Jeden ze znajomych tradycjonalistów notorycznie się odgraża, że mnie nawróci. Na tradycję, oczywiście. W ramach realizowania tego podstępnego planu podesłał mi artykuł o legalności nowego rytu (jeszcze raz dzięki, Dawid).
Efekt lektury jest przeciwny do zamierzonego przez przesyłcę, gdyż albowiem znalazłam w tekście kolejnych kilka argumentów za tym, że NOM (msza w nowym rycie) nie był wcale takim złym pomysłem.
W świetle zamieszczonego tam fragmentu dokumentu Bractwa Kapłańskiego Piusa X „Problemy reformy liturgicznej” dwoma z teologicznych zastrzeżeń wobec nowej mszy są: nowy ryt nie akcentuje wystarczająco mszy jako ofiary, zastępując to celebrowaniem przymierza (pierwszy zarzut) oraz, że został usunięty Jezus jako Kapłan i Żertwa a przedstawia się jako udzielający się wiernym Kyrios (zarzut drugi).
I tak mi na myśl przyszło to, jaki wpływ na duchowość Kościoła miało akcentowanie przede wszystkim ofiary. Otóż wysunęło ono na pierwszy plan prawdę o sprawiedliwości Boga, odsuwając w cień Boże miłosierdzie. Oto nagrzeszyłeś, człowieku, obraziłeś nieskończony Boży majestat, wzgardziłeś przykazaniami i sam Boży Syn za ciebie umarł, żeby cię wybawić. I teraz masz obowiązek Mu za to odpłacić.
To wszystko prawda. Ale jednocześnie bez pewnego dopowiedzenia to paskudny emocjonalny szantaż.
To dopowiedzenie to prawda o motywacji Bożego Syna – On umarł z miłości. A dokładniej wiedziony miłosierdziem, które w języku biblijnym tłumaczy się jako pozostanie wiernym przymierzu, które druga strona zerwała. I nie ma w tym szantażu, ale nieme błaganie oczu zdradzonego, który pomimo zdrady nie chce przestać kochać zdrajcy. I zgodę na przyjęcie zdradzającego, jeśli ten zechce powrócić.
Na reakcję Ducha Świętego trzeba było czekać ok. 100 lat od promulgacji mszału trydenckiego: w 2 połowie XVII wieku mamy pierwsze objawienia przypominające o tajemnicy Bożego miłosierdzia – św. Małgorzata Alacoque i kult Najświętszego Serca Jezusowego. Potem prawdę o tym, że nie musimy być herosami, żeby zostać świętymi, przypomina pod koniec XIX wieku Mała Tereska. A potem była nasza Faustyna z kolejnym, bardzo mocnym Bożym przypomnieniem: „Jestem miłosierny, zaufajcie mi! Nie bójcie się, bo doskonała miłość usuwa lęk”. Znaczące jest to, że jej spowiednik musiał wykonać solidną kwerendę, żeby uznać, że tak mocny nacisk naprawdę o Bożym miłosierdziu nie jest herezją. To oznacza, że ta prawda nie była dla niego ani tych, od których odebrał formację, taka oczywista.
Ponadto akcentując ofiarę momentami stary ryt gubił zmartwychwstanie. Radość stała się czymś nie[wy]godnym, niskim, przypisanym jedynie do cielesności. Radość niedzielnego poranka zastąpiono pojęciem chwały. Nie neguję, że Zmartwychwstały jest w chwale. Ale jedynym sposobem, by się z Nim zjednoczyć i wejść do tej chwały jest, sprzężona mocno z radością, miłość. To ona jest kluczem i centrum, bo, jak pisałam poprzednio, sama ofiara nie musi wcale oznaczać miłości. Może być jedynie sposobem na zbieranie punktów w programie lojalnościowym KRK – zakładu ubezpieczeń na życie wieczne.
Taką hipotezę mam. I chętnie bym ja przedyskutowała. Może będzie szansa…

