Bram Stoker, „Dracula”, reż. Artur Tyszkiewicz

Główną osią narracyjną słynnego filmu Francisa F. Coppoli z 1992 roku była miłość, a dokładnie tęsknota za utraconą miłością  i nadzieja na jej reinkarnację.  W spektaklu Tyszkiewicza jest to wątek poboczny, potraktowany według mnie pobieżnie i zagrany zdawkowo, jakby seksualna namiętność była fizyczną potrzebą, która jest z jednej strony bardzo ważna, ale zasadniczo jest istotność kończyła się na samym współżyciu. Dla mnie ważniejszy był inny wątek – historia o tym, jak łatwo zło uwodzi i (z tym się nie zgadzam) zawsze zwycięża.

Dracula karmi się życiem innych, bo w sobie go nie ma. Ci, którymi się karmi, sami staja się do niego podobni. Jest wampirem nie ze względu na utraconą miłość, ale jest nim jako jeden z tych, którzy wybrali diabła (sam to mówi w drugim akcie, tuz po tym, jak piekłem nazywa doczesność).

O ile najmocniejszym przeżyciem emocjonalnym była końcówka pierwszego aktu (nie powiem, co wtedy się wydarza, żeby nie zepsuć wrażenia tym, którzy będą chcieli się naocznie przekonać), to klucz do zrozumienia sytuacji znalazłam na początku drugiego, o wiele krótszego. Reinfeld przywołuje Draculę i to, co uderzyło mnie w tej scenie, to ostry kontrast pomiędzy żałosnym, patetyczno-pysznym a ostatecznie rozwiązłym Przywołującym a zimnym, pełnym szyderstwa i pychy Przywoływanym. Wobec demona, jakim jest hrabia, człowiek rojący sobie nadzieje, że tego demona wykorzysta do swoich celów, jest żałosny i śmieszny. Nawet jego pragnienia („Jestem zmysłowy! Daj mi żonę!”) są płaskie i wyblakłe. Tu wielki ukłon w stronę Krzysztofa Baumanna – Dracula w jego wykonaniu jest tak przerażająco realny, że samo jego pojawienie się na scenie powoduje gęsią skórkę.

Drugą, równie lekko i przekonująco zagraną postacią jest Van Helsing (Dracula trafił na godnego siebie przeciwnika, hehe) – tu oglądałam Feliksa Szajnerta. Gra, jakby był sobą, naturalnie, a jednocześnie dynamicznie. Nie gra osobowości równie silnej, jak hrabia – jest kimś, kto wie jak i dlaczego zwalczyć wampiry. I potrafi za sobą pociągnąć innych. Bardzo ciekawa jest jego rozmowa z jego byłym uczniem, dr. Stewardem. Nauka, jako uparte trzymanie się raz uznanych prawd i ignorowanie danych, które z tymi tezami byłyby sprzeczne – można niezbyt celna charakterystyka prawdziwej nauki, ale już ślepego dogmatyzmu na pewno. I to bynajmniej nie kościelnego.

Warto też powiedzieć o genialnie zatańczonym Wilku: to on, bardziej jako alter ego Draculi, jego pożądanie, niż zwierzę, uwodzi Lucy. Tańczą rewelacyjnie, w sposób pełen pasji a jednocześnie bardziej przypominający walkę niż okazywanie miłości. Może zahipnotyzować, choć to raczej nieprzyjemny rodzaj hipnozy.

Spektakl mroczny, dobrze zagrany i z pewnością zostający w pamięci. I utwierdzający mnie w poniższym przekonaniu:

Regissa, proszę tylko nie brać tego do siebie! 😀

Reklamy

5 thoughts on “Bram Stoker, „Dracula”, reż. Artur Tyszkiewicz

    • Była… ku udręce własnej, aktorów oraz pozostałych widzów. Dzieciaki nie wytrzymywały napięcia emocjonalnego i nie tylko, co kończyło się głupimi docinkami i ogólnym bydłem momentami 😦

  1. Hmmm… Skoro niektóre knajpy wprowadziły na drzwiach „No stag parties”, to może na drzwiach teatrów powinny się znaleźć tabliczki: „młodzieży szkolnej nie obsługujemy”? Z ukulturalnianiem taka wizyta nie ma nic wspólnego, więc w imię czego wszyscy (łącznie z młodzieżą) się męczą? A z drugiej strony dlaczego na takie zachowanie nie reaguje obsługa widowni? Powinno się delikwentów za drzwi wywalać z zakazem wstępu do pozostałych teatrów oraz likwidacją zniżek dla szkoły, z której pochodzi. Może to odniosłoby jakiś skutek. Zwracanie uwagi pani nauczycielce nie daje żadnych efektów, więc trzeba pojechać po finansach. W końcu bilety do teatru są drogie (o ile są) i powinno się mieć możliwość obejrzenia spektaklu w jakim takim komforcie. Rany, to przecież nie jest msza w kościele! 😛

    • 😛 złośliwa jak zawsze

      Jestem za tym, żeby zabierać młodzież do teatru, ale nie na takie sztuki. Kiedys musza się nauczyc kultury korzystania z kultury, ale może na „Chorym z urojenia” albo innym klasyku?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s