Na marginesie debaty o Grobie u OP naszła mnie jedna myśl: ogołocenie – ogołoceniem, chwała Panu, że je na siebie przyjął, jednak potrzebuję także Boga-Króla. Bardzo potrzebuję.
Potrzebuję Zbawcy, który stanie między mną a szatanem i mam gwarancję, że Zły Go nie pokona.
Potrzebuję Odkupiciela, którego Krew ma tak wielką moc, że jej transfuzja gwarantuje mi życie wieczne, czyt. wybawia mnie z Otchłani.
Potrzebuję Boga, Którego moc jest nieskończona i wiem, że nie zawaha się jej użyć w mojej obronie.
Potrzebuję Boga, Który jest Bogiem także w tym pierwotnym, podstawowym sensie bóstwa jako nieskończonej potęgi, bo tylko taki Bóg mnie uniesie. Nie można się oprzeć na kimś, kto jest słaby i ogołocony – taka osoba potrzebuje mojej pomocy a nie dodatkowego obciążenia. Ogołocenie nie jest też celem samym w sobie: teksty Pisma mówiące o ogołoceniu, mówią też o tym, że Jezus przyjął je, aby zostac wyniesionym przez Boga do chwały.
I nie jest to kwestia Jego pychy czy próżności, bo to Ojciec Go do tej chwały podnosi, nie On sam. Ale jeśli Ojciec nie byłby mocen (lubie to archaiczne słowo) wynieść Jezusa i tych, którzy w Niego wierzą, do chwały, co dałoby ogołocenie? Czy nie przypominałoby niebezpiecznie zachowania samobójczej grupy Frontu Wyzwolenia Judei, która przybiega w jednej z końcowych scen “Żywotu Briana” pod krzyże i zamiast ratować skazańców, popełnia samobójstwo? Umierając ze słowami: “Aleśmy im pokazali, co nie?”
Potrzebuję Wszechmocnego Boga; potrzebuję Mesjasza Króla po to, by poczuć się bezpiecznie i móc zaufać.

