Podróż absurdalna

Piątek, 6.50 – stoję w charakterze zombi na peronie i czekam na podstawienie pociągu relacji Kraków Główny – Poznań Główny. Zimno jest, tak z 15 poniżej temperatury zamarzania wody. Za 10 min. powinnam juz siedzieć w wagonie, a za 15 minut odjechać, więc spokojnie spoglądam w poranną ciemność.

7.00 – mam złe przeczucia, za cicho tu i za pusto na torach.

7.04 – chrypiący megafon oświadcza, że pociąg ma 10 min. opóźnienia i jednocześnie informuje, ze opóźnienie może ulec zmianie. Intuicja zaczyna odczuwać lekki niepokój.

7.10 – megafon poświadcza niepokój intuicji, opóźnienie wzrosło do 30 min. i nadal może ulec zmianie, a ja czuję, że powoli przymarzam do peronu. Schodzę na chwilę pod pokład w poszukiwaniu informacji i odrobiny ciepła. Informacji nie znajduję, ale ciepełko owszem. Wracam na peron ignorując pomrukiwania intuicji, że PKP zmienna jest.

7.30 – opóźnienie, poza tym, że nadal może ulec zmianie, wzrosło do 45 minut. Nie zacytuję, co mi przemknęło przez myśl.

7.40 – megafon litościwie zapowiada, że nasz pociąg jest podstawiany na peron, na którym nie czuję już, że stoję, bo straciłam czucie w stopach.

7.45 – pociąg jest wciąż podstawiany. Kolejna myśl nie nadająca się do publikacji.

7.50 – jedzie!! Hm, od kiedy to na trasach pośpiesznych jeżdżą osobówki?

7.52 – zimno nadal, temperatura grzejnika pod siedzeniem sugeruję próby ogrzania pomieszczenia, jednak śnieg ma to w głębokim poważaniu i radośnie wiruje w powietrzu nad moją głową. Przesiadam się na miejsce na przeciwko, żeby przynajmniej na mnie nie sypało. Plastikowe siedzenie jest twarde i zimne. Nie myśl, że masz w tych warunkach jechać 7 godzin, nie myśl o tym, że masz w tych warunkach jechać siedem godzin, nie myśl… Zdrzemnij się, o.

tak około po półtorej godziny – budzi mnie charakterystyczny odgłos maszynki do pieczętowania biletów. Wykopuję się spod płaszcza (mamo, kupno długiego i ocieplanego płaszcza na zimę to był genialny pomysł z twojej strony!), drżącymi rękoma odkopuje bilet w międzyczasie odsłuchując przyczyn opóźnienia: okazuje się, że, jak to eufemistycznie ujął konduktor, jadący z zajezdni właściwy skład „potrącił człowieka”. Stąd ta nieszczęsna osobówka i opóźnienie. Przebaczam PKP, chociaż w międzyczasie zdążyłam już napisać rozpaczliwego smsa do Mishki, o tym jak bardzo z powodu tej firmy cierpię. W zamian niezawodna TW Muzeodajnia donosi mi, iż we Wrocławiu też miała miejsce jakaś katastrofa kolejowa, w związku z  czym jadące tamtędy pociągi stoją. W panice sprawdzam swój bilet. Ufff, Opatrzność tym razem byłą łaskawa – mój pociąg nie turla się przez miasto życzliwych. Znów zapadam w odrętwienie.

po kolejnym obudzeniu – zaraz, ja mam termos a w tym termosie jest kawa, CIEPŁA kawa! Pomogło, odrobinkę mi cieplej. Przekąszam co nieco, próbuje czytać, ale łapki grabieją. Znów zapadam się pod płaszcz, ale jednocześnie budzi się we mnie niejasna potrzeba skorzystania z toalety. Niechęć do marznięcia oraz fizjologia walczą ze sobą ok. godziny i ostatecznie heroicznie wstaję i ruszam we właściwym kierunku. Kątem oka zauważam, że zza oparcia siedzenia po skosie wystają czarne eleganckie, skórzane buty, ciemne spodnie oraz dłonie w czarnych rękawiczkach trzymające Opiniotwórczy Dziennik. Dalsze kojarzenie dostrzeganej postaci ze smutnymi panami z totalitarnego wywiadu przerywa mi dostrzeżenie na głowie tejże postaci swojskiej, dzianinowej czapeczki. Ufff po raz drugi w dniu dzisiejszym.

Spacer do toalety pozwala mi odkryć, że w przedziale obok jest cieplej, więc dokonuje szybkiej migracji. Nawet udaje mi się poczytać nieco, zjeść coś i skutecznie porozgrzewać kawą. Za oknem mam na osłodę piękne zimowe widoki, roziskrzone pola i szaro-błękitne niebo. Chłopak siedzący naprzeciw mnie czyta Pratchetta a dziewczyna za moimi plecami Derridę. Przychodzi mi niejasna myśl o bogactwie zróznicowania intelektualnego w polskich pociągach i wsadzam nos w mój komentarz do św. Tomasza.

Poznań, 15.50 – jak to było 7 godzin to ja jestem kosmita! W lekkiej panice biegnę na przystanek tramwajowy, żeby dla odmiany tam nieco poprzymarzać do podłoża. Wsiadam w pierwszy nadjeżdżający tramwaj, który psuje się po dwóch przystankach. Chyba zacznę wierzyć w fatum… Kłusem biegnę przez Teatralkę, wpadam do OP, żeby tylko zostawić zbędne rzeczy i wypadam na dziedziniec, gdzie czeka na mnie Marta. Udaje nam się zdążyć na seminarium i ku mojemu zdziwieniu oraz radości, jednak kilkunastu herosom chciało się przyjść i nawet uczestniczyć. Niestety, w sali wykładowej też za ciepło nie jest. Marzę o gorącej kolacji… Jakbyście kiedyś byli w Poznaniu, to polecam „Ptasie radio”. Genialna herbata i przepyszne tosty.

Sobota, 9.05 – stoję na peronie w charakterze zombi, ale przecież za 10 min. mam odjazd pociągu. Znów jest cicho a tory zajmuje jakiś opóźniony skład. Intuicja coś tam szepcze i wtedy nagle megafon odkaszluje i… mam przemożne uczucie deja vu. Niestety uzasadnione, łacznie z faktem, iż opóźnienie kilkakrotnie ulegało zmianie.

Do Krk dotarłam po 9 godzinach podróży, która według rozkładu miała trwać 6,40 i jedyna kwestia, która teraz mnie dręczy, brzmi: czemu oni na tych rozkładach nie podają czasu rzeczywistego tylko ten po odliczeniu postojów?

Advertisements

10 thoughts on “Podróż absurdalna

  1. wniosek pamiętać,
    po pierwsze, że nie jest się w Japonii;
    po drugie, że jest zima;
    po trzecie, żeby nie zapomnieć termosu z ciepłą kawą, albo innym rozgrzewającym napojem:
    a najlepiej mieć własny samochód z zamontowanym spychaczem śniegu, hahaha.

  2. W pewien letni weekend pojechałam na Śląsk.

    Podróż z Krakowa na Śląsk: miły, czysty, mięciutki autokar z klimą, punktualnie wyruszył z Krakowa i punktualnie przybył na miejsce, czas podróży: 1 h 15 m, cena: 12 zł.

    Podróż powrotna: wstrętny, brudny pociąg, z zepsutymi oknami, bez zasłonek (za oknem wielkie gorące słońce), plastikowe siedzenia (pociąg dalekobieżny, ale podobnie jak Twój złożony z wagonów takich jak w osobówkach), już w Katowicach miał 50 minut spóźnienia, czas podróży (wg rozkładu) 1 h 30 m, cena: 14 zł.

    Wniosek: o ile się da unikać polskich kolei (podobnie zresztą jak Poczty Polskiej – nie na temat, ale te dwie instytucje zawsze mi się ze sobą kojarzą jeśli chodzi o sprawność działania).

    Dobrego przedświątecznego tygodnia 🙂

  3. Piątek. Autobus z pracy do domu (czyli z małego miasteczka na wieś) : 40 minut opóźnienia. Mróz: 14. Można by się schować do sklepu, ale przecież nie wiadomo, czy przyjedzie za 2 minuty, czy za 32…

    Poniedziałek. Ten sam autobus: 54 minuty opóźnienia. Mróz mniejszy.

    Wtorek. Ostatni dzień pracy przed feriami. Jak dobrze.

  4. Po przeczytaniu powyższego wpisu wydaje się sensowne sięgnięcie do teorii względności. Czas i przestrzeń jakiej doświadczyłaś na PKP znajdą w niej wyjaśnienie. Nie sądzę, by ta wiedza w jakiś szczególny sposób Cie uszczęśliwiła, ale lepsze to niż nic.

  5. Zawsze trzeba mieć przy sobie malutką piersiówkę z whiskey, ku pokrzepieniu serc. Na trzeźwo nie można znieść PKP. A jak człowiek upije się nieco to jest mu wszystko jedno dokąd jedzie. Ostatecznie podróżując w nieznane kiedyś trafi się do Krakowa.Polecam ten sposób podróżowania.Wszystko jedno dokąd…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s