Archiwa tagu: liturgia

Pochwała woskowej świecy

Pali się taka jedna u mnie w pokoju. Mam słabość do jej delikatnego, miodowego zapachu i mocnego, jasnego płomienia. Kiedyś z wosku wykonywano gromnice – świece zapalane w oknach podczas burzy, aby odpędzić pioruny. Współczesna nauka potwierdziła słuszność dawnej intuicji – woskowa świeca jonizuje powietrze, co sprawiało, że naładowany tym samym ładunkiem piorun “odskakiwał” od miejsca, gdzie płonęła gromnica. Zresztą jonizacja powietrza i wydzielane podczas spalania wosku substancje lotne sprawiają, że lżej się oddycha, powietrze oczyszcza się z nieprzyjemnych zapachów, wirusów i bakterii. Łatwiej się w takim pomieszczeniu skupić i jaśniej się myśli. Ponadto świeca z czystego wosku nie dymi, za to ładnie pachnie.

I ten piękny, wysoki, mocny płomień.

Wiem, że się powtarzam. Ale nic na to nie poradzę, że mi szkoda, że z kościołów wyrzucono coś tak pięknego i cennego, zastępując to tekturowymi rurami z wkładem olejowym. Taka podróbka ma taki plus, że jest tania, świeci i… eee… świeci oraz jest tania. A szczytem oszczędności jest taka rura z wkładem zamiast paschału. Specjalnie pytałam producenta świec – różnica cenowa między paschałem a tekturowym jest na tyle niewielka, że naprawdę warto kupić woskową świecę. Przecież w liturgii symbolizuje ona Chrystusa! Ile razy widzę w Wigilię Paschalną ten płomień w ciemnych drzwiach mrocznego kościoła, wzruszenie dławi mnie za gardło. Żaden “olejak” nie da takiego płomienia. I żaden nie będzie tak piękny.

A zeszło mnie na temat świec, bo juz w przyszłym tygodniu zaczynają się roraty.

I juz sie wyposażyłam w świeczuszki u pszczelarza na placu :)


Verba et gesta

Chodzi za mną pewna msza z zeszłego tygodnia. Codzienna “ósemka” u OP, ale odprawiona w niebanalny sposób. Po pierwsze o. Dominik (nomen omen) ominął modlitwę wiernych – zamiast niej i kazania była chwila ciszy na rozważenie słowa. Myślałam, że to opuszczenie to tak z braku snu albo przeoczenia, ale  ciąg dalszy “wytłumaczył” mi z czego to wynikało.

Otóż celebrans wybrał I Modlitwę Eucharystyczną, czyli Kanon Rzymski i odmawiał go, stosując gesty z klasycznego rytu dominikańskiego.  I wtedy przypomniało mi się, że kapłan może ominąć modlitwe wiernych w formularzu mszy, a w tym przypadku to ominięcie było uzasadnione nawiązaniem do konkretnego rytu, w  którym tej modlitwy nie było.

Tym, co najbardziej mnie poruszyło, był gest specyficzny dla rytu dominikańskiego – otóż po Przeistoczeniu kapłan w tym rycie rozkłada ręce tak, jakby był przybity do krzyża. I recytuje modlitwę, w której zwraca się do Ojca, aby przyjął ofiarę Syna i zesłał odkupienie.  Msza była sprawowana przy ołtarzu trydenckim, więc kapłan stał twarzą do krzyża, nie ludu, i było coś głęboko wstrząsającego w tym widoku ukrzyżowanej sylwetki połączonym ze słowami: “Przyjmij tę ofiarę, jak przyjąłeś dar Twojego sługi Abla, ofiarę Abrahama, naszego ojca w wierze i ofiarę jaką złożył Ci kapłan Melchizedek jako zapowiedź ofiary doskonałej”. Było w tym coś głeboko ojcowskiego: prowadzenie, pośrednictwo i wstawianie się. I wyraźny rys ofiary i samo-wydania, właśnie przez ten gest.

Chodzi to za mną od tygodnia, więc w końcu o tym napisałam :) A poniżej filmik z gestem, o którym wspominam – można popodziwiać.


No i po hipotezie…

Jeśli chodzi o rozjeżdżanie kiepskich pomysłów, to bracia tradsi są najlepsi :D Bo hipoteza przedstawiona wpis niżej zostala przez nich gruntownie rozjechana, co akurat mnie nie przeraża – uważam, że “veritas super omnium”, poza tym hipotezy mają to do siebie, że należy jest weryfikować.

Wnioski mam takie, że jeszcze muszę się dokształcić z historii liturgii, kupić mszalik trydencki oraz że jeśli chodzi o duchowość, to jednak miałam rację. W tym sensie, że była ona wyraźniej pasyjna niż rezurekcyjna. Z argumentacji, którą usłyszałam, wynika dla mnie, że raczej wynikało to ze sposobu wprowadzenia reformy niż samych treści liturgicznych. Ale kto wie, może jak głebiej sięgnę, to znajdę coś jeszcze.

Było to ciekawe doświadczenie. Choć momentami bolesne :D


Duchowość starego rytu

Jeden ze znajomych tradycjonalistów notorycznie się odgraża, że mnie nawróci. Na tradycję, oczywiście. W ramach realizowania tego podstępnego planu podesłał mi artykuł o legalności nowego rytu (jeszcze raz dzięki, Dawid).

Efekt lektury jest przeciwny do zamierzonego przez przesyłcę, gdyż albowiem znalazłam w tekście kolejnych kilka argumentów za tym, że NOM (msza w nowym rycie) nie był wcale takim złym pomysłem.

W świetle zamieszczonego tam fragmentu dokumentu Bractwa Kapłańskiego Piusa X „Problemy reformy liturgicznej” dwoma z teologicznych zastrzeżeń wobec nowej mszy są: nowy ryt nie akcentuje wystarczająco mszy jako ofiary, zastępując to celebrowaniem przymierza (pierwszy zarzut) oraz, że został usunięty Jezus jako Kapłan i Żertwa a przedstawia się jako udzielający się wiernym Kyrios (zarzut drugi).

I tak mi na myśl przyszło to, jaki wpływ na duchowość Kościoła miało akcentowanie przede wszystkim ofiary. Otóż wysunęło ono na pierwszy plan prawdę o sprawiedliwości Boga, odsuwając w cień Boże miłosierdzie. Oto nagrzeszyłeś, człowieku, obraziłeś nieskończony Boży majestat, wzgardziłeś przykazaniami i sam Boży Syn za ciebie umarł, żeby cię wybawić. I teraz masz obowiązek Mu za to odpłacić.

To wszystko prawda. Ale jednocześnie bez pewnego dopowiedzenia to paskudny emocjonalny szantaż.

To dopowiedzenie to prawda o motywacji Bożego Syna – On umarł z miłości. A dokładniej wiedziony miłosierdziem, które w języku biblijnym tłumaczy się jako pozostanie wiernym przymierzu, które druga strona zerwała. I nie ma w tym szantażu, ale nieme błaganie oczu zdradzonego, który pomimo zdrady nie chce przestać kochać zdrajcy. I zgodę na przyjęcie zdradzającego, jeśli ten zechce powrócić.

Na reakcję Ducha Świętego trzeba było czekać ok. 100 lat od promulgacji mszału trydenckiego: w 2 połowie XVII wieku mamy pierwsze objawienia przypominające o tajemnicy Bożego miłosierdzia – św. Małgorzata Alacoque i kult Najświętszego Serca Jezusowego. Potem prawdę o tym, że nie musimy być herosami, żeby zostać świętymi, przypomina pod koniec XIX wieku Mała Tereska. A potem była nasza Faustyna z kolejnym, bardzo mocnym Bożym przypomnieniem: „Jestem miłosierny, zaufajcie mi! Nie bójcie się, bo doskonała miłość usuwa lęk”. Znaczące jest to, że jej spowiednik musiał wykonać solidną kwerendę, żeby uznać, że tak mocny nacisk naprawdę o Bożym miłosierdziu nie jest herezją. To oznacza, że ta prawda nie była dla niego ani tych, od których odebrał formację, taka oczywista.

Ponadto akcentując ofiarę momentami stary ryt gubił zmartwychwstanie. Radość stała się czymś nie[wy]godnym, niskim, przypisanym jedynie do cielesności. Radość niedzielnego poranka zastąpiono pojęciem chwały. Nie neguję, że Zmartwychwstały jest w chwale. Ale jedynym sposobem, by się z Nim zjednoczyć i wejść do tej chwały jest, sprzężona mocno z radością, miłość. To ona jest kluczem i centrum, bo, jak pisałam poprzednio, sama ofiara nie musi wcale oznaczać miłości. Może być jedynie sposobem na zbieranie punktów w programie lojalnościowym KRK – zakładu ubezpieczeń na życie wieczne.

Taką hipotezę mam. I chętnie bym ja przedyskutowała. Może będzie szansa…


Domowa mistatogia święceń tradi – wprawka

Czytam sobie mszalik ze święceń ks. Marka Grabowskiego. Dwie rzeczy rzuciły mi się w oczy. A właściwie to trzy.

Pierwsza to tekst jakim odpowiada asystujący kapłan na pytanie: “Czy wiesz, że są tego godni?”. Brzmi on następująco: “O ile ułomność ludzka pozwala mi wiedzieć, wiem i zaświadczam, że są godni podjąć brzemię tego urzędu”. Brzmi w niej głęboki ton świadomości ciężaru wypowiadanego słowa zestrojony z nutą świadomości własnego ograniczenia. Świadomość własnej ułomności połączona z optymizmem co do swojej zdolności poznania (“wiem”) i wzięciem na siebie odpowiedzialności (“zaświadczam”). I wprawiający mnie w lekkie rozbawienie (wiem, że nie uchodzi, nie uchodzi, ale cóż poradzę?) ton prawniczej wypowiedzi – “jakby, co to zrobiłem zastrzeżenie!” :D

Druga, to formuła, która wypowiada biskup podczas pouczenia przedstawionych mu przed chwila kandydatów: “Lecz aby jednego lub kilku nie zwiodła opinia lub nie oszukało uczucie, należy zasięgnąć rady wielu. Przeto swobodnie powiedzcie, co wiecie o ich czynach i obyczajach, co sądzicie o zasługach. Wydajcie im świadectwo zdatności do kapłaństwa kierując sie ich zasługami, a nie jakimkolwiek upodobaniem. Jeżeli więc ktoś ma cokolwiek przeciw nim, w imię Boże niech z ufnościa wystąpi i powie, niech jednak pamięta o własnej ułomności”.

Tekst ten co prawda pada po łacinie, to drastycznie zmniejsza ryzyko, że tłumu da sie słyszeć kobiecy lub, co gorsza, męski głos wołający: “Zenobi/Ziutek/Gerwazy, nie rób mi tego!”, ale jednak jest w rycie święceń. W nowym rycie nie ma tej chwili zawieszenia. Ten fragment upodabniał święcenia do zawierania małżeństwa – tam też jest przewidziany moment na ewentualne “wołanie z tłumu”. Na moje wyczucie to dawało całej wspólnocie poczucie współodpowiedzialności za święconego. Poczucie, że także my go przyjmujemy i akceptujemy jako prezbitera.

Trzecia wreszcie rzecz, to bogactwo słowa Bożego w całej liturgii i wyraźna paralela pomiędzy kapłaństwem starotestamentowym a chrześcijańskim. I na tym muszę jeszcze pomedytować.


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 425 other followers