Niedzielne marudzenia

Za ładna pogoda jest. I za fajnych mam przyjaciół. I w ogóle ten świat jest za dobry.

Dlatego pomarudzę.

Czytam właśnie książkę o historii duchowości. Fajne założenia, stylistycznie dobrze napisana, ale z jednym się nie mogę zgodzić. Autor pisze o męczennikach z początków chrześcijaństwa i zakłada, że opisy ich męczeństwa, które dotrwały do naszych czasów, są podkolorowane, to znaczy umieszczono w nich fakty, które miały wskazać na podobieństwo ich śmierci z życiem i śmiercią Jezusa. Taka mała manipulacyjka na zachętę, mało powiązana z tym, jak naprawdę ich męczeństwo wyglądało.

I tu mi się przypomniała historia o śmierci abp Oskara A. Romero, hierarchy z Salwadoru, który został zabity w 1980 roku, najprawdopodobniej na zlecenie rządu, któremu wytykał ciągnięcie wewnętrznego konfliktu zbrojnego kosztem zabijania najuboższych i narastającej w kraju nędzy. Nazajutrz po wygłoszeniu przez radio kazania, w którym po raz kolejny wzywał do zaprzestania mordów, Romero odprawiał mszę. Skończył mówić kazanie, podszedł do ołtarza i rozłożył korporał (biały prostokąt tkaniny, na którym stawia się dary ołtarza a więc patenę z chlebem i kielich) w ten sposób przygotowując ołtarz na złożenie ofiary. Ledwo to uczynił, zza okna padł strzał, który rozerwał mu serce. Dobry pasterz, walczący o swoje owce, złożył samego siebie na ołtarzu, bo taka jest wymowa liturgiczna tego, co tam się wydarzyło. Co więcej – otwarto mu serce, tak jak Jezusowi na Golgocie.

Jestem w stanie sobie wyobrazić, że za jakieś sto lat zasiądzie nad tym opisem jakiś teolog i robiąc mądra minę powie: „Ale to wcale tak nie było, to jedynie konstrukcja literacka mająca na celu utożsamienie Romero z Jezusem…” I w ten sposób cała misterną konstrukcję Bożego działania w historii, znaków Jego obecności i realnego podobieństwa świętych do Boga trafi szlak.

Jakby ktoś miał wątpliwości co do sposobu, w jaki teologowie potrafią zarżnąć wiarę, to powyżej jest przykład. Proszę nie naśladować.

A tak poza tym, to byłam na mszy i kazanie było o Eucharystii a dokładniej o Ciele Pańskim, bo o Krwi kaznodzieja się nawet nie zająknął. Podobnie zresztą jak potem brat w modlitwie wiernych. Pojawiły się dwie konkurencyjne interpretacje tego fenomenu:

1. Kaznodzieja tak specjalnie zignorował temat Krwi, bo nie dla świeckich te cymesy.

2. Kaznodziei nawet przez myśl nie przeszło, że mówiąc o Eucharystii należy mówić także o Krwi.

Druga jest mojego autorstwa, więc rozwinę: to kazanie i modlitwa wiernych były nausznymi dowodami na to, jakie efekty w duchowości wywołuje praktyka komunikowania wiernych świeckich Jedną Postacią – Krew przestaje być postrzegana jako część komunii.

Jest, hm, no właśnie – czym? I co ciekawe, przestaje być postrzegana jako część komunii także przez tych, którzy mają obowiązek komunikowania pod dwiema Postaciami, czyli przez księży. A dziś Eliasz przecież oprócz chleba dostał dzban wody i „mocą tego pożywienia” (a nie tylko chleba) szedł 40 dni i nocy ( zresztą próbowałby iść przez pustynię bez uprzedniego opicia się – daleko by raczej nie zaszedł). Ale kto by się tam przejmował popitką…

Reklamy

15 thoughts on “Niedzielne marudzenia

  1. Za to ja dzisiaj byłem dwa razy na mszy i za drugim razem wszyscy przystępowali do komunii pod dwiema postaciami. Ale to najpewniej dlatego, że msza była dodatkowa i było na niej niewiele osób.

  2. Ja tez byłem wczoraj na mszy z komunią pod dwiema postaciami 🙂

    W sprawie męczenników – czytałem ostatnio artykuł o bł. Emilianie Kowczu. Historia życia taka, że aż się nie chce wierzyć, aż zdaje się konfabulacją. Pierwsza myśl – tacy ludzie nie istnieją.
    A jednak.

    W sprawie krwi – jak bez niej można odczytać symbolikę Paschy, tej starotestamentowej i Nowego Przymierza?

  3. Bohjan – dla jednego takiego posta warto było zapisać się na forum. Aż sobie zapisałem te teksty.
    Przeciez często się słyszy: Chrystus umarł za nasze grzechy. A tu zonk – nieprawda !
    Chrystus umarł, żebyśmy nie grzeszyli !
    „Nauczycielu, co mamy czynić?” Dla Jego uczniów było to oczywiste. A dlaczego dla nas nie jest?

    Elu – mnie powaliła końcówka opowieści. Aż sobie usiadłem. W obozie koncentracyjnym modlić sie za jego twórców? To…, to… oburzające !
    Ewentualnie po dwudziestu latach można przebaczyć i poprosić o przebaczenie. Ale przebaczyć PRZED zbrodnią? Na krzyżu? Przecież się nie da, trzeba być….nie wiem….. chrześcijaninem?

    • Korek nie do końca ma rację. Tzn. jego interpretacja jest (chyba, bo nie doczytałam wątku do końca) słuszna, ale tam jest błąd w pytaniu. Zbyt ludzko rozumie Boga. Tak mnie sie zdaje.

      Co do drugiej części – hehe, i to jakim chrześcijaninem! 😉

  4. Owszem, pytanie było zadane w nieco naciągany sposób, aby sprowokować dyskusję. Ale myślę, że dyskusja w istocie obraca się wokół naszego obrazu Boga: czy trzeba go „przebłagać” za nasze grzechy, czy żal za nasze błędy, a zwłaszcza poprawa – są dla niego wystarczające.
    Jakim rodzicem jest nasz Bóg?

  5. A propos śmierci Chrystusa za nasze grzechy czy nie – właśnie zaczęłam czytać Objawienia Bożej Miłości bł. Juliany z Norwich i tam (w wydaniu „W drodze”) jest b. ciekawy wstęp o tym, że przebłagiwanie rozgniewanego Boga przez Chrystusa było koncepcją św. Anzelma (z XI w.), który postrzegał Boga jako pana feudalnego, którego autorytet został naruszony i by został z powrotem wprowadzony porządek do świata, sprawca (lub ktoś za niego) musi zostać ukarany. Ja to oczywiście strasznie streszczam. I że koncepcja Ojców Kościoła i bł. Juliany była zupełnie inna. I że najwyższy czas skończyć z koncepcją Anzelma. To tylko najważniejsze punkty, bo mam teraz mnóstwo pracy, ale w tym wstępie to jest dużo lepiej wyłożone. I w dzisiejszej i wczorajszej godzinie czytań są wyjątki z „O wcieleniu” Teodoreta z Cyru, gdzie też prezentuje zupełnie inną koncepcję, po co Syn Boży się wcielił i umarł niż ta, o której mówimy.

  6. Ja pozwolę sobie o Krwi Chrystusa – ponieważ jestem otaczam Ją szczególną czcią. Kiedyś chciałem zostać Misjonarzem Krwi Chrystusa (jest takie zgromadzenie). Myślę sobię Elu, że masz całkowitą rację z tym komunikowaniem pod jedną postacią tylko i że później są tego konsekwencje. Jeden z moich współbraci oburzył się kiedyś, jak o Krwi Chrystusa zacząłem mówić, bo to takie drastyczne. Kiedy powiedziałem, że przecież tą Krwią został odkupiony to mi odpowiedział, że nie Krwią lecz miłością. Ajajaj… O co chodzi? Wydaje mi się, że od chwili kiedy Kościół zniósł Uroczystość Krwi Chrystusa przypadającą 1 lipca i połączył ją z Bożym Ciałem (Sobór Watykański II) coraz mniej mówi się o prawdziwym, bardzo głębokim znaczeniu Krwi naszego Pana oraz o konieczności naśladowania Go w przelewaniu tejrze Krwi za innych ludzi, za braci. To znamienne dla naszych czasów. Bo my uciekamy przed wszystkim co trudne. Krew dla mnie jest źródłem życia, miłości, oczyszczenia i uzdrowienia. Krew Chrystusa jest nośnikiem miłosierdzia oraz Ducha Świętego. Krew jest drogą chrześcijańskiego życia – drogą która wiedzie przez poświęcenie. Czy mam rację?

    • Przecież wiesz, że masz 🙂 Bliskie mi jest to, co piszesz i pewnie masz rację od strony duchowości, bo życie duchowe znasz od strony konfesjonału.
      Powodzenia w Warszawie, dorastaj tam zdrowo do misji 😀

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s