Szczególnie, kiedy się w niej człowiek tak mocno zaplątał, jak ja
Cztery dni w Wadowicach bez stałego dostępu do netu to była tortura… Gdyby nie rewelacyjne towarzystwo, umarłabym, zwłaszcza, że przez dwa dni nie miałam też dostępu do kawopoju. Ja to jednak jestem uzależniona i to potężnie. Ledwo człowiek pomyśli, że już pozbył się mechanizmu popadania w uzależnienie a tu – łup! życie bezlitośnie pozbawi go złudzeń.
Aua…
Poprzedni asystent kwartalnika właśnie został jedną z pięciu najważniejszych osób w zakonie pijarów (kurcze, i ja dziś z taką szychą jechałam busem z Kalwarii
) i na sześć lat znika z polskich radarów. Może kiedyś w szalonym widzie polecę sobie do Rzymu sprawdzić, czy tam też będzie serwował równie smaczną lavazzę. W każdym razie gratulujemy i machamy chusteczkom na pożegnanie. W drugiej łapce ściskamy różaniec i obiecujemy otulić porządnym modlitewnym moherem.
A teraz powrót do pozostawionych w Kraku książek i problemów. Ale może wcześniej jednak jakiś mały odpoczyneczek. Spanko albo co – prowadzenie warsztatów to spory stres. Nie mówiąc o stresie wynikającym z gwałtownego odstawienia! Dobra, pomyślę o terapii.
Jutro.
Albo nie – pojutrze.
Będę miała trzy dni na tarzanie się w nałogach

