Feminizm na zakonno

Czytam sobie właśnie, w ramach recenzowania (zanurzającego mą krytykancką duszę w błogostanie), książkę amerykańskiej dziennikarki Cheryl L. Reed „Unveiled”. Apetyczna rzecz, ale obawiam się, że dopóki nie wyjdzie to po polsku, to muszę powstrzymać me palce (i klawiaturę) na wodzy i nie zdradzać zbyt wiele.

Jednak jedną rzecz zdradzę: ciekawa, i to bardzo, hierarchia ślubów oraz intrygujące wyjaśnienie właśnie takiego uporządkowania. Otóż za najbardziej wymagający ślub Mrs Reed uznała posłuszeństwo. Argumentuje to następująco:  kobiety wreszcie wywalczyły sobie autonomię, rywalizują na rynku pracy z mężczyznami jako kompetentni współzawodnicy, podejmują decyzje, czasem nawet dyktują warunki. I co? Tak nagle wyrzec się tych zdobyczy „postfeministycznej ery”? Tyle lat walki o dorwanie się do władzi i tak sobie, ot, odpuścić?

Myślę, że tu w tle bardzo pobrzmiewa typowo babskie pragnienie kontroli. O wynikających z niego zjawiskach wspomnial ostatnio w swoim głosie w debacie nt. tolerancji także o. Paweł Kozacki OP, pisząc, że widywał żeńskie przełożone o wiele bardziej surowe i kontrolujące od mężczyzn. I tak bywa: niedojrzała kobiecość musi trzymać w łapce, na smyczy albo przynajmniej na odległość zasięgu komórki (i ani mi się ważyć na jej wyłączenie!). Pępowina musi być i koniec! O ile w męskich zakonach przełożonym i współbraciom raczej zdarza się totalne ignorowanie tego, co słychać u reszty (dialog sprzed kilku lat: ja: „I jak tam operacja brata Y? Mam nadzieję, że to nie był rak?” Brat X: „To Y miał operację?”; żeby nie było – obaj mieszkali w jednym klasztorze), to u sióstr jest, khem, komplementarnie.

Podkreślam: ta nadkontrola to objaw niedojrzałości. I tak czytam uzasadnienie uznania ślubu posłuszeństwa za najbardziej wymagający: jako lęk przed utratą kontroli. Tymczasem w Liście do Hebrajczyków czytamy, że to właśnie posłuszeństwo Jezusa było tym, co dało nam zbawienie. Pełne zaufanie Ojcu, aż po doświadczenie braku doświadczenia Jego obecności. Dlatego zakonny ślub posłuszeństwa jest drogą do upodobnienia się do Chrystusa – wyciska, a czasem wręcz wyrzyna w składającym go człowieku podobieństwo do Pana. Boli. Pozbawia mięsa, cebuli i czosnku, a skazuje na mizerny pokarm manny i przepiórek. Pokarm uzależniony od Boga i tylko przez Niego dawany. Bez więzi z Panem nie da się tego zrozumieć. Zwłaszcza, jeśli weszło się w tę logikę z supermarketu idei i reklam przekonujących, że „ty tu urządzisz”.

A żeby nie było za ciężko anegdotka, także z tej książki, będącą zobrazowaniem amerykańskiej wersji napięć na linii posoborowie – tradi: pewnego dnia siostra z feminizującego zgromadzenia przychodzi do swojej pracy w parafii bez welonu i w zwykłej spódnicy, bo podjęły we wspólnocie decyzję o rezygnacji z klasycznego habitu. Na widok zakłopotanej miny wikarego szeroko się uśmiecha i mówi: „Co, nie wiedział ksiądz, że mam takie piękne, kasztanowate włosy?” „Nie, nie wiedziałem, O tym, że siostra ma takie straszne żylaki też nie!”

Reklamy

2 thoughts on “Feminizm na zakonno

  1. Lepiej kontrolować własnego męża niż cały męski zakon pod pretekstem troski o wywiązywanie się z obowiązków i powołania. Co „dojrzała kobieta” potrafi zrobić aby zadbać o „rodzinę” pełną seksownych intelektualnie braci…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s