Posty oznaczone jako ‘życie’

h1

Wyrok śmierci na latorośle

maj 13, 2009

Robimy aminopunkcję – córeczka? Usuwamy. Nie ma znaczenia, czy zdrowa, czy chora – córeczka. W Szwecji już tak jest: coraz więcej kobiet, nie tylko muzułmanek zmuszanych do tego przez mężów, usuwa ciążę wyłącznie dlatego, że płód jest dziewczynką. Kto wie, może za kilka lat doczekamy wpisania mojej płci na listę niepożądanych mutacji genetycznych predestynujących do aborcji?

I tu rodzi się w mojej głowie ciąg pytań:

Dlaczego matka zabija córkę?

Jakie podejście do własnej kobiecości ma kobieta zabijająca drugą kobietę tylko i wyłącznie za to, że nie jest mężczyzną?

Dlaczego feministki milczą?

Czy w ich świecie kobiecość zaczyna się dopiero w momencie uzyskania dojrzałości seksualnej?

Dlaczego cofamy się do praktyk świata pogańskiego, gdzie często porzucano noworodki płci żeńskiej z tego samego powodu, dla którego dziś zabija się dzieci w łonie matek?

Jak czuje sie syn świadomy tego, że ocalił go jedynie chromosom y?

Jaki stosunek do kobiet bedzie miał taki syn?

I dlaczego ministerstwo zdrowia w Szwecji wyrażając zgode na tę aborcję nie wzięło pod uwagę konsekwencji takiej polityki prokreacyjnej, jakie można obecnie oglądać w Chinach?

Im dłużej czytam o feminizmie, tym mam mocniejsze przekonanie, że ma on sens, o ile rodzi się z poczucia własnej godności jako kobiety. Jako kobieta zasługuję na szacunek i mam prawa się go domagać. Mam takie same prawa jak mężczyzna, w tym także prawo do życia.

W dzisiejszej ewangelii Jezus mówi, że jest krzewem winnym a my jego latoroślami. Myślę, że ta metafora jest bardziej czytelna dla nas, kobiet, niż mężczyzn z tej prostej przyczyny, że macierzyństwo jest bardzo podobne do bycia krzewem winnym (zresztą metafora kobiety jako krzewu winnego jest obecna w Biblii: “Małżonka twoja jak płodny szczep winny w zaciszu twego domu” Ps 128,3a). Noszenie w sobie życia, dzielenie się swoim ciałem, włączenie we własny krwioobieg - to każda kobieta, świadoma swojego ciała, wyczuwa intuicyjnie. To nasze podobieństwo do Jezusa, jedna z płaszczyzn utożsamienia się z Nim. To jest też sfera teologii, w której kobiety mogą uczyć mężczyzn i zresztą robiły to, wystarczy choćby zajrzeć do pism Juliany z Norwich.

Tylko jak ma się z Nim utożsamić kobieta, która czuje wstręt wobec własnego ciała a zwłaszcza jego płodności? Lub kobieta, dla której kobiecość własnego dziecka jest powodem do jego uśmiercenia?

h1

Miało być o mediach, będzie o nadziei

luty 10, 2009

Miało być o tym, jak to przy okazji zdjęcia ekskomuniki z lefebrystów Szymonowi Hołowni spod klawiatury począł wystawać liberalny moher zaś Dominikowi Zdortowi zamarzyło się zapuszkowanie Benedykta XVI (spokojnie, tylko w w pancerz). I o tym, że obaj niecnie wykorzystują papieża jako wieszak dla swoich fobii i nadziei.

Ale nie będzie, bo pisanie komentarzy do komentarzy trąci postmodernizmem a ten, jak donoszą mi moi znajomi filozofowie, jest już passe.

Będzie o innym oklepanym temacie, serdecznie znienawidzonym przez dzieciaki na katechezie: aborcji. Spokojnie tylko kilka słów. Otóż na jednym z for powstał wątek na ten temat i kiedy strony zaczęły powtarzać argumenty jedna z uczestniczek sporu podsumowała go zbierając argumenty jednej i drugiej strony. Przeczytałam jej wpis i zobaczyłam jak na talerzu na czym polega zasadnicza różnica w podejściu do problemu między zwolennikami a przeciwnikami aborcji. W centrum sporu stoi podejście do fenomenu życia. Nawet nie człowieka, ale właśnie życia.

Otóż przeciwnicy aborcji wychodzą z założenia, że trzeba każdemu życiu dać szansę, podjąć próbę zaufania, że ono się rozwinie w dobrym kierunku i pomóc mu w tym. Zwolennicy aborcji uważają za główną wartość jakość życia, nie życie samo w sobie i jeśli na samym starcie nie ma gwarancji, że ta jakość zostanie uzyskana, przekreślają życie. Przekreślają je również wtedy, kiedy zaburza jakość życia komuś, kto ją już posiada.

Na moje oko jest to spór o istnienie nadziei i zaufania. Ci, którzy je mają, dadzą życiu szansę.

h1

Praca konkursowa

listopad 17, 2008

Bohjan ogłosił konkurs dla teologów wszelkiej maści na odpowiedź na pytanie o cierpienie, niniejszym więc zgłaszam akces i proponuję poniższe rozwiązanie.

Podstawowe założenie, jakie przyjmuję, to teza, iż cierpienie jest to doświadczenie a właściwie nasza reakcja na zetknięcie ze złem (podobnie określa to Philip Madre). Cierpię, bo dotyka mnie zło obecne w świecie. Jest to reakcja analogiczna do doświadczenia bólu i jako taka sama w sobie nie jest zła, pełni jedynie funkcję ostrzegawczą: coś mnie boli, więc trzeba to zmienić lub tego unikać. Objawienie mówi nam, że cierpienie zostało wprowadzone w rzeczywistość przez grzech pierwszych rodziców (por. Rdz 3), którego podstawą było zwątpienie w dobroć Boga i, w konsekwencji, nieposłuszeństwo Jego poleceniu.

Chrystus tę sytuację odwraca: ufa Ojcu do tego stopnia, że jest posłuszny aż po krzyż i śmierć, co więcej – przyjmując je doświadcza również duchowo i emocjonalnie samotności grzeszników (chociaż jest bez grzechu; por. Mt 3,27-34 i par.; Flp 2,6-8; Hbr 3,14-18). Jest to doświadczenie, które dotyka mistyków, dotykało zwłaszcza XX-wiecznych: oczyszczeni przez Ducha, doskonale zespoleni z Bogiem zostają wrzuceni w piekło osamotnienia będącego brakiem doświadczenia jedności z Nim (listy Matki Teresy z Kalkuty są krzyczącym wręcz świadectwem takiej sytuacji). Bóg ich nie zostawia – bez Niego Matka Teresa nie dokonałaby tego, co dokonała - ”jedynie” odbiera poczucie swojej Obecności i wsparcia. Jest to doświadczenie zespolenia w miłości z Bogiem do stopnia, w którym można powiedzieć za św. Pawłem: “Już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus” (Ga 2,20a). Do tej jedności można dojść z dwóch stron: doświadczając miłości zapragnąć uczestnictwa w krzyżu lub doświadczając cierpienia zapragnąć zjednoczenia w miłości. Ta druga droga jest o wiele częstsza niż pierwsza, choć wcale nie gorsza.

Kiedy dotyka nas cierpienie mamy dwa wyjścia: odrzucić je lub przyjąć. Jedynie ta druga droga daje możliwość twórczego przetworzenia cierpienia, ale sami z siebie nie jesteśmy do tego zdolni – nie potrafimy sami z siebie tak głeboko kochać, bo nasza natura jest naruszona grzechem. Dopiero w jedności z Bogiem stajemy się zdolni do takiego działania. To właśnie oznacza “oddawanie cierpienia Chrystusowi”.

Co to oznacza w praktyce? Jest to postawa modlitwy zawierzenia, oraz bezwzględnego bycia w prawdzie. Antonietta Meo nie chciała cierpienia – modliła się o zdrowie, jednak dopowiadała też, że przyjmie wolę Boga taką, jaka ona jest, nawet jeśli to oznacza ból i śmierć. Tak, jak Jezus w Ogrójcu: “Nie moja, lecz Twoja wola”. Jest to jeden ze śladów jedności Nennoliny z Jezusem, zjednoczenia.

Jak to się ma do grzeszników? Rzadko mówi się o tym, że każdy grzech (a więc czynienie zła) pociąga za soba czyjeś cierpienie. KAŻDY. Nawet ten najbardziej wewnętrzny i ukryty. I jeśli jego winowajca nie przyjmuje tego cierpienia, to ono przechodzi, jak kula śniegowa, z osoby na osobę dopóki nie trafi na kogoś, kto nie przerzuci go dalej, ale zgodzi się je przyjąć i przeżyć. Nennolina przyjęła na siebie cierpienie wynikające ze zła czynionego przez innych. Karą za grzech jest śmierć – kiedy Bóg to mówił, nie żartował. Ponieważ wielu z nas jest zbyt słabych, by przyjąć konsekwencje swoich grzechów, potrzebni są ludzie, którzy jednocząc się z Bogiem przyjmą je za nas.

I to by było na tyle – bardzo szybko i ogólnie. Jakby były jakies niejasności BARDZO prosze o uwagi :)

h1

Błogosławmy, błogosławmy wraz…

listopad 13, 2008

Biskupi amerykańscy zatwierdzili nowy ryt błogosławieństwa  i jest to modlitwa nad dzieckiem w łonie matki :) Myślę, że to ruch w dobrym kierunku – znajoma młoda mama powiedziała kiedyś, że dominującym doświadczeniem kobiety w ciąży jest niepewność: co do stanu zdrowia dziecka, co do przebiegu porodu, co do tego, czy właściwie dba o siebie. Dawnej istniały takie zwyczaje, jak noszenie szkaplerza św. Dominika (do dziś można taki medalik otrzymać w Krakowie u mniszek dominikanek na Gródku, które do medalika dołączają także swoją modlitwę ;) ), czy przepasywanie talii ciężarnej poświęconym materiałowym paskiem (tu chyba “odpowiedzialnym za efekty” był św. Dominik Savio). Były to gesty dające wsparcie psychiczne i duchowe kobiecie w tym trudnym dla niej czasie i zapewniające Bożą opiekę obojgu.

Ponadto błogosławienie pań w “dwupaku” (a czasem ”wielopaku” :) ) ma tez inny aspekt: wskazuje na to, że to juz nie jest tylko matka i jej brzuch, ale więcej osób. Skoro polecamy to małe życie Bogu, to zauważamy jego wartość i pragniemy, aby była chroniona, właczamy je do naszej społeczności i w nasze więzy, od tych najważniejszych, z Panem, począwszy.

Tak na koniec jeszcze prośba: przedstawiciele ruchów antyaborcyjnych prosza o poparcie w debacie w ONZ nad prawem do życia dzieci nienarodzonych. Wszystkich, którzy chcieliby ich wesprzeć podpisując apel zapraszam tutaj. Każdy podpis jest ważny, więc zachęcam :) Więcej o akcji można przeczytać tu.

h1

Kolejna rocznica

wrzesień 7, 2008

Agonia trwała tydzień. Przywieźli go potem w świeżo polakierowanej dębowej trumnie, nie mogłam patrzeć jak ją otwierają. Ktoś kupił olbrzymi wieniec z białych lilii i przez następny rok byłam w stanie wyczuć każdą mijaną kwiaciarnię a w kościołach robiło mi się słabo (do tej pory nie rozumiem upodobania w używaniu tych kwiatów do wystroju ołtarzy). To normalne, że ludzie umierają. I normalne, że się za nimi tęskni. Ale czemu ta normalność tak boli?

Kocham cię, tato. I cieszę się, że zdążyłam ci to powiedzieć, zanim umarłeś.