Pali się taka jedna u mnie w pokoju. Mam słabość do jej delikatnego, miodowego zapachu i mocnego, jasnego płomienia. Kiedyś z wosku wykonywano gromnice – świece zapalane w oknach podczas burzy, aby odpędzić pioruny. Współczesna nauka potwierdziła słuszność dawnej intuicji – woskowa świeca jonizuje powietrze, co sprawiało, że naładowany tym samym ładunkiem piorun “odskakiwał” od miejsca, gdzie płonęła gromnica. Zresztą jonizacja powietrza i wydzielane podczas spalania wosku substancje lotne sprawiają, że lżej się oddycha, powietrze oczyszcza się z nieprzyjemnych zapachów, wirusów i bakterii. Łatwiej się w takim pomieszczeniu skupić i jaśniej się myśli. Ponadto świeca z czystego wosku nie dymi, za to ładnie pachnie.
I ten piękny, wysoki, mocny płomień.
Wiem, że się powtarzam. Ale nic na to nie poradzę, że mi szkoda, że z kościołów wyrzucono coś tak pięknego i cennego, zastępując to tekturowymi rurami z wkładem olejowym. Taka podróbka ma taki plus, że jest tania, świeci i… eee… świeci oraz jest tania. A szczytem oszczędności jest taka rura z wkładem zamiast paschału. Specjalnie pytałam producenta świec – różnica cenowa między paschałem a tekturowym jest na tyle niewielka, że naprawdę warto kupić woskową świecę. Przecież w liturgii symbolizuje ona Chrystusa! Ile razy widzę w Wigilię Paschalną ten płomień w ciemnych drzwiach mrocznego kościoła, wzruszenie dławi mnie za gardło. Żaden “olejak” nie da takiego płomienia. I żaden nie będzie tak piękny.
A zeszło mnie na temat świec, bo juz w przyszłym tygodniu zaczynają się roraty.
I juz sie wyposażyłam w świeczuszki u pszczelarza na placu

