Filotea Salezy, do usług

Żył w czasie reformy Kościoła na przełomie XVI i XVII wieku. W czasie dla świeckich w Kościele, delikatnie mówiąc, żadnym. Mimo to jego pisma a dokładnie jedno z opracowań – „Filotea” – to klasyka duchowości świeckich. Tak, mam na myśli św. Franciszka Salezego. Nota bene mojego firmowego patrona – dziennikarzy.

Lojalnie się odgrażam: będzie teraz co jakiś czas notka dotycząca właśnie tej duchowości,w której Franciszek był niekwestionowanym mistrzem. Natchnęły mnie do tego rzeczy dwie: nabycie egzemplarza niedawno wznowionej „Filotei”, oraz spostrzeżenie o. Popławskiego OP, że duszpasterze nie wiedzą, jak ugryźć duszpasterstwo ludzi dorosłych (od razu mogem powiedzieć, że do tego potrzebne są przede wszystkim stałe zęby – mleczaki nie dadzą rady 😉 ).

Salezy zaczyna od tego, jak przejść od chciejstwa do decyzji o realizacji chciejstwa. Jak przejść od pragnienia pobożności do dążenia do niej? Ano najpierw uświadamiając sobie, czym pobożność jest. Owszem, wyraża się ona w zewnętrznych umartwieniach i znoszeniu trudności, jest kluczem jest tu odkrycie najpierw, zanim zaczniemy pościć, działać charytatywnie, wypracowywać odgniotki na kolanach, ćwiczyć się w siedzeniu w pozycji [zbliżonej do] lotosu, że to wszystko ma wypływać z Boga. Precyzyjniej: naszego zjednoczenia z Nim. Jaki pierwszy krok do osiągnięcia tego proponuje Salezy?

1. Znaleźć przewodnika. Jak jest droga, potrzebny jest na niej przewodnik. I tu, niestety, zaczyna się problem. Mamy świetnych księży od budowania kościołów, administrowania parafią, organizowania imprez młodzieżowych, ale bardzo mało wśród nich duchowych mistrzów. Święty Jan Vianney nie bez przyczyny był „męczennikiem konfesjonału” – to jest miejsce, w którym kapłani są bardzo potrzebni. I to jest też miejsce, za którym kapłani nie przepadają, co rozumiem, choć tego nie usprawiedliwiam (że tak sparafrazuję ks. Stańka, też świetnego spowiednika zresztą).

2. Wyrzec się grzechów ciężkich.

3. Wyrzec się przywiązania do grzechów. No i tu zaczynają się schody…:

Wstrzymują się oni [nawracający] od grzechu, jak chorzy od melonów, którzy tylko dlatego ich nie jedzą, że lekarz zakazał im tego pod groźbą śmierci, ale się o ten zakaz gniewają, spierają i targują; radzi by choć powąchać zakazanego im owocu i zazdroszczą tym, co go jedzą, uważając to za wielkie szczęście. Tak i ci pokutnicy, co jeszcze są słabi i małego serca, chociaż na jakiś czas wystrzegają się grzechu, czynią to z żalem i chętnie by grzeszyli, gdyby za grzech nie groziła im kara śmierci wiecznej. Mówią oni o grzechu z chętką i upodobaniem i za szczęśliwych mają wszystkich, którzy tym grzechem grzeszą.

Nie zaprzeczę, odnalazłam siebie w tym opisie 😀 Oraz tych wszystkich, którzy zamiast mówić o cnotach, skupiają się (niby pod płaszczykiem potępiania) na opisywaniu grzechów i w ten sposób „wąchają” tego zakazanego „melona”. Jak sobie z tym niechciejstwem poradzić? Ano wziąć głęboki oddech i popatrzeć na owoce grzechu. Czasem w naszym życiu, czasem w życiu tych, którym tak zazdrościmy. Popatrzeć prosząc Boga o jasność widzenia, o pełnię obrazu. Dostrzeżenie go rodzi w sercu żal i ten żal właśnie jest początkiem nawrócenia. Ale nie żal indukowany, budzony li jedynie na poziomie emocji – to ma być żal wypływający z dostrzeżenia owoców naszych błędów. Tak, wiem, boli jak chol… znaczy się bardzo mocno boli. Ale jeśli trzymamy się mocno prawdy o tym, że jesteśmy przez Boga bezwarunkowo kochani, ten ból da się przyjąć i wykorzystać go jako źródło wewnętrznej motywacji do zmiany serca.

Reklamy

13 thoughts on “Filotea Salezy, do usług

  1. Oj tak, kapłani nie lubia spowiadc i bardzo lubia tych, ktorzy nie lubia spowiadac sie. Najlepiej co kwartal i z tych samych grzechow lub jakichs nowych, ktore pojawiaja sie na miejscu starych, nieaktualnych juz, przepracowanych, uleczonych. Bo w przyrodzie nie ma prozni. Zawsze cos wylazi z czlowieka, jak paskudny łeb hydry z morskich glebin gdy juz mamy nadzieje, ze wyplywamy na czyste, bezpieczne wody.
    Praca z Mistrzem to przede wszystkim łaska-sakrament. A to co mowi nasz biedny spowiednik to nie zawsze moze nam podobac sie i nie mamy ochoty na posluszenstwo. Wiem, ze sa tez osoby nadgorliwe w swojej poboznosci a one traktowane sa jak maniacy religijni z nerwicą natrectw, ktorą trzeba leczyc u psychiatry a nie w konfesjonale. Ludzie pragnacy realizowac sie w zyciu duchowym musza byc posluszni spowiednikowi. Nawet wtedy, gdy krytykujemy jego nieudolnosc, brak kompetencji, brak swietosci, dopskonalosci, ktora zaspokoilaby nasze oczekiwania a takze nasza pyche.
    Uswieca i doskonali nas pokora i posluszenstwo.

  2. To ja bardzo proszę co jakiś czas drobną notkę w tych kwestiach. Niedawno byłem w Annecy na grobie Salezego i oczywiście postanowiłem się po powrocie do kraju zaopatrzyć w tę wznowioną „Filoteę”.

    Co prawda w mojej posłudze od 1 września będzie więcej duszpasterstwa życia konsekrowanego niż duszpasterstwa świeckich, ale ostatecznie wskazówki Salezego są przecież uniwersalne 🙂

    • Będzie cały cykl, tak mnie wczoraj kopnęło duchowo, że wreszcie mam to zacząć pisać (bo z pomysłem nosze się od jesieni, khem, dowód na cierpliwość Pana B.).
      🙂

  3. Znaleźć przewodnika….. łatwo napisać, trudno wykonać i wcale nie musi to wynikać z tego, że tych przewodników nie ma, ale z tego że się nie potrafi ich znaleźć. Mnie już dwa razy mi powiedziano (raz na ćwiczeniach ignacjańskich, a raz na ostatniej spowiedzi), że powinnam mieć stałego spowiednika. Fajnie, tylko że kompletnie nie mam pojęcia jak się do tego zabrać, więc się nie zabieram w ogóle. Problem tu jest po stronie szukającej, a nie szukanego.

    A co do grzechów, to często najlepiej po prostu w ogóle im i ich owocom się nie przyglądać. Nawet z daleka, bo zło wciąga. Tak sobie człowiek wącha z daleka ten zakazany owoc, ogląda jaką ma ładną skórkę i nawet sam nie wie kiedy zaczyna zajadać. Potem bardzo zdziwiony jak to się mogło stać, przecież tylko stał z boku i patrzył. Niestety rzecz w tym, że to wymaga silnej woli, a często też odwagi.

  4. O ile mi wiadomo staly spowiednik nie zawsze pelni funkcje kierownika duchowego. Ciekawe, ze nie wszyscy powinni miec swojego spowiednika a naprawde niewielki procent wiernych ma kierownika. Dlaczego? Bo nie wszystkim zalezy na postepach, na duchowym rozwoju. Im wystarczy zwyczajna spowiedz. Ale takie parcie na kratke nie zawsze jest parciem na rozwoj lecz checia bycia kims wyjatkowym i wartosciowym w oczach kaplana, od ktorego oczekuje sie uznania, jakby ksiadz mial byc medium do kontaktow z niewidzialnym Panem Bogiem. Magia. I kaplani bronia sie przed tym. A inni uwielbiaj w to bawic sie, nieswiadomi, ze sa wkrecani do jakiejs chorej gry.

    • Czasem też kierownik nie jest komus potrzebny. A stały spowiednik to dobre rozwiązanie, bo wygodne. On cię zna, wię jakie masz główne problemy, trudniej go oszukać ;>

    • Do duchowego rozwoju nie każdy potrzebuje kierownika. Podstawowe kierownictwo, to kierownictwo Kościoła i wiele spraw można sobie poukładać jeśli tylko będzie się go uważnie słuchało. Innym wystarczą zaprzyjaźnione osoby, z którymi w razie czego można po prostu pogadać o swoich wątpliwościach i problemach. A są wreszcie tacy, którzy potrzebują jednej zaufanej osoby, która będzie ich cierpliwie prowadzić po ścieżkach wiary. Nie można na tej tylko podstawie czy ktoś ma/chce mieć kierownika duchowego oceniać tego czy mu zależy na życiu duchowym czy nie.
      Kiedyś ks. Chrostowski odpowiadając na pytanie o kierownictwo duchowe w jego życiu, powiedział że nie posiada kierownika bo swoje problemy woli przemodlić niż o nich rozmawiać, a sam też się nie podejmuje kierownictwa w stosunku do innych bo uważa że do tego akurat nie ma talentu i wie że nie byłby w stanie robić tego dobrze. Wielu pewnie by z tym dyskutowało, ale zawsze trzeba mieć to na uwadze, że nie każdy potrzebuje kierownika i nie każdy na takiego kierownika się nadaje.

      • Cenię ks. Chrostowskiego jako biblistę, ale akurat w tym, co powiedział, wykazał się małą znajomością duchowości. Człowiek potrzebuje drugiej osoby do tego, żeby zobiektywizować swoje przeżycia i ćwiczyć się w pokorze. Nie chcę tu niczego sugerować, ale wyłacznie „przemadlanie” sobie wielu rzeczy często prowadzi na manowce, bo człowiek zaplątuje się w swoje własne wyobrażenia o Bogu, świecie i sobie. Nawet eremici, więcej – zwłaszcza eremici – byli zobowiązani do posiadania kogoś, komu mówili o swoich doświadczeniach i przychodzących myślach.

        Stały spowiednik to dobry wynalazek, ale osoby, które odpowiadają za innych w Kościele, zwłaszcza kapłani, powinni mieć kierownika duchowego. Tak jest bezpieczniej.

  5. Tak, zna ale to moze byc przykre dla niego posiadanie takiej wiedzy o mrocznych zakamarkach ludzkiej duszy, o ukrywanych sklonnosciach do dewiacji. Absolutna szczerosc jest prawie niemozliwa. Spowiednik to tylko czlowiek i trzeba chronic go przed wstrzasem, ktory powoduje przyznanie sie do prawdy o jakims skrupulatnie ukrywanym grzechu. Czasem trzeba kilka lat na to, by zdobyl nasze zaufanie i zeby dac mu to, co ma uleczyc moca sakramentu. To jest wielkie doswiadczenie wiary takze dla niego, jakies przeslanie od Boga przekazywane przez nas. To prawda, ze spowiedz ma sens ale za spowiednika trzeba modlic sie i nie powinno sie kontaktowac zbyt czesto i bez potrzeby ani interesowac jego zyciem. To specyficzny uklad opierajacy sie na dobrze ustawionych relacjach, od samego poczatku.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s