Świętego od Rogali

W ostatniej chwili przed wyjazdem z Poznania kupiłam jeszcze ciepłe rogale marcińskie. Ostatni zostawiłam sobie na dzisiejsze śniadanie, bo tak naprawdę to dopiero dziś jest dzień rogalowy – wspomnienie św. Marcina z Tours. I Święto Niepodległości (fajnie się ci poznaniacy urządzili: mają wolne na objadanie się rogalami! Wot choroszaja wielkopolska organizacja 😀 ).

Ale ja bardziej o Marcinie chciałam, choć rogal  uczciwy i odpowiednio słodki (nie ryzkowałam jednak wersji otynkowanej lukrem, chociaż to podobno ta najbardziej poznańska). Był rzymskim oficerem w czasach, kiedy bycie chrześcijaninem przestało być obciachem. Kończyły się czasy kiedy obciachowość chrześcijaństwa, burząc statystyki Kościoła, jednocześnie świetnie przekładała się na skuteczność ewangelizacji. Znaczy się: chrześcijanami byli i uważali się za nich ludzie, którzy w wolny sposób taką wiarę wybrali. Chociaż jakieś babcie wierzące za wnuczków też pewnie się zdarzały (wbrew pozorom to ludzka przywara, a nie jedynie katolicka 😀 ). Dodajmy jeszcze, że obciach wówczas też był rozumiany bardziej dosłownie: zdarzało się, że oznaczał obciachanie głowy (z narzędzi do wyboru był miecz kata lub zwierzęca szczęka).

Marcin był obywatelem rzymskim i żołnierzem. Jego imię ma w swojej etymologii odwołanie do boga wojny – Marsa, więc fach wykonywał zgodny z imieniem. Jak na żołnierza miał jednak bardzo współczujące serce. Może dlatego zachwycili go chrześcijanie z ich obrazem współodczuwającego Boga. Legenda głosi, że w pewien zimny dzień ujrzał przy drodze półnagiego żebraka i poruszony jego cierpieniem odciął połowę swojego płaszcza i okrył nią cierpiącego. Do swojej ostatniej bitwy poszedł z krzyżem, jako swoją jedyną bronią, a bitwa zanim się rozpętała,to się skończyła, bo barbarzyńcy się poddali. Marcin wygrał walkowerem, jak Dawid, którego zwycięstwo z Goliatem też przecież wynikało jedynie z zaufania Panu.

Po odsłużeniu wymaganych 25 lat służby wojskowej wreszcie może przyjąć chrzest. Odrzuca propozycję zostania diakonem, zostaje za to egzorcystą. Czekają go jeszcze zmagania o wiarę rodziców, spory z biskupami, którzy przyjęli arianizm (jeden z nich każe nawet Marcina ubiczować), lata spędzone na ascezie, które zaowocują powstaniem wokół niego wspólnoty uczniów i będzie to pierwszy klasztor mnichów w Galii. Potem zaczyna głosić i zachwyceni jego mądrością wierni wymogą na nim przyjęcie święceń biskupich. Pomimo przyjęcia tego sakramentu Marcin nadal żyje w pustelni, zakłada kolejną wspólnotę monastyczną, niestrudzenie głosi, świadczy miłosierdzie i ewangelizuje. Walczy z herezjami i, co ciekawe, skupia się głównie na głoszeniu w małych wioskach i miasteczkach. Omija katedry i wielkie miasta. Idzie do małych.

Wkrótce do sławy mędrca i mistrza duchowego dołączy sława cudotwórcy. Diakonowi, który z zapałem oddaje się rozpuście i oczernianiu biskupa (czyli Marcina), wymadla świętość. I wciąż głosi, podróżuje, godzi zwaśnionych. Umiera w wieku 81 lat, nie musze dodawać, że w opinii świętości.

Co dla mnie jest ważne w postaci Marcina? Rzeczy dwie. Przez 40 lat żyje podporządkowany zasadom społecznym: zgodnie z wolą ojca zostaje żołnierzem, odbywa pełną służbę wojskową. Wydaje się, że zmarnował wielkie pragnienia swojego serca, bo kiedy wreszcie ma spłacone zobowiązania wobec społeczności jest człowiekiem tzw. dojrzałym. Bardziej wprost: kryzys wieku średniego w pełnym rozkwicie. Jak to ludzie mawiają: najlepsze lata ma za sobą. Jednak Bóg nie powiedział ostatniego słowa w życiu Marcina: wg Bożego planu najbardziej owocne lata jego życia są przed nim, nie za nim. Uformowany latami oczekiwania na oddanie się w pełni Chrystusowi przypomnia dojrzałe wino. Osiągnął pełnię.

A rzecz druga, jak dla mnie na moment obecny nieosiągalna:  odpowiadanie na krzywdę błogosławieństwem i modlitwą. To bardzo dominikańskie (choć ojciec Dominik urodzi się jakieś 700 lat później) – błogosławić a nie złorzeczyć. Głosić. I rzecz podstawowa – to wszystko ma wypływać z kontemplacji. Contemplare – preadicare – benedicere. Zachwyca, nawet jeśli poprzeczka ustawiona tak wysoko, że prawie jej nie widać z mojej pozycji.

Smacznego rogala i niech Pan wam błogosławi 🙂 Za wstawiennictwem Marcina 🙂

Reklamy

8 thoughts on “Świętego od Rogali

  1. Dziękuję i też błogosławię! Jakoś mi już w krew weszło, że często idąc ulicą czy robiąc zakupy w sklepie po prostu w myślach błogosławię ludzi wokół mnie (a zwłaszcza tych zdenerwowanych czy niemiłych).

    Rogalem marcińskim smaka mi narobiłaś, ale czuję już unoszące się z klasztornej kuchni zapachy i wszystko mi mówi, że niebawem na moim stoliku wyląduje cały talerzyk takowych specjałów… Mniam! ;P

  2. Ech, marcińskie rogale…
    Ech, Poznań…
    Ech, minione lata najlepsze…
    i te dobre naprawdę, których jeszcze nie znamy 🙂
    Dzięki Elu – za błogosławieństwo 🙂 i tak w ogóle, za to miejsce, czyli blog. Z okazji święta życzę wszelkiej Niepodległości 🙂

  3. Chciałem jeszcze dodać, że obciachu głowy można też dokonać stosowną maszynką, w celu uzyskania pięknej tonsury (no chyba, że ktoś już ma naturalną) 😀

  4. No tak… Pamiętam moją notkę o małżeństwie używającym antykoncepcji. Potrafiłem na ich przykładzie ostrzec innych, ale nie potrafię się za nich modlić – modlić się o ich nawrócenie… Powinienem wziąć przykład z Marcina. Błogosławić, a nie złorzeczyć…

    A rogalika bym wszamał, tyle że na diecie jestem… ;/

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s