Archiwa tagu: wydawnictwo

Ukoronowanie cierniem – Pnp 3,11

3:11 Wyjdźcie, córki jerozolimskie, spójrzcie, córki Syjonu, na króla Salomona w koronie, którą ukoronowała go jego matka w dniu jego zaślubin, w dniu radości jego serca.

Córki jerozolimskie wyszły i patrzą. Jest król. Jest korona. Jest nawet matka i dzień zaślubin. Ale nie ma radości. Czemu zamiast ozdobnej szaty nosisz zakrwawione łachmany? Czemu zamiast przyjaciół otaczają Cię żołnierze a zamiast pochwał słychać szyderstwa? Biją Cię zamiast obejmować przy składaniu gratulacji. Wszyscy odwrócili się od Ciebie i nie ma w Tobie wdzięku ani blasku, żeby popatrzeć.

Milczysz.

W głębi twoich ciemnych oczu patrzących spod opuchniętych od uderzeń powiek żarzy się odpowiedź. Płomień Jahwe – potężniejszy niż śmierć, bardziej nieubłagany niż Otchłań. Jedyne i najważniejsze insygnium twojej królewskiej godności.

[Illo tempore popełniłam rozważania różańcowe na podstawie "Pieśni nad pieśniami", zresztą wyszły w naszym Wydawnictwie. I dziś jakoś ta tajemnica mi wróciła na pamięć. Więc się dzielę. Jakoś tak.]


Dwóch Jerzych

Dostałam wczoraj majowe “W drodze”. Rzecz jasna pierwsze, co zrobiłam, to zaczęłam w nim szukać Zioła. Ale nie tak od razu – nie, tę chwilę należy celebrować. Zajrzeć tu, wrócić, chwilę pokontemplować inny  tytulik, zagadnąć jezuitę, co tam spłodził, dla prowokacji udać, że się zamyka egzemplarz, a tak w ogóle to nie może się znaleźć felietonu i tym podobnie kokieteryjnie. Po czym radośnie otwiera się na właściwej stronie i już można zanurkować w tekę księdza Baki.

Tym razem o Stempowskim. Jerzym. Jak miło odkryć, że można spotkać kogoś, kto myśli podobnie. Bo on też miał dystans do cierpiętniczego gatunku mesjanizmu i pseudochwały cierpienia dla cierpienia. Uffff, nie jestem sama…

A tu okładka, ale nie miesięcznika tylko książki o innym Jerzym, księdzu zresztą. Tej, o której pisałam wcześniej. Trzeba przyznać, że grafik świetnie się spisał (Paweł, nie czytaj! :P )


Iiiiiiiii… poszedł!

Do druku poszedł :] Tzw. “Popiełuszko” czyli książka z wywiadami o ks. Jerzym. Rzecz, która z jednej strony całkowicie zmieniła mój obraz tego Księdza z Żoliborza, a z drugiej była przyczyną częstszych spowiedzi. Dzięki niej odkryłam w sobie niezgłębione pokłady agresji słownej oraz silną tendencję do bestialstwa. Na szczęście owa tendencja była realizowana jedynie myślnie – autor za daleko mieszka ;>

Tak sobie już na spokojnie myślę, że ks. Jerzemu zrobiono krzywdę. Jego utopiono w rzece, a jego świadectwo topi się w dywagacjach polityczno-spiskowych. Należy wyjaśnić do końca kwestie dotyczące tego, kto na niego donosił i kto podjął decyzję o jego zamordowaniu oraz dlaczego, jednak nie jest to centrum świadectwa, które on zostawił. Mam wrażenie, że zachowujemy się często jak wdowa po gwałtownie zmarłym wspaniałym człowieku, która za jego życia była mu niewierna. Pielęgnuje jego nagrobek, za wszelką cenę wyjaśnia okoliczności śmierci, jakby upewniając się,  że jest niewinna, dba o jego dobre imię w środowisku, ale…

Właśnie: ale nie zmienia się sama. Nie stanie w przedpokoju, patrząc w lustro, i nie powie sobie: “Mogłam żyć inaczej. Mogę żyć inaczej. W imię jego pamięci.” W wywiadach jest niesamowite świadectwo dr. Bąkowskiego, który mówi, że ludzie zgromadzeni wokół ks. Jerzego oczekiwali zmiany “onych”, nie widzieli potrzeby zmiany w sobie. Bo był z jednej strony ten okropny reżim, a z drugiej oni – bezradni i z tego tylko powodu niemalże święci. Sam fakt cierpienia nikogo nie czyni męczennikiem – ten tytuł zyskuje się z racji tego, co się z tym cierpieniem zrobi.

Boję się, że jeśli po raz kolejny nie odrobimy pracy domowej z pracy u podstaw i nawrócenia, czeka nas kolejna repeta w tej samej klasie. Ech.

Tutaj można sobie poczytać fragmenty tej książki, w tym ten z wywiadu z dr. Bąkowskim, o którym wspominam. Zapraszam!


Przedtargowo

Przypomniał mi się mój pierwszy bliższy kontakt z pracą w wydawnictwie a był to miesięczny staż w Znaku. Dostałam sie na niego fuksem: pomylono mnie z kimś innym, kto się nie pojawił (na szczęście… :D ). Poznałam cały proces produkcyjny książki, od pozyskania tytułu do jego dystrybucji, snując się od parteru po poddasze wydawnictwa oraz hojnie korzystając z kawy w zakątku kuchennym. Z tamtego czasu zostało mi małe uzależnienie – uwielbiam zapach druku. Wtedy jeszcze magazyn wydawnictwa znajdował się na parterze Dworku Łowczego i w całym budynku pachniało intensywnie papierem i farbą drukarską oraz… klejem. Tia. Nic dziwnego, że było twórczo…

Zeszło mi na wspominki, bo w czwartek zaczynaja sie kolejne targi książki w Krk. Czas na opalanie sie w światłach lamp na stoiskach i wdychanie zapachu druku oraz budzenia się kawą z “Pożegnania z Afryką” (dwa moje the best of  w jednym miejscu, mmmm…). I tłumy, przepływające tłumy gości – ich obecność bardzo dobrze motywuje, bo uswiadamia, jak wiele jest ludzi, którzy lubia czytać i nawet, jesli nie stac ich na kupno książek, przyjdą przynajmniej pooglądac i pomarzyć.

U nas na stoisku tradycyjnie o. Leon od Przytulania Knabit oraz p. Ewa Stadtmuller. Promujemy jej książkę a w zasadzie serię książeczek “Którędy do nieba?”  (wklejałam tu kiedyś ilustrację z jednej z nich), czyli rozmowy rolowane ze świętymi o tym, jak to się stało, że zostali kim zostali. Dobrze napisane i równie dobrze zilustrowane. Pamiętam, jak w zeszłym roku przy naszym stoisku pojawił się w pewnym momencie tłumek męskiej młodziezy wczesnoszkolnej i z głebi tego tłumku dobiegl dumny głos, któremu towarzyszło wskazanie palcem na autorke: “To moja mama!”. Młodzież była pod wrażeniem. Nic dziwnego – pani Ewa naprawdę świetnie pisze.

Przy okazji stania na stoisku pooglądam inne i uzupełnię swój zbiór wizytówek oraz książkowy. Zapowiada się tez kilka ciekawych spotkań z autorami, m.in. panel z Grzegorczykiem i O’Brienem. Zapowiada się sympatyczny weekend. Bardzo sympatyczny.


Kapownik dla kato-nastolatki

A co! W końcu bycie katoliczką jest wtórne do bycia nastolatką i tę szczęśliwą właściwość natury chcemy wykorzystać. Książka właśnie jest w składzie.

Grafik cierpi.

Cierpiał już na samą myśl o składaniu tego kalendarza. On, prawdziwy facet, klient siłowni, biorący urlop po to, żeby spędzić upojnych kilka dni na survivalu (czyt. w błocie, deszczu, zimnie i namiocie w miejscu odludnym), urodzony gadżeciarz ma składać takie różowo-kwieciste fuj? Booooliii.

Ostatecznie stanęło na tym, że nie jest różowo i jest małokwieciście. Efekt tego kompromisu jest nawet, nawet. No dobrze – fajnie wychodzi. Złotawo i dynamicznie. Co prawda moje wizje dwuelementowej czcionki w numerach dni także nie przeszły, ale tu akurat stwierdziłam, że grafikowe inspirowanie się czcionką iPoda może kalendarzowi wyjść na zdrowie, czyt. lepiej się sprzeda.

A Wilk siedzi z boku i powarkuje treścią redagowanej przez siebie książki, bo mu przeszkadzamy. Korki do uszu w jego przypadku nie mają zastosowania, bo nie mógłby pełnić funkcji silnej męskiej grupy wsparcia dla grafika. Testosteronowa sfora, kurcze. Jak to dobrze, że die Scheffova jest die a nie der. Przynajmniej u władzy mogę liczyć na zrozumienie…

A tu próbka kalendarza – uwaga, to jest tylko dla dziewcząt!

dzienniczek nastolatki_probka


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 425 other followers