“Oto idziemy do Jerozolimy: tam Syn Człowieczy zostanie wydany arcykapłanom i uczonym w Piśmie. Oni skażą Go na śmierć i wydadzą Go poganom na wyszydzenie, ubiczowanie i ukrzyżowanie; a trzeciego dnia zmartwychwstanie”. (Mt 20,18-19)
Ile razy słyszę czytanie z Niedzieli Palmowej o wjeździe do Jerozolimy budzi się we mnie “odruch św. Piotra”: “Panie, ale po co tak od razu o krzyżu, czemu nie pozwalasz się obwołać królem, przecież własnie tego pragną ludzie – nie słyszysz ich wołania?” Ludzki odruch starannie stymulowany szatańską odżywką: zatrzymać się o krok od przemiany w imię zachowania spokoju.
Trudno zapanować nad pragnieniem ucieczki od cierpienia. Ale w tym przypadku ono nie jest bez sensu – ono jest po coś a dokładnie po to, żeby otrzymać jeszcze więcej. Grzech spowodował, że jedyna drogą do przemiany prowadzi przez wysiłek i ból. Czasem jest to ból rozłożony na dziesiątki lat (jak w przypadku mnichów – o. Michał Zioło mawia, że Bóg pracuje nad nimi lancetem), czasem jest to intesywniejsze, ale krótkie doświadczenie. Są też tacy, którzy wzrastają skokowo: przypomina to skomplikowaną operację, wielokrotnie powtarzaną, z okresami rekonwalescencji po każdym zabiegu. Ilu ludzi tyle dróg, ale zawsze jest coś, co się inwestuje czyt. traci.
I w takim momencie, kiedy czuję ból, bo tracę, powtarzam sobie ten fragment z psalmu 56:
“Ty zapisałeś moje życie tułacze; Ty przechowałeś łzy moje w swoim bukłaku: < czyż nie są spisane w Twej księdze? > (…) Tobie oddam ofiary pochwalne, bo ocaliłeś moje życie od śmierci, abym chodził przed Bogiem w światłości życia.” (Ps 56,9.13b-14)
On czuwa nade mną. Nad każdym, kto o to poprosi.



