Archiwa tagu: spowiedź

PS do zdrady

Wiera słusznie zwróciła uwagę pod poprzednim wpisem, że może on u księży z gatunku “bojącychsię” wzmocnić lęk przed kobietami. Zwłaszcza wolnymi.

Otóż jest na to metoda. Z wieloletniej obserwacji moich rodzonych braci oraz “adoptowanych” wynika, że mężczyźni posiadają w mózgu przełącznik oraz całą paletę funkcji, na jakie mogą się przełączyć. Funkcja “dom”, “praca”, “mamusia”, “rozmowa służbowa”, “uprzejme przyjęcie kffiatków/prezentu”, “żona”, “ciekły azot” (wśród mniej delikatnych lub w męskim gronie nazywa się ona “sp…alaj dziadu”), etc. Zawsze mnie fascynowało, że moi bracia po włączeniu konkretnej funkcji nie byli w stanie realizować nawet części zakresu innej. Centralnie nie ta część oprogramowania. Są też funkcje na które przełączenie niestety dokonuje się samoczynnie: “jeść”, “spać”, “przedłużać gatunek”, “nothing box”.

I cała sztuka polega na tym, żeby w towarzystwie penitentki włączyć funkcję służbową. I nie dać się z tej funkcji przełączyć. A jeśli system zbyt często samoczynnie przerzuca na funkcję “przedłużać gatunek”, to trzeba zdecydowanie doradzić penitentce innego spowiednika. A czasem samemu pomyśleć o stałym spowiedniku z dużym doświadczeniem.

I tyle.

Proszę mi wierzyć, naprawdę większość penitentek szuka duchowego prowadzenia a nie ersatza mężczyzny, jak to kiedyś ujął o. Zięba.


Niniejszym zaznaczam, iż strzelam focha

Bo ja tu się wymądrzam, spod mych palców na klawiaturze wypływa przeczysta krynica mądrości, wypowiedź ma emanuje krystalicznym światłem wiedzy, a ci mnie ignorują.

Bezszczelność, normalnie bezszczelność.

Ale nie ma tak łatwo, ponieważ mam swojego bloga i nie zawaham się go użyć. Ha!

Tak więc przejdźmy do meritum. Chodzi o listę cech dobrego spowiednika, do której stworzenia zaprosił na swoim blogu Dominik Jurczak OP. Uwaga – będzie serio: pomysł zacny. Wracając do konwencji: rzecz jasna uznałam, że muszę też coś wtrącić od siebie. I wtrąciłam m.in., że spowiednik powinien mieć dużą wiedzę z zakresu duchowości, oraz dobrze, jeśli odróżnia w człowieku sferę duchową od czysto psychicznej. I to właśnie na liście  zbiorczej cech się nie pojawiło.

Może pominę wszystkie teorie spiskowe, jakie mi się nasunęły w temacie poszukiwania przyczyn tego przeoczenia (za dużo Forum Frondy pada na wnioskowanie ;) ), a przejdę od razu do uzasadnienia, czemu tę cechę uznałam za tak ważną (będą punkta):

1. Argument z Tradycji: już św. Teresa z Avila pisała, iż lepszy jest spowiednik mniej pobożny, za to dobrze wykształcony. Wniosek ten opierała na swoim bolesnym doświadczeniu wyniesionym z konfesjonału, kiedy to kierownik duchowy nakłaniał ją do zwiększania liczby praktyk duchowych, podczas gdy na tamtym etapie rozwoju życia duchowego Teresa potrzebowała właśnie ich ograniczenia.  Trudności, jakie miała, wskazywały na to, że Bóg chce ją pociągnąć głębiej, poza słowa i gesty, ale żeby to odkryć trzeba było znać tradycję mistyczną duchowości chrześcijańskiej, a jej spowiednik najwyraźniej nie wpadł na to, że warto czytać starych mistrzów, a nie tylko bazować na swoim własnym doświadczeniu.

2. Argument z doświadczenia: prowadząc ćwiczenia z teologii biblijnej w seminarium duchownym zapytałam o etapy życia duchowego (podstawa duchowości, a było mi to potrzebne do wskazania pewnych treści u św. Jana). Zapadła taka krępująca cisza… Zaczęłam więc drążyć i co się okazało? Otóż na 20 chłopa w grupie, tylko trzech z pewną nieśmiałością zeznało, że czytali jakiekolwiek pisma mistyków (w tym dwóch, że “Dzienniczek” s. Faustyny). I to mają być przyszli DUCHOWI przewodnicy? Tia, będzie jak w Ewangelii – ślepy będzie wiódł kulawego i dla obu skończy się to w dole.

3. Że nie każdy, a w zasadzie mniejszość to Teresy z Avila, Janowie od Krzyża czy siostry Faustyny? A może ta mniejszość bierze się właśnie stąd, że brak kierowników, którzy by te mistyczne powołania rozbudzili i poprowadzili? Ale jak mają je prowadzić, kiedy oni nawet na teorii tego życia się nie znają? Opasłe tomiszcze Garrigou -Lagrange’a kurzy się na seminaryjnej/zakonnej półce bibliotecznej, bo przecież klerycy/bracia to mają wiedzę wlaną na ten temat i wcale się kształcić nie muszą. I potem penitenta z poważnym problemem duchowym ignorują lub odsyłają na terapię do psychologa, podczas gdy on potrzebuje rady duchowej, a nie kozetki (na marginesie: czasem jest ona potrzebna a nawet wskazana, ale jak rozpoznać która to sytuacja, kiedy spowiednik nigdy się nie zniżył do nauki rozeznawania?).

4. Brak wiedzy teologicznej potrafi się okrutnie mścić w przypadku egzorcystów. W ich posłudze bardzo ważna jest prostota serca, ale to nie znosi ważności posiadanej wiedzy. I często jest tak, że mają olbrzymie doświadczenie praktyczne, jeśli chodzi o duchowość, a brak im teologicznej podbudowy i interpretują to doświadczenie niekoniecznie w zgodzie z nauką Kościoła. Tyle, że z tego, co wiem, oni korzystają i to chętnie, z wszelkiego rodzaju możliwości uzupełnienia braków. Ten punkt dotyczy także osób posługujących modlitwą wstawienniczą.

5. Walka, jaką toczymy, toczy się w sferze duchowej. Pisał o tym już św. Paweł i do końca świata ta prawda będzie aktualna. Wielu przed nami toczyło te bitwy, rozpisało taktykę, wskazało broń. Nie ma sensu wyważać otwartych przez nich drzwi: trzeba usiąść i się dokształcić. I najlepiej włączyć w to kształcenie również gimnastykę śródlekcyjną w postaci klęczenia na adoracji i ze skupieniem przeżywanej liturgii.

Miałam szczęście: na początku mojej świadomej drogi duchowej Bóg za pośrednictwem Maryi wskazał mi wspaniałego spowiednika. Zwykły, czarny diecezjalny, ale mądry i wierzący. Ma wiedzę i mnóstwo zdrowego rozsądku. To on mnie wysłał na rekolekcje ignacjańskie, na których zaczęłam się uczyć sztuki rozeznawania. Byłoby wspaniale, gdyby przynajmniej większość spowiedników była do niego podobna pod względem oczytania i otwartości na duchową sferę życia.


Wspólnota is watching me

Cytat z bloga będącego niesamowitym świadectwem walki o prawde o sobie i swoim życiu (tu fragment pierwszego wpisu):

Zaraz po spowiedzi wróciłam pod kościół. Tam niespodzianka, czekał na mnie inny mężczyzna, z którym kiedyś spędziłam noc. Przyjechał, bo wiedział, ze tu będę i chciał mnie zobaczyć. Rozmowa była burzliwa. Powiedziałam, ze nie chcę się z Nim spotykać, ze już nie chcę seksu. On jednak wybuchł gniewem. Mówił, ze jestem obłudna, „jak cały ten Kościół”, że gadam jedno a potem robie co innego, że patrząc na mnie utwierdza się w przekonaniu, ze Bóg nie istnieje, a wiara to jedna wielka bujda.

To było najgorsze. Uświadomienie sobie, ze grzech to nie jest moja prywatna sprawa, ze on zawsze będzie krzywdził nie tylko mnie, ale także ludzi dokoła. Fakt, ze mówiłam o wierze, a potem zgrzeszyłam z tym mężczyzną, było dla niego kolejnym powodem, aby zamknąć się na Boga i tym bardziej żyć w grzechu. Mogłam być świadkiem (zanim poszliśmy do łóżka starałam się nim być) ale grzech wszystko zniszczył i pogłębił zło.

Wtedy pomyślałam, ze jedyny sposób, aby zadośćuczynić za okropny grzech zgorszenia to zmiana życia, trwanie w czystości i modlitwa za ludzi, wobec których zgrzeszyłam.   

Dziś pierwszy dzień.

Przeczytałam te akapity i w głowie usłyszałam znów fragment dzisiejszego pierwszego czytania z 1 Listu do Koryntian:

“Gdyby bowiem ujrzał ktoś ciebie, oświeconego wiedzą, jak zasiadasz do uczty bałwochwalczej, czyżby to nie skłoniło również kogoś słabego w sumieniu do spożywania ofiar składanych bożkom? I tak właśnie “wiedza” twoja sprowadziłaby zgubę na słabego brata, za którego umarł Chrystus. W ten sposób grzesząc przeciw braciom i rażąc ich słabe sumienia, grzeszycie przeciw samemu Chrystusowi. (1Kor 8,10-12)”

Mój grzech często staje się grzechem innych. Nie jesteśmy monadami, ale systemem naczyń połączonych, kiedy ja oddalam się od Boga, ludzie wokół mnie też zostają w tej relacji osłabieni. Grzech rozchodzi się jak koncetryczne koła. Na szczęście koła powodowane przez Ducha Świętego mają większą energię, ponadto często łaska działa jak olej wylany na powierzchnię burzącej się wody – wygładza ją i uspokaja. Trzeba mieć w pamięci jedno i drugie, zwlaszcza kiedy mamy za złe Kościołowi praktykę spowiadania się przed kapłanem: on jest przedstawicielem wspólnoty, którą dotknęły moje grzechy, także te dokonane w ukryciu.


A na koniec grafika

Dla przypomnienia - pierwowzór, od którego pochodzi nazwa, wygląda tak:

Prawda, że niezwykle adekwatna kolorystyka?

;)


Dzięcioł (IIIa pars)

PROCEDURA OSWAJANIA (czyli jak dobrze wybrać kierownika duchowego)

1. Modlić się a) o dobre rozeznanie co do osoby; b) o mądrość w otwieraniu swojego serca; c) o dobre zrozumienie przez spowiednika tego, co chcemy wypowiedzieć; d) o dar rady dla spowiednika, kiedy będzie nam udzielał pouczenia (czasem może się przejawić w tym, że spowiednik nie powie nic :) )

Jest to podstawowa czynność. Bez niej ani sam wybór, ani potem relacja spowiednicza mają niewielkie (jeśli nie żadne) szanse na powodzenie. Modlitwa pozwala zachować świadomość Kto naprawdę działa w spowiedzi a jednocześnie kształtuje ona wyraźnie wzajemne odniesienie penitenta i spowiednika, bo uświadamia bycie darem i to śmiem twierdzić, że nawet wzajemnym (ileż to genialnych kazań powiedziano w kościołach w oparciu o doświadczenie w konfesjonale! Hm, możeby tak zawalczyć o prawa autorskie? Tylko, że nie ma jak przeprowadzić autoryzacji ;) ). Spowiednik jest kimś mi danym, przynajmniej zawsze tak było i jest w moim przypadku.

2. Słuchać kazań. I tu małe “ale”: nie tyle na zasadzie “no i co mi powiesz ciekawego, a?” (nazwijamy to zasadą estetyczno-intelektualną”) co na zasadzie “czy coś z tego morza fal dźwiękowych stosuje się do mojego życia?” (nazwijmy to zasadą ascetyczną). Osobiście testuję to w ten sposób, że jeśli coś w kazaniu odnosi się do tego, co aktualnie przeżywam, to staram się daną radę, czy zdanie wprowadzić w życie. Jeśli zadziała, mam przed soba kandydata na spowiednika (oczywiście jeśli takowego szukam). Kandydata, bo trzeba z wieścią o zaobserwowanym dzięciole przyjść do Pana Boga i spytać, czy to ten egzemplarz (czyli patrz pkt. 1).

3. Iść do spowiedzi, najlepiej do konfesjonału, ale na początku bez pytania czy prośby o stałe prowadzenie i do otrzymanych pouczeń zastosować zasadę ascetyczną. Można tak kilka razy, jeśli nie ma się pewności.

4. Poprosić o prowadzenie. I tu ważna informacja: spowiednik bez ważnego powodu nie może odmówić osobie zgłaszającej się z taką prośbą (tym, co nie wierzą, polecam książkę Tomasza Mertona “Kierownictwo duchowe i medytacja” lub coś z pism ascetycznych ojców pustyni). TO PENITENT WYBIERA SOBIE SPOWIEDNIKA. Jest to o tyle ważne, że po pierwsze: mam prawo się domagać prowadzenia, po drugie: jeśli spowiednik sam mi się proponuje należy dać na wsteczny, bo jest tu duże prawdopodbieństwo, że to Guru Manipulator.

I jeszcze parę rad co do zasad hodowli: nie należy spowiadać się u księży, z którymi się współpracuje na płaszczyźnie zawodowej czy wspólnotowej (a już broń Boże u swojego zwierzchnika!); uważam też, że błędem jest zaprzyjaźnianie się ze spowiednikiem: jeśli ma on być obiektywny, to musi istnieć dystans w tej relacji (stąd na przykład zakaz w prawie kanonicznym mówiący o tym, że ksidzu nie wolno spowiadać osób z jego najbliższej rodziny: rodziców, rodzeństwa, etc.) i pamiętać, że to nie anioł czy święty, ale taki sam człowiek jak ja, tyle że obdarzony charyzmatem święceń (wiem, to może oburzać i podnosic krew, ale kapłaństwo służebne jest charyzmatem, tylko szkoda, że ten aspekt na bardzo długo zszedł w cień).

Co jakiś czas warto pójść do innego księdza, albo na przykład na czas Wielkiego Postu albo Adwentu zmienić spowiednika po to, żeby nie udusić się w tej relacji i spojrzeć na swoje wewnętrzne sprawy z troche innej perspektywy niż dotychczasowa. Taka zmiana oczywiście musi być przemodlona (nie na zasadzie, że się obrażam albo szukam spoweidnika, który wreszcie mnie rozgrzeszy).


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 425 other followers