„Jaśniejsza od gwiazd”, reż. Jane Campion

Zjechali nieco ten film w „Metrze” więc uznałam, że z pewnością warto go zobaczyć. Fakt, że reżyserowała go Jane Campion też był dodatkowym bodźcem „za”.

Historia z początku XIX wieku: śliczny, rozkochany w projektowaniu i szyciu motylek: Fanny Browne poznaje młodego poetę, Johna Keatsa. Ona średniozamożna, on ubogi i zadłużony, choć obracają się w tej samej „sferze” towarzyskiej. To epoka romantyzmu – uczuć, melancholii, czarów, szarej sfery niedopowiedzianego racjonalnie. Czas półmroku, z którego wykluwają się demony. Ten film jest jednak o tej jaśniejszej i o wiele bardziej fizycznej stronie tamtej epoki. Wrażliwość reżyserki zabarwiła romantyczność dużą, choć wyważoną, dawką naturalizmu. Umierający brat Keatsa cuchnie (dowiadujemy się tego od małej siostry Fanny chcącej natychmiast wyjść z mieszkania chorego), wyhodowane w pokoju motyle umierają wraz z wiadomością o tym, że Keats jednak chce zerwać więź z Fanny, ludzie nie są wyłącznie piękni i subtelni: w filmie gra więcej aktorów charakterystycznych niż amantów. Nawet Keats nie jest piękny – bardziej przypomina głównego bohatera „Zmierzchu” niż Księcia Persji.

Uczucie, które zaczyna się od salonowej gry, powoli przeradza się w egzystencjalny dramat. Bohaterowie stają przed wyborem: święty spokój lub głębokie zanurzenie w miłość, choć wynurzenie nastąpi gwałtownie i skończy się chorobą kesonową. Fanny mówi do matki,  która przynosi wiadomość, że nadal nie ma listu od Johna: „Jeśli to jest miłość, to nigdy więcej nie będę się z niej śmiać. To tak okropnie boli.” Zwija się na łóżku jak bezradne, obolałe dziecko.

Keats wie, że nie może ożenić się z Fanny: nie utrzyma jej, a nie chce jej narażać na nędzę. Nawet jej nie uwiedzie, pomimo, że będzie do tego namawiany przez przyjaciela, a potem samą zainteresowaną. Odpowie jej: „Mam sumienie”. Zaręcza się z nią, kiedy już jest pewien, że umiera, a właściwie to ona wymusza na nim zaręczyny, aby móc pozostać blisko niego.

Do tego przepiękne zdjęcia i mnóstwo historii opowiedziane obrazem, gestem, kolorem. Delikatnie, kontemplacyjnie: „Czy wiesz, że dotyk pamięta?” „Wiem” i delikatne dotknięcie twarzy ukochanego.

To historia o tym, że miłość jest decyzją; szeregiem decyzji, ale kiedy pękną wały, wdziera się jak masy wody i zagarnia. Można w niej pływać, ale ucieczki całkowitej już nie ma.

Warto pójść, choć odradzam ten film tym, którzy szukają okazji do popłakania w stylu melodramatycznym czy irytują ich dłużyzny w kinie. Fanom Photoshopa też odradzam. To nie ten rodzaj piękna. Zdecydowanie nie ten.

I dwie uwagi na marginesie:

1. Kino zaczyna gloryfikować, może nieco krzywy, ale obraz miłości niespełnionej fizycznie. Zauważam początek takiej tendencji, zobaczymy co się z tego rozwinie.

2. Narasta fascynacja epoką romantyzmu: od lekkiej Jane Austen począwszy na filmach typu „Jaśniejsza od gwiazd” skończywszy. Także fascynacja wampirami, czarami, ezoteryką etc. Budzi to mój niepokój, bo tego typu fascynacje są specyficzne dla kultur chylących się ku upadkowi albo w przededniu kryzysu. Ale może nie siejmy defetyzmu 🙂

Reklamy

13 thoughts on “„Jaśniejsza od gwiazd”, reż. Jane Campion

  1. Powrót do epoki romantyzmu powraca sądzę dlatego,że w naszym życiu panuje pośpiech,a przez to gubi się romantyczność chwil,brakuje czasu na rozpamiętywanie,powolne dojrzewanie związku.

    Taka mi także przyszła myśl o tej miłości niespełnionej fizycznie-nowej tendencji w kinie.Nasz współczesny świat to czas internetu,odległości wirtualnej.Zawieranie znajomości także dokonuje się poprzez migrację ludności w najróżniejsze zakątki świata.To zupełnie inny rodzaj zawierania znajomości,szybkość przekazu łączy bezprzewodowych zastąpiła długo oczekiwane listy,słyszymy głos,możemy się widzieć,ale tak naprawdę nie możemy się dotknąć.Tworzy się nowy rodzaj platonicznej miłości.

    • Wiesz, cos w tym jest, co piszesz.

      Tak na marginesie to bardzo niebezpieczny rodzaj miłości: mozna zostac wydrenowanym emocjonalnie, a jednocześnie kochać nie tyle tę druga osobe, co swoje złudzenie o niej.

  2. ..ale jednak rozmawiasz,piszesz,widzisz-chodzi o możliwości internetu.Wiem,że nie jest to samo co ,,na żywo,,jednak współczesna technika prawie działa jak obecność na żywo i to miałam na myśli.

    Poza tym zakochanie to także nasz własny obraz o drugiej osobie,tak często złudny nawet na żywo.

    Mój poprzedni komentarz to myśl,dlaczego jest zainteresowanie reżyserów ,,nowym rodzajem platonicznej miłości,, -świat poznania ludzi dzięki internetowi,rozmowy na skaypie,komórka…

    • Ale ja się z tobą zgadzam, ta uwaga była na marginesie. Po prostu Internet ułatwia tworzenie avatarów: zarówno dla siebie, jak i nakładanie ich innym.

  3. Bardzo zaciekawiła mnie i olśniła myśl o avatarach! Dotychczas myślałam o fenomenie fantomów – ale to własnie avatary!!
    Recenzję filmu czytałam w TP, Twoja mówi mi więcej,chętnie obejrzę jak wpadnie mi w łapki.
    Pozdrawiam!

    • Polecam, zwłaszcza od strony zdjęć: wysmakowane ujęcia w wielu przypadkach.

      Nie napisałam tego w głównym tekście, ale jest taka piękna scena, która mnie kompletnie rozłożyła: John ma wyjechać na zimę do Włoch, żeby się podleczyć, ale wszyscy wiedzą, że tak naprawdę już nie wróci. Piknik i nagle z drzewa spada pierwszy brązowy liść. Mała siostra Fanny bierze go w palce i wynosi daleko ze słowami: „Idź sobie i nie wracaj, tu nie chcemy jesieni.” Dobry film na takie spokojne oglądanie, na szczęście widziałam to w kinie studyjnym, więc i widzowie byli w porządku, i nie było popcornu ;>

  4. Nie zapomnę wrażenia po filmie Fortepian tej samej reżyserki.Klimat ujęć ,zdjęcia są podobne.Także delikatność i czułość z jaką oddaje miłość,jej fazy dojrzewania,później gwałtowność w emocjach jakie zawsze towarzyszą ,kiedy się rozwija i pochłania całe nasze zmysły-tym co stanowi miłość to emocje bardzo silne emocje.One są zawsze, kiedy jest Prawdziwa,ale taka jednak w jakiś sposób zawsze coś niszczy,jest w niej zawsze mimo wszystko jakiś smutek.

    • E, nie zgodze się – z miłością jest jak z dobrym winem: te najlepsze jeszcze po kilkunastu minutach dają się wyczuć na języku. Chodzi mi o to, że to nie tyle emocje, co bliskość i trwanie. Miłość trwa i daje życie – nie niszczy.
      W tym filmie nie ma namiętności takiej, jak w „Fortepianie” – jest delikatność i szacunek. I to jest bardzo piękne i intymne.

  5. Wczoraj przez godzinę (tylko – bo musiałem przerwać rozmowę) rozmawiałem z młodymi kobietami o „Fortepianie” i wciąż, choć film ten wraca do mnie od szesnastu lat i w sumie już pewnie kilkanaście godzin się nad nim – sam i z innymi – zastanawiałem, coś nowego w tej rozmowie się ujawniło. Nie sposób jednak tego wszystkiego tu przywołać 😦 – piszę o tym tylko na świadectwo, że to ważny film i prócz obejrzenia wart jest namysłu 🙂
    Jedna z tego myśl: w „Piano” jest konfrontacja dwóch różnych modeli „małżeństwa” – kontrakt Ady ze Stewartem, ustalony wedle ogólnie panujących reguł (w dobie wirtualnych romansów znacznie mniej te reguły wydają się dziwne niż 16 lat temu!), i kontrakt Ady z Bainesem, ich zupełnie prywatna, osobista umowa, przyjęta niemal wbrew wszelkim regułom. To nie był romans, ale właśnie małżeństwo, tylko – rzekłbym – „autorskie”. Prawdziwy – tu lekko przesadzam – ślub…
    Problem naszego świata – nie tylko naszych czasów – jest taki, moim zdaniem, że nawet w Miłości ludzie wchodzą w gotowe wzorce – czy to seksu (nawet fantazje są już gotowymi produktami…), czy romansu, czy małżeństwa (tu zresztą mają ustaloną przez innych formułę, którą albo wypowiedzą, albo nie są małżeństwem – to dość niedorzeczne…). Jakkolwiek niemal każdy zakochany uważa, że jest jedyny na świecie, to potem – tak mi się wydaje – nie przejawia żadnej twórczej postawy… E, nie ma miejsca na rozwinięcie tematu… Rilke gdzieś pisał, że ludzie nie nauczyli się jeszcze Miłości (choć – dodam od siebie – mają na to czas).
    Rok temu dostałem mailem zdjęcie, promujące „Jasną Gwiazdę” (bo tak to powinno być przetłumaczone, m.in. ze względu na wiersz Keatsa) i od wtedy na niego czekam – ale jeszcze nie widziałem. Jeszcze mogę go sobie powyobrażać 🙂
    Pozdrawiam

  6. Bohjan, nie bądź taki surowy dla ludzi:).

    Ale coś mi się skojarzyło na skraju marginesu myśli o gotowych wzorcach np. romansowych, a idąc dalej, rytualnych nieomal zachowaniach. Uwaga! tutaj obniżam ton rozmowy, gdyż odwołam się do komedii romantycznej:) (jednej z moich ulubionych zresztą i nie całkiem romantycznej). Otóż w filmie Frankie i Johnny jest taka scena, tuż po tym, kiedy mężczyzna pokazał kobiecie swoje ulubione miejsce -giełdę kwiatową. Para wychodzi na ulicę i tam całuje się po raz pierwszy (pocałunek ten jest znaczący także i dlatego ze uczucie to rodzi się w potwornych bólach). Nagle drzwi ciężarówki, która stoi za nimi, otwierają się. Samochód wypełniony jest kwiatami. Frankie i Johnny stoją na tle kaskady barw. Nie są tego świadomi – to obrazek dla widzów. Ktoś powie, nie bez racji być może, ze to kicz jest. Ale ja lubię tę scenę odczytywać w ten sposób: chwile mają swoją urodę, której ludzie nie muszą być świadomi. Której nie muszą forsownie aranżować np. kolacją przy świecach:) Tutaj przepraszam wszystkich, którzy się przy takiej kolacji nastarali i którym nie wyszła ona na złe, chodziło mi o symbol taki.

  7. @Wera
    Ja, oczywiście, od razu pożałowałem swego wpisu, z różnych zresztą powodów (bywam też surowy dla siebie 🙂 )
    Jasne, że przesadzam i pysznię się w dodatku tym, że piszę „ludzie” w sensie „oni” a nie „my” – podczas gdy wszystko, co napisałem, odnosi się i do mnie, jeśli w ogóle się odnosi 🙂
    Myślę sobie o tej urodzie, której nikt nie widzi…
    Pozdrawiam z bzów 😉
    ps. To ja już na zawsze będę zielony, spod tego zielonego znaczka? Ok, kolor ładny.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s