Posty oznaczone jako ‘msza św.’

h1

Zachwyciło mnie to zdjęcie

marzec 13, 2009

 

dscn0425

Jest to zdjęcie z mszy sprawowanej na szczycie góry Mojżesza, czyli na Synaju, tuż po wschodzie słońca. Kapłan jest zwrócony versus Orientem – na wschód, czyli zgodnie z “ochrzczoną” symboliką z kultów misteryjnych versus Dominem: ku Chrystusowi, Niezwyciężonemu Słońcu. Za sobą ma lud a przed sobą morze mgły a w zasadzie chmur. I nad tym wszystkim ostre, pustynne słońce.

Liturgia przenosi nas ponad codzienne szlaki, często prowadzące pod górę we mgle i chmurach. Przypomina, że ponad poziomem codziennego zagubienia jest krystaliczne powietrze i światlo Słońca, ktore nigdy nie gaśnie. Jest wejściem na górę Przymierza, na którą wchodzimy już wspólnie, nie musimy czekać, aż zejdzie z niej posłany przez nas pośrednik, jak było z Izraelitami i Mojżeszem. Jesteśmy dziećmi światła i dnia, powołani do prostoty serca i klarowności umysłu, pewności tego, że ponad szarością jest światło.

PS

A to widok tych samych gór po rozejściu się chmur. Te małe budki na dole to tzw. kofiiszopy w których można kupić ciepłe napoje – pamiętasz Misiaku: “Tiii!. Kofiii! Szokolad!”?  ;)

Autorka zdjęć jest p. Alicja Augustyn-Zielińska, autorka albumu o kwiatach w wystroju kościoła wydanego przez nasze wydawnictwo.

 dscn04342

h1

Gorzko-słodkie

grudzień 16, 2008

Msza roratnia, świetna schola (ze studenckiej “Beczki”, znaczy się duszpasterstwa u dominikanów) i pięknie wykonany pomimo sadystycznie po-rannej pory hymn “Zbliżam się w pokorze”. Klimat niesamowity: ciemna bazylika i tylko roratki + świece na ołtarzu. W tej beczce miodu utopiona została jednak także łyżka dziegciu, a nawet kilka łyżek. Chodzi o komunię Kielicha: wiem nudna jestem, trudno. Możecie nie czytać dalej :D

Jedna ze zwrotek hymnu “Zbliżam się w pokorze” brzmi:

“Ty, co jak Pelikan Krwią swą karmisz lud, przywróć mi niewinność, oddal grzechów brud. Obmyj mnie Krwią swoją, która wszystkich nas jedną kroplą może obmyć z win i zmaz”

“Obmyj”, ale jak, skoro ja tej Krwi nie przyjmuję bezpośrednio tylko muszę pamiętać, że jest w Ciele? I proszę nie oskarżać mnie tu o naciąganie faktów: zwyczaj komunii pod jedna postacią sprawił, że musiano wprowadzić osobny kult Krwi Pańskiej, bo lud wierny całkowicie ignorował Jej znaczenie i obecność w Ofierze. W końcu jej nie otrzymywał a co z ust, to i z serca (jak widać). I ta mentalność “niezauważania” Krwi jest wciąż obecna – w najnowszym Gościu Niedzielnym można przeczytać świadectwo osoby chorej na celiaklię (nietolerancja glutenu): fakt, że przyjmuje komunię pod postacią Wina, był przez niektórych pozostałych wiernych postrzegany jako… POKUTA. Tak, pokuta, nie pomyliłam się. Picie Krwi, której jedna kropla może mnie obmyć ze wszystkich moich grzechów, zostało zakwalifikowane w ten sposób, bo przecież komunia to Chleb, nie Wino…

Wszystkie te smętne refleksje mnie naszły też ze zwykłej babskiej zazdrości: jedna z osób w scholi choruje na celiaklię i jeden z celebransów podszedł do niej z Kielichem. Przez chwilę jej pozazdrościłam a potem pomyslałam, że w końcu ona też przyjęła tylko jedną postać. Tyle, że ona nie może przyjąć pod dwiema postaciami a reszta może, ale i tak nie dostanie.

h1

Dywersja OP

grudzień 21, 2007

Dziś na roratnim kazaniu dowiedziałam się, że patrząc na św. Jana Chrzciciela możemy wyróżnić jeszcze dwa (poza obecnymi czternastoma) uczynki miłosierdzia. Tak mi sie one spodobały, że aż stwierdziłam, że przeprowadzę tu małą dywersję dominikańską i je podam:

1. Na widok bliźniego swego z radości skakać (Jan podskoczył w łonie Elżbiety, kiedy ona zobaczyła Maryję. Tak sobie myślę, że nawet więcej – Jan podskoczył na sam dźwięk głosu Maryi, czyli “na dźwięk głosu bliźniego swego skakać”. Oczywiście z radości :D )

2. W czynieniu sobie nawzajem dobra innych wyprzedzać (Jan był poprzednikiem Jezusa, przygotowywał innych na Jego przyjęcie i oglosił Jego przyjście).

 I jeszcze jedna myśl, którą rzucił o. Adam – plotkować o dobru, które inni czynią lub jest w innych obecne. Szeptać o tym zastrzegając dyskrecję… Smakowicie podstępne…

Strasznie duże wymagania, ale też bardzo ewangeliczne. Spodobały mi się, spróbuję wcielać w życie, przecież chroniczne niedospanie nie może być jedynym owocem uczęszczania na roraty :D

h1

Być czy nie być

grudzień 14, 2007

Kościół Katolicki w Anglii organizuje akcje mające służyć ponownemu upowszechnieniu praktyk religijnych, w tym uczęszczania na niedzielną mszę świętą. Akcja ta polega na prośbie skierowanej do wiernych świeckich, aby zapraszali swoich bliskich i znajomych na mszę. Tak po prostu. Z wyliczeń statystycznych wynika, że w Zjednoczonym Królestwie jest ok. 3 mln. ludzi, którzy mając takie zaproszenie, wróciliby do praktykowania.

Na pytanie o przyczynę absencji na mszach pada wiele odpowiedzi: sekularyzacja społeczeństwa i związany z nią brak społecznego nacisku na uczestnictwo a często wręcz zniechęcanie wynikające z takiego planowania czasu, że na mszę go już brak, przyczepienie osobom chodzącym na mszę etykietki “nienowoczesnego” (chodzenie do kościoła przestało należeć do kategorii “done thing” – rzeczy, które się robi), lenistwo, zagubienie wiary, utrata świadomości znaczenia tego, co dokonuje się na ołtarzu. Te przyczyny podaje w wywiadzie bp MacMahon, biskup Nottingham.

A ja bym dorzuciła jeszcze jedną: brak wiary i zaangażowania u kapłanów. I nie wiem, czy to nie jest to, co najskuteczniej zniechęca do Kościoła. Zniechęcony ksiądz byle jak odprawia mszę, mówi kazania słabe lub jedynie erudycyjne a pozbawione Ducha, nie chce mu się spowiadać. Liturgia “robiona” a nie sprawowana odrzuca, widać jej fałsz. A skoro źródło i cel Kościoła (por. Sacrosanctum concilium) doświadczane są jako byle jakie, to po co wchodzić w jego wspólnotę? Po co się z nią spotykać?

Czytałam kiedyś świadectwo pewnego księdza z Włoch. Został proboszczem martwej parafii: pusty kościół, nikogo na mszy. Postanowił, że będzie żebrał u Boga o życie dla jego nieobecnych parafian. Codziennie wystawiał Ciało Pańskie w pustym kościele i godzinami je adorował. Potem już nawet przed Nim spał i pracował (przyniósł sobie biurko). Po kilku miesiącach do pustego kościoła weszła para młodych ludzi. Uklękli. Po modlitwie podeszli do księdza i powiedzieli mu, że coś kazało im wejść i, że poczuli się u siebie. Zaczęli przychodzić częściej, przyprowadzili następnych. Parafia po pewnym czasie odżyła. Dla mnie jest to opowieść o tym, że to Duch buduje Kościół, Eucharystia go gromadzi, ale potrzebny też jest człowiek, który tę Eucharystię konsekruje i pomoże przychodzącym zrozumieć, Kto ich przyciągnął. Wspólnocie potrzebny jest po prostu ojciec. Dobry ojciec.

PS

Wypowiedź bp. Nottingham przytaczam za wywiadem w ZENICIE.

h1

Ziołowy Służew

listopad 13, 2007

Widok zasypanego śniegiem miasta od kilku lat kojarzy mi się z promocją książki o. Michała Zioło OCSO na warszawskim Służewie. Sypało wtedy długo i namiętnie, jak zwykle zaskakując MPO. Trzeba przyznać, że skutki tej pogody były zadziwiające.

Kościół dominikanów na Służewie nawiązuje swoją bryłą do namiotu, jego wnętrze utrzymane w stylu brutalistycznym (bez tynku, czerwona cegła i wąskie wysokie okna bez witraży odlane z betonu) stanowi ogromną pod względem przestrzeni halę, w której gubią się drewniane ławki i przycupnięci w nich ludzie. Ten dłuższy opis jest uzasadniony, ponieważ także wnętrze “zagrało” w sytuacji, którą chcę opowiedzieć.

Była to msza wieczorna – za oknem ciemno i sypiący śnieg, wewnątrz kilku ojców przy ołtarzu, w tym o. Michał. Świetne, krótkie Ziołowe kazanie w stylu trapistycznym, porządna dominikańska liturgia i… technologiczna “wsypa” z powodu śnieżycy. W momencie, kiedy ojcowie schodzili z puszkami, aby udzielić komunii, urwała się dostawa prądu i padło oświetlenie. Padło dokumentnie i co lepsze – na całym osiedlu. Nie było mowy o świetle latarń wpadającym przez okna – w olbrzymiej sali zapanował mrok doskonały… Tzn. byłby doskonały, gdyby nie dwie świece akolitki przy ołtarzu. Jak udzielać komunii w takiej ciemności? Bracia wzięli świece i stanęli przy rozdzielających Ciało Pańskie. Szliśmy w dwóch procesjach, wspierając się nawzajem w ciemności, ku punkcikom światła u stóp ołtarza, które oznaczały obecność Chrystusa. A potem znów wracaliśmy w ciemność. Trudno o lepszy obraz doczesności a zwłaszcza życia świeckich – krótkie chwile w świetle, by znów wrócić z Chrystusem tam, gdzie mamy Go zanieść.

Później jeden z braci trzymających świece podzielił się ze mną także obrazem z jego strony: “Twarze podchodzących ludzi powoli wynurzały się z mroku i im bliżej byli Ciała Pańskiego, tym wyraźniej ich widziałem. Tylko Chrystus pozwala zobaczyć prawdziwą twarz człowieka, tylko Jego światło”

Tylko Pan Bóg może sobie pozwolić na tak udane eksperymenty liturgiczne. Chociaż w Jego przypadku to chyba raczej improwizacja, nie eksperyment. Artysta Doskonały.