„Jakiś film tu kręcą?”

Bukowina Tatrzańska. Stary (XIX-wieczny) kościółek wybudowany własnoręcznie przez górali i niedawno odnowiony. Przed wejściem stoi grupka księży w sutannach, biretach (czworokątne nakrycie głowy z pomponikiem i tzw. skrzydełkami) i pasach. Grupka przechodzących turystów zastyga, w końcu najodważniejszy podchodzi i pyta: „Jakis film tu kręcą?”

Tia.

Ksiądz w pełnym stroju służbowym jest tak rzadkim okazem, że prędzej wzbudzi podejrzenia o bycie aktorem niż celebransem 😀 Tymczasem to natężenie czerni w wydaniu diecezjalnym wynikało z faktu, że odbywały się właśnie rekolekcje z mszą w rycie klasycznym, czyli tzw. trydencką.

Faaaaajnie byłooooo 🙂 Chorał był (prowadził br. Benedykt z Tyńca). Wypasione ornaty i dalamatyki były… Koronki (i to jakie (!) koronki) przy albach też. Faceci w czerni ubrani jak faceci w czerni (ech, rozkosz dla oczu… możecie się ze mnie śmiać, ale naprawdę stęskniłam się za widokiem księdza wyglądającego jak ksiądz, a nie krzyżówka urzędnika z butelką po domestosie [jeśli ma plastikową celibatkę]). Msza początkowo mało zrozumiała, kiwaczki i pokłony wykonywane na początku mszy u stóp ołtarza okazały się wyznaniem grzechów (początkowo podejrzewałam celebransa i asystę o poszukiwanie wypadniętych szkieł kontaktowych 😀 ) a ławki stały się zbawiennym wsaprciem dla moich wymęczonych kolan. Zdecydowanie jest to ryt, na który trzeba być przygotowanym – najlepiej wcześnie poczytać sobie mszalik, żeby wiedzieć, co oznaczają poszczególne gesty. I żeby, rzecz jasna, opanować łacińskie odpowiedzi. Jest ich niewiele, szybko wchodzą.

Jednym z największych wrogów celebracji okazał się zamontowany w kościółku… system przeciwpożarowy. Ze względu na czujniki dymu nie można było używać kadzidła, więc asysta machała pustą kadzielnicą. Niezły widok 😀 Na szczęście system został unieszkodliwiony a księża wytłumaczyli się publicznie z tej prowizorki. Na ostatniej mszy tak dali czadu, że jeszcze trzy godziny po mszy w kościele woniało w jedynie słuszny sposób 😀

Swoją drogą gdzieś tam głęboko, głęboko w sercu bardzo mnie poruszyło to ożywianie prawie muzealnej przestrzeni modlitewnej. Odkrywanie możliwości zawartych w konstrukcji starego ołtarza (jak np. dwa tła w niszy dla krzyża nad tabernaculum czy istnienie Matki Bożej Skrzypiącej, jak ochrzciliśmy obraz Niepokalanej, którym można było przesłonić figurę Najświętszego Serca Jezusowego z wnęki w centrum ołtarza – była ona wciągana na specjalnym drewnianym bloczku i sznurze przy której to czynności wydawała z siebie dość donośne skrzypienie, wczoraj zacięła się w połowie drogi w trakcie antyfony Salve Regina i wszyscy byli realnie gementes et flentes in hoc lacrimarum vale*, ale bynajmniej nie z powodu exilium 🙂 ) czy kontemplacja piękna rzymskich szat liturgicznych, znów wracających do swojego pierwotnego użytku. Tamto przytulne, dopieszczone wnętrze, dla wielu mogłoby być zbyt przeładowane, ale jest w nim ciepło zanoszonych tam przez pokolenia modlitw.

Kiedy wychodziłam z ławki oparłam dłoń na wyślizganej gałce oparcia i przemknęła mi przez głowę myśl, jak wiele dłoni musiało się na niej tak oprzeć, żeby nabrała tej miękkości linii i łagodności dotyku. Pomodliłam się za tych, których gest powtórzyłam. To daje tak niesamowite poczucie łączności, przynależności do pokoleń przed nami i tych po nas. Jakby zanurzenie w rzekę i zgoda na to, by jej fala nas uniosła. A może tylko uświadomienie sobie dotyku nurtu tej rzeki?

Moim nieskromnym zdaniem nie jest to ryt, który powinien być powszechny. Nowa msza ma jednak w sobie wiele elementów, które pozwalają ją łatwiej „przyswoić”. Odprawiana z zaangażowaniem duchowym celebransa i wiernych też prowadzi. Tridentina jest za to jak pigułka duchowej siły, jednak ją nie tyle się rozumie, co kontempluje. Jest formą adoracji i myślę, że bardziej niż NOM jest podatna na rytualizm i celebrowanie koronek oraz geometrii celebry. I bardzo mocno akcentuje hierarchiczność. Msza do bólu antyfeministyczna, może nie tyle w sensie mizoginii, co ograniczenia udziału kobiet do adoracji i ewentualnie różańca. Chyba, że przewidziana jest schola – to tak, śpiewające niewiasty ok 🙂

Zachwyciła mnie msza pontyfikalna (a więc ta o najbardziej rozbudowanym ceremonialne, z biskupem lub opatem). Była po prostu piękna, choć najwięcej piękna myślę, że wynikało ze skupienia głównego celebransa, którym był o. Bernard Sawicki z Tyńca. Poruszyła mnie duchowo i dała do myślenia, bo chociaż była sprawowana w deszczowy dzień, w środku tygodnia i o dośc abstrakcyjnej 16.00, to przyszli na nią także ludzie z Bukowiny. Głównie osoby starsze i było widac po nich skupienie i modlitwę. Myślę, że brak im tego starego rytu. W końcu właśnie w takich okolicznościach liturgii po raz pierwszy spotykali Boga 🙂

Cieszę się, że tam byłam. To był dobry czas. A nad rytem klasycznym jeszcze muszę pomyśleć.

*jęczący i płaczący w tej łez dolinie (…) wygnania

Reklamy

8 thoughts on “„Jakiś film tu kręcą?”

  1. Ciekawe jakie będą efekty przemyśleń. Może w niektóre niedzielne dzionki zamiast na Stolarskiej zaczniesz bywać na Krakowskiej? 😉

    A co do starszych ludzi i dawnego rytu….. w 2007 roku, kiedy obchodziliśmy w naszym Zakonie 750-lecie śmierci św. Jacka i odbywały się te wszystkie uroczyste nieszpory, Matutina, Msze (w sporej części po łacinie), bracia zapraszali żeby przyłączać się do nich i siadać w stallach. Na którychś nieszporach usiadła koło mnie staruszka. Nie śpiewała, tylko słuchała, a w chwili gdy zabrzmiało Pater Noster po prostu zaczęła płakać. Nie wiem oczywiście jaki był powód, ale przyszło mi wtedy do głowy, że być może ten nasz śpiew był dla niej powrotem do młodości i tego co dawniej było w kościołach codziennością.

      • No proszę 🙂 ….. aż raz w miesiącu? Ja sobie kiedyś planowałam chodzenie na Mszę Trydencką, ale tak raz na pół roku.

        W tygodniu są na Wawelu, ale o godzinie niedostępnej dla większości pracujących.

  2. ktoś napisał raz kiedyś (na fR chyba), że wszystkie te Msze śpiewane, uroczyste, pontyfikalne to poniekąd zbędna pompa, zaś najpiękniejsza i niejako najbliższa jest cicha czy recytowana Msza gdzieś przy bocznym ołtarzu. można znaleźć argumenty broniące tej tezy. można, ale po co? zapraszam na Wawel. jeśli nie w tygodniu to w sobotę, bo nie ma co marnować dnia wolnego. do zobaczenia przy św. Jadwidze 🙂

  3. A mnie do szczęścia „wystarcza” NOM, byle pobożnie i z sensem odprawiany. „Normalna” msza ma w sobie taki ładunek duchowości i symboliki, sięgającej korzeniami starożytności, że w zupełności zaspokaja to moją potrzebę sacrum. O ile tylko celebrans orientuje się w tym, co robi…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s