Wczoraj miałam przyjemność (prosze poczuć dogłębnie to słowo, rozsmakować się w jego zawartości – cudnej zbitce nosowych głosek po lekkim ziewnięciu na samogłosce) słuchania koncertu Jordi Savalla, kóremu towarzyszyły fragmenty “Wszystkich poranków świata” czytane przez Krzysztofa Globisza. Dwóch wspaniałych artystów w gotyckim wnętrzu kościoła św. Katarzyny, półmrok, cudowna akustyka stworzona przypadkiem dzięki kolejnym odbudowom budynku po kolejnych niszczących go katastrofach. I ta muzyka…
Kiedys napisałam, że dźwięk w ciszy się rodzi i ku ciszy podąża – i tak wczoraj grał Savall. Viola da gamba pod jego palcami zamieniała się w kameralny zespół muzyczny, wydobywał z niej dźwięki tak zróżnicowane i harmonijne, że zamknęłam oczy i świat zawęził mi się do kolejnych fraz płynących z podwyższenia w centrum kościoła. Instrument opowiadał, budził i usypiał emocje i chociaż wolałabym go słuchać w gronie kilku osób i siedząc przy kominku, to i tak nie wyobrażam sobie, że mogłabym lepiej spędzić wczorajszy wieczór.
A wszystko dzięki Autorce Muzeodajni, która to cudowna kobieta załawiła mi darmową wejściówkę na ten koncert. Miśki cudowne som :]
A tutaj mała próbka umiejętności Jordi Savalla, fragment ścieżki dźwiękowej z filmu bedącego ekranizacją czytanej wczoraj książki:



