Jak tylko zobaczyłam na plakacie twarze Colina Firtha i Geoffreya Rusha już zapaliła mi się czerwona lampka, że warto. A jak dołączyła do tego w zwiastunie twarz Heleny Bonham Carter, to rozwył się wewnętrzny alarm: “Iść! Iść! Iść!”. Iść ignorując, że wszyscy się zachwycają. Iść!
I jak efekt? Ano film mógłby nosić tytuł: “Wiódł głuchy jąkałę” i to na dodatek w doborowym towarzystwie – w filmie gra śmietanka brytyjskich aktorów, łącznie z Jennifer Ehle, bardziej znaną jako Elizabeth Bennet (ale nie powiem kogo gra – sami zgadnijcie. Tylko nie patrzeć mi na stronę internetową filmu – bez oszukiwania!). Głuchym jest Beethoven, którego muzyka ilustruje film. Uważam, że strzał w dziesiątkę. Jego kompozycje są tak nasycone emocjami skompresowanymi między dźwiękami, że nie jestem w stanie jej długo słuchać, bo zaczyna mnie boleć głowa. A ten film jest właśnie o stłumionych, wdeptanych w piwnicę uczuciach: lęku, bólu, samotności. I próbie rozplątania tego węzła. Po raz pierwszy od dawna widziałam film o kimś, kto ma odwagę zawalczyć o coś, co uznaje za wartość. O mężczyźnie, bo głównych bohater ma odwagę wziąć odpowiedzialność odrzuconą przez starszego brata (Edward VIII abdykował, aby móc poślubić Wallis Simpson, rozwódkę), pomimo lęku przed publicznymi wystąpieniami związanym z jąkaniem się.
Jerzy VII walczy. Razem z nim walczy jego żona i nauczyciel wymowy. Walka rozgrywa się w scenografii bardziej teatralnej niż filmowej (wyczytałam w którejś z recenzji, że sposób obrazowania jest bardziej właściwy dla teatru telewizji niż kina, z czym się zgadzam i jest to dla mnie w tym przypadku zaleta, nie wada). Przydymione zdjęcia, jak ze starych fotografii, piękne tapety z epoki, monumentalna Westminster Abbey w scenie przygotowania do koronacji (scena zagrana tak, że w sali kinowe zapadła martwa cisza podczas jej oglądania), brak jakiegokolwiek retuszu twarzy aktorów: widać zmęczenie, zmarszczki. Kiedy książę Yorku zmaga się z zatykającymi mu gardło słowami czerwienieje a na szyi zarysowują mu się wyraziste żyły. I ta gra. W wielu ujęciach brak scenografii, są to zdjęcia portretowe, ale aktorzy grają tak, że nie można oderwać oczu od ekranu. Soczysta, intensywna gra i mistrzostwo warsztatu.
Główny bohater mógłby być śmieszny, bo cóż to za problem – jąkanie. Jąkała jest zabawny, nie da sie go traktowac poważnie. Ale to pozorna śmieszność – wiem, jak trudno jest wydobyć z siebie dźwięk; miałam olbrzymie problemy z przełamaniem się do głośnego śpiewu czytania w wigilię przed Epifanią. To jak zaciskająca się na gardle spirala i im więcej błedów, tym ta spirala mocniej się zaciska. Wypłoszone ze świadomości demony wracają, szeleszczą w głowie zwrotami, z których każdy jest jak kolejne pęto zarzucone na ciało, głos. Potworne doświadczenie bezradności i ten zawód w oczach tych, którzy czekają na słowo. Którzy mają prawo otrzymać słowo.
Dlatego warto zobaczyć ten film: dostrzec, że demony da się pokonać, chociaż niektóre metody moga budzić, hm, rezerwę u co bardziej rygorystycznie wychowanych (słowo na “f” okazuje się być przydatne w najmneij spodziewanych momentach). Aktorska, treściowa i plastyczna perełka.
Wybaczę jej nawet te 12 nominacji do Oskara.
PS
No dobrze, przyznam, że kilka kiksów te jest, jak choćby zmieszanie w jedną postać premiera Bladwina i Chamberlaina, przesunięcie w czasie rezygnacji Chamberlaina ze stanowiska premiera (zrobił to w 1940 roku, a nie jak sugeruje film, 1939), ogólnie wrażenie, że w 1939 roku rzeczywiście Anglia szykowała się do wojny, podczas gdy realnie włączyła się do niej dopiero w lipcu 1940 roku, kiedy zaczęła się Bitwa o Anglię. Ale to też jestem w stanie wybaczyć






