…). Pokazuje to stan świadomości kościelnego nauczania – ale też zachęca do głębokiej i ludzkiej teologii, czy rozwijania chrześcijańskiej antropologii, budowanej na tym Wydarzeniu. Hm – mam pewne tropy ostatnio, ale muszę urwać przez wzgląd na miejsce… 🙂

        Niesamowita jest nauka Ewangelii w ogóle na temat ludzkich narodzin i Powołania – ot, choćby te tajemnicze słowa z Prologu Ewangelii Jana:

        ” Wszystkim tym jednak, którzy Je [Słowo] przyjęli, dało moc, aby stali się dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego – którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili” (J 1, 12n)

        Mówiąc krótko – zamiast ciekawej Rozmowy 🙂 – istotą grzechu, związanego z in vitro niekoniecznie jest technologia…

      • Dziękuje za takie dobre zdanie o mnie 🙂
        Tak masz rację – to nie technologia poczęcia (już ten zwrot jak brzmi!) a podejście posiadacza jest tu problemem. ALe to wiele trudniej komus wykazać niż materialistyczne podejście.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s