„Grubasy”, reż. Daniel Sanchez Arevalo

Po obejrzeniu zwiastuna doszłam do wniosku, że film zapowiada się jako komedia, co prawda specyficznie hiszpańska – o emocjonalnie ciężkim humorze, ale interesującą pod względem rozgrywek międzyludzkich.

I rzeczywiście, pod względem zobrazowania tego, jak mistrzowsko ludzie potrafią sobie zepsuć życie, ten film jest rewelacyjnym studium. Motywem przewodnim całości jest reklama środka odchudzającego „KiloAway”, która składa się z zapowiedzi i czterech kroków. I tak tez skonstruowany jest film. Jest to historia terapii pięciu osób oraz terapeuty, który sam musi się zmierzyć ze swoim obrzydzeniem (?) wobec grubasów. Chociaż może to nie jest obrzydzenie, a niezdrowa fascynacja? Film nie odpowie na to pytanie, choć podsunie sugestię odpowiedzi, którą każdy zinterpretuje wg własnego widzimisia. Mój widzimiś twierdzi, że ten wątek ładnie pokazuje, że otyłość stała się zakazanym buzerem seksualnym, takim jakim kiedyś był widok damskiej nóżki czy rozpuszczonych włosów.

Ale wróćmy do pozostałych postaci: mamy tak przepiękną galerię egoistów. Zasadniczo sensem ich życia rozgrywa się na trasie lodówka-sypialnia. Nawet dziewczyna należąca do wspólnoty katolickiej miłość postrzega jako współżycie, co zresztą scenarzysta ochoczo potwierdza umieszczając pod koniec filmu scenę przyjścia do niej ducha jej chłopaka, który stwierdza, że ich brak czystości był „święty”. Co jest tym bardziej absurdalne, że kiedy ogląda się całość filmu widać jak to, że zaczęli współżyć, demoluje ich wzajemną wrażliwość. On staje się agresywny i przestaje sobie radzić ze swoim popędem, ona co prawda chudnie, ale utrzymanie wagi staje się jej obsesją. Oczywiście on jest winien, bo tuczył ją po to, żeby pozostała mu wierna. Tia. Ale o tym, że rozmawiali ze sobą o czymkolwiek innym niż seks i przerzucanie się odpowiednio wyrwanymi z kontekstu zdaniami z Biblii, nie ma ani cienia sugestii. Religia jest czymś w rodzaju zewnętrznego sposobu na życie; konwencji postępowania. Jest bezrelacyjna, przynajmniej takie sprawia wrażenie.

Bo tak zasadniczo stężenie scen dosłownie łóżkowych jest w tym filmie olbrzymia, tyle, że w tych scenach nie ma intymności. Nic więc dziwnego, że takie współżycie nie jest w stanie połączyć tych ludzi ani zaspokoić ich pragnienia bliskości. Świat tego filmu to gmatwanina histerii, żali, kłamstw, krzyku i bezradności wobec tego chaosu. I ludzi, którzy chcą się zmieniać, ale tak, żeby nic się nie zmieniło. I to rodzi inercję solidnie podlaną beznadzieją.

W filmie jest wiele zabawnych scen, świetnie grają aktorzy i sam pomysł jest ciekawy. Z pewnością jest to obraz niebanalny i mocno hiszpański (brak półcieni, no chyba, że policzymy te w sypialniach, jazda po najmocniejszych rejestrach: pożądaniu, śmierci, agresji, obżarstwie). Jak dla mnie przerażający świat, przerażający zwłaszcza dla najsłabszych czy ogólnie słabych. To świat w którym nikt nie słucha, wszyscy wrzeszczą. W wielu momentach to nawet zabawne, ale tylko wtedy, kiedy patrzy się na to z perspektywy widza w miękkim fotelu, posiadającego władzę pilota.

A jaki wniosek moralny z całości? Bez doświadczenie bycia bezwarunkowo przyjętymi takimi, jakimi jesteśmy, to na terapię sobie możemy chodzić do samej śmierci. Nic się nie zmieni. Bo sypiać z innymi to można i bez miłości. Chemia starczy.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s