Syndrom szczura i wołu, czyli bp Ignacy Krasicki o liturgii

Wczoraj znów zdradziłam NOM na rzecz mszy tradycyjnej u bonifratrów. Zresztą kościół pod tym samym wezwaniem, co bazylika OP, więc jakby prawie bez różnicy (pomijając semantyczne konotacje pojęć „prawie” i „różnica”, nota bene o reklamowej etiologii [koffam przeklinać naukowym żargonem :] ]).

Efektem zdrady jest małe studium porównawcze z pogranicza literatury i liturgiki. Otóż jeśli miałabym pisać o ryzyku zawartym w rycie tradycyjnym ujęłabym go pojęciem „syndrom szczura”. Gdyż jak pisał bp Ignacy Krasicki:

„Mnie tu kadzą” – rzekł hardzie do swego rodzeństwa
Siedząc szczur na ołtarzu podczas nabożeństwa,
Wtem, gdy się dymem kadzidł zbytecznych zakrztusił –
Wpadł kot z boku na niego, porwał i udusił.

Ryt klasyczny niesie w sobie ryzyko zapomnienia o wspólnocie i przesadnego akcentowania roli celebransa, a tak dokładniej – roli prezbiterium. Bo nawet jeśli kapłanowi musi odpowiadać ministrant, jako reprezentant ludu, to jest on przy ołtarzu i w dodatku ubrany w strój quasi-kapłański. Bez wielkiej (praktycznej) szkody dla sprawowania liturgii można odciąć rzeczywistość za balaskami. Ma to swoją dużą wartość duchową (przynajmniej dla mnie), ale też sprawiało niegdyś, że lud podczas liturgii zajmował się swoimi sprawami: czytywał pobożne książki (niejaki Ignacy Loyola), odmawiał głośno różaniec, odprawiał prywatne nabożeństwa. Tymczasem kapłan może dojść do wniosku, że to jemu kadzą. On, jedyny „wiedzący”, lider. Całowany po rękach i okadzany. A tymczasem szatan krąży jak kot drapieżny i trzeba uważać, bo kadzidła bywają szkodliwe. Zwłaszcza na duszę.

Żeby było uczciwie NOMu też się przyczepię. I też cytując powyższego biskupa:

Kiedy wół był ministrem i rządził rozsądnie,
Szły, prawda, rzeczy z wolna, ale szły porządnie.
Jednostajność na koniec monarchę znudziła;
Dał miejsce woła małpie lew, bo go bawiła.
Dwór był kontent, kontenci poddani – z początku;
Ustała wkrótce radość – nie było porządku.
Pan się śmiał, śmiał minister, płakał lud ubogi.
Kiedy więc coraz większe nastawały trwogi,
Zrzucono z miejsca małpę. Żeby złemu radził,
Wzięto lisa: ten pana i poddanych zdradził.
Nie osiedział się zdrajca i ten, który bawił:
Znowu wół był ministrem i wszystko naprawił.

To w zasadzie bajka o tym, jak wyglądało wprowadzanie reformy liturgicznej: Konstytucja o liturgii „Sacrosanctum concilium” postulowała właśnie takie korekty, jakie wprowadza obecnie do liturgii Benedykt XVI. Tymczasem w latach po soborze zamiast wołu do reformy zatrudniono małpę: zamiast czytań z Biblii zaczęto czytywać „Małego Księcia” w ramach I i II czytania, czasem w ogóle zarzucono czytania „bo przecież ludzie i tak nie słuchają” (chociaż akurat temu proboszczowi to właśnie ludzie zwracali uwagę, bo jednak chcieli posłuchać), wypruto z kościołów stare wyposażenie nie szanując wrażliwości wiernych, przyzwyczajonych do takiej estetyki, zaczęto wprowadzać elementy, których nie było w formularzu mszy, a które zaciemniały sens celebracji – po przykłady innych posoborowych perełek zapraszam na Kronikę Novus Ordo. I taka liturgia („liturgia”?) zdradziła Kościół – ludzie odeszli. Do tradycjonalistów albo całkiem z Kościoła. Czasem nawet nie zdążyli wejść. Bo msza stała się celebracją towarzyską, a sacrum gdzieś się ulotniło.

Jestem dzieckiem NOMu. Nie pamiętam z dzieciństwa „starej mszy”, jednak miałam szczęście trafić na kapłanów odprawiających „nową” mszę z wiarą i zrozumieniem, dlatego nie miałam problemu z odnalezieniem w nim sacrum. Dlatego też wcale mnie nie dziwi, że papież nie wraca do mszy klasycznej tylko nadal NOM jest rytem powszechnym. Bo to sensowna msza jest. Na współczesne czasy.

Na koniec o tym, co dobre: msza w rycie klasycznym jest niesamowicie kontemplacyjna. I piękna. Klarowna, dzięki jasnym zasadom sprawowania, i przez to dająca poczucie bezpieczeństwa. Można sobie spokojnie odlecieć „duchowo”, bo celebracja toczy się wg ustalonych zasad. NOM jest spotkaniem wspólnoty, na którym od razu widać i słychać, czy ktoś chce się włączyć czy nie (chociażby przez udział w odpowiadaniu). Akcentuje wymiar spotkania; wspólnego „spożycia Baranka” i daje intelektualny pokarm do przemyśleń. Współczesny człowiek ma problem ze wspólnotą: odnajdywaniu jej, byciu w niej – NOM może pomóc mu ten brakujący element odnaleźć. Na kontemplację też we właściwym czasie przyjdzie moment 🙂

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s