Posty oznaczone jako ‘liturgia’

h1

Anabaza

maj 10, 2009

Greckie słowo na określenie wychodzenia z głębi czegoś, wstępowania w górę, marszu. Taki tytuł nadał swojej opowieści Ksenofont, jeden z najwybitniejszych pisarzy greckich V wieku piszących w koine. Jest to historia oddziałów greckich, które zaciągnęły się u perskiego zarządcy prowincji, Cyrusa, chcącego zrzucić z tronu Persji swojego brata, Tysafernesa. Cyrus poległ w pierwszej bitwie i jedynymi oddziałami, które ocalały z tej rzezi, byli Grecy. Żywi, wciąż jeszcze zdolni do walki, ale tkwiący w samym centrum ziem nieprzyjaciela. Pod dowództwem Ksenofonta udało im sie powrócić do Grecji. Opowieść warta przeczytania, dynamiczna, trzymająca w napięciu, pełna życia. I ukazująca jedną ważną rzecz: potrzebę zaufania i nadziei. Zwłaszcza na momenty, kiedy dzień staje się podobny do dnia, nie widać różnicy między piaskiem przemierzanym wczoraj a tym przemierzanym dzisiaj. Są też momenty napięć, jak ten, kiedy Ksenofot każe żołnierzom rzucić łupy, bo niosąc je nie przejdą przez góry. I słynna scena kończąca, kiedy Ksenofont  zaniepokojony wrzawą na początku kolumny pędzi tam konno i dobiegające go okrzyki powoli zamieniają się w tekst zwycięstwa: “Thalatta! Thalatta!” Morze! Morze! Dla Greka morze oznaczało bliskość domu, przestrzeń oswojoną i bliską.

Czemu rozpisuję się o Ksenofocie? Bo o naszej liturgii mówi się, że ma strukturę katabatyczno-anabatyczną. Teologowie wymyślili takie skomplikowane pojęcie, żeby oddać prawdę o tym, że Jezus zstępuje do nas (katabasis), aby nas wyprowadzić do Ojca (anabasis). Nie jest On greckim najemnikiem, ale podobnie jak oddziały Ksenofonta pozostaje jedynym żywym i zdolnym do działania po zderzeniu się z siłami szatana. I podobnie jak greccy najemnicy potrzebujemy trzech rzeczy: zaufania dowódcy, posłuszeństwa i pragnienia ujrzenia domu. Greków po ujrzeniu morza czekał jeszcze marsz wzdłuż jego brzegu a potem żegluga, część z nich zdecydowała się pozostać jako osadnicy w ziemi, z której wyszli, ale skoro było w ich zasięgu morze, to był także dom. Moment komunii w liturgii to ta chwila, kiedy możemy zawołać “Thalatta!” Słodkawy smak hostii i posmak wina to smak domu, dowód na to, że On nas wyprowadził tam, gdzie obiecał.

Jesteśmy wolni.

h1

Rorate

grudzień 22, 2008

Założyłam na blogu świąteczną skórkę – a co ;) W końcu jutro wyjeżdżam do mamy a pojutrze Wigilia. Ciekawe, czy spadnie śnieg… Widok choinek, baniek, reniferów, oraz przerośniętych skrzatów w czerwonych wdziankach obramowanych białym futerkiem budzi we mnie lekką panikę wynikającą z poczucia zaszczucia i mam ochotę zwiać lub przynajmniej wywiesić na drzwiach tabliczkę: w tym roku Święta odwołane. Święta, bo Boże Narodzenie jak najbardziej będzie.

Udało mi się przełamać wrodzone lenistwo i wstawać prawie codziennie na roraty. Dzięki nim nie straciłam poczucia, że ta cała piana ze złoto-srebrnej folii to tylko piana, choć niewiele brakowało (do tej utraty) :)

Dziś wyjątkowo byłam w scholi i widok ołtarza z boku a nie od strony mrocznego prezbiterium sprawił, że w mojej nie do końca rozbudzonej mózgownicy zakiełkowała myśl (cud… serio! zasadniczo o tej porze nocy nie myślę).  Najmocniejsze światło (bo i największa liczba świec) jest przy ołtarzu. Wokół ludzie z roratkami, także siedzący na stopniach ołtarza – widok rzadki, bo w świetle dziennym na ogół ołtarz wytwarza pole siłowe, które rzadko kto przekracza (poza dziarskimi dwulatkami, oraz biegnącą za nimi pogonią). A tu, w ciemności grudniowego poranka, kiedy noc przełamuje się w szary półdzień, blisko stołu z menorą, kielichem i chlebem zbiera się tłum oświetlonych miodowym światłem twarzy. Światło świec jest miłosierne: łagodzi rysy, ukrywa zmarszczki. Rozświetlona nim ciemność ośmiela, żeby podejść bliżej: Boga i siebie nawzajem.

Zupełnie jak z Bogiem: pierwszy raz, te ponad dwa tysiące lat temu, przyszedł jak płomień świecy: delikatny i miłosierny. Im więcej osób Go przyjmie, tym jest jaśniej. Łatwo do Niego podejść, półmrok naszej rzeczywistości nas ośmiela, bo nasze rany i kalectwo nie rzucają się tak w oczy. Jednak pomimo swojej łagodności światło przypomina, że do jego natury należy wydobywać na jaw: każdą ukrytą słabość i każde ukryte piękno.

h1

Verba et gesta

listopad 26, 2008

Po II Soborze Watykańskim liturgia Kościoła Rzymskiego stała się przestrzenią eksperymentów a o tym, czy wszystkie były udane, najlepiej świadczy fakt odradzania się po 40 latach tradycyjnej liturgii a szczególnie fakt, że fascynują się nią często ludzie młodzi. Gdzie tkwił błąd reformatorów?

Świetnie wyjaśnił to w sobotę w wywiadzie dla “L’Osservatore Romano” kard. Francis Arinze, przewodniczący Kongregacji Dyscypliny Sakramentów: najczęściej błąd rodził się z niewiedzy dotyczącej przeszłości liturgii, istoty znaku liturgicznego, konieczności jego zakorzenienia nie tylko w teraźniejszości, ale także w tradycji biblijnej. Tu przypomniała mi się historia opowiedziana mi przez znajomą, która miała okazję uczestniczyć w mszy odprawianej w sali wykładowej (chociaz piętro wyżej była kaplica) przez księdza w stule narzuconej na sweter a pierwszym czytaniem był fragment z “Małego księcia” odczytany przez osobę siedzącą z nogą założoną na nogę. Niewątpliwie spotkanie to dało uczestnikom poczucie wspólnoty. Ale co z poczuciem sacrum? Bóg stał się pretekstem do spotkania tych ludzi, ale czy oni spotkali się z Nim? Jaki obraz Boga i Kościoła wynurza się z takiej, khm, liturgii? 

Wiele osób narzeka, że znaki liturgiczne sa nieczytelne i wymagają wyjaśnienia. A skoro tak, to trzeba je zmienić. Nie zgadzam się z takim podejściem: znaki liturgiczne ZAWSZE wymagały mistagogii, czyli objaśnienia. Była ona procesem wtajemniczania, inicjacji w dojrzałe życie chrześcijańskie, bo uczyła tradycji i w ten sposób budowała odrębną tożsamość religijną. Zresztą, jeśli gesty i słowa sa wypowiadane świadomie i czytelnie, do wielu prawd można dojść samemu. Wiem, bo sama obserwując “ruch” świec przenoszonych przez akolitów na liturgii u dominikanów odkryłam, że są dwa stoły podczas Eucharystii – stół Słowa oraz stół Ciała i Krwi. Znając teksty biblijnych opisów epifanii (objawień Boga) skojarzyłam je z dymem kadzideł, którymi okadza się Ewangelię, dary na ołtarzu i lud. Te wszystkie elementy pieknie ze sobą współgrają i jeśli ma się je przemyślane i przeżyte, one mówią same, bez objaśnień. Wtedy Ewangelię się chłonie całym sobą, wchodzi się w jej przeżywanie. Wystarczy patrzeć, słuchać i pozwolić sobie na uczucia. I dlatego też jest bardzo ważne jak brzmią teksty liturgiczne, jakie gesty sie wykonuje i jak to się robi, bo mają być mediami dla Prawdy.

A tak już bardziej praktycznie: w tym wywiadzie kardynał Arinze mówi także o planowanej w liturgii zmianie – znak pokoju ma być przekazywany podczas ofiarowania, nie jak dotychczas przed komunią świętą (chodzi o to, żeby nie rozbijać modlitewnego skupienia przed przyjęciem Ciała i Krwi). Na razie jest to w sferze planów, ale jest duże prawdopodobieństwo, że wejdzie w życie.

h1

Błogosławmy, błogosławmy wraz…

listopad 13, 2008

Biskupi amerykańscy zatwierdzili nowy ryt błogosławieństwa  i jest to modlitwa nad dzieckiem w łonie matki :) Myślę, że to ruch w dobrym kierunku – znajoma młoda mama powiedziała kiedyś, że dominującym doświadczeniem kobiety w ciąży jest niepewność: co do stanu zdrowia dziecka, co do przebiegu porodu, co do tego, czy właściwie dba o siebie. Dawnej istniały takie zwyczaje, jak noszenie szkaplerza św. Dominika (do dziś można taki medalik otrzymać w Krakowie u mniszek dominikanek na Gródku, które do medalika dołączają także swoją modlitwę ;) ), czy przepasywanie talii ciężarnej poświęconym materiałowym paskiem (tu chyba “odpowiedzialnym za efekty” był św. Dominik Savio). Były to gesty dające wsparcie psychiczne i duchowe kobiecie w tym trudnym dla niej czasie i zapewniające Bożą opiekę obojgu.

Ponadto błogosławienie pań w “dwupaku” (a czasem ”wielopaku” :) ) ma tez inny aspekt: wskazuje na to, że to juz nie jest tylko matka i jej brzuch, ale więcej osób. Skoro polecamy to małe życie Bogu, to zauważamy jego wartość i pragniemy, aby była chroniona, właczamy je do naszej społeczności i w nasze więzy, od tych najważniejszych, z Panem, począwszy.

Tak na koniec jeszcze prośba: przedstawiciele ruchów antyaborcyjnych prosza o poparcie w debacie w ONZ nad prawem do życia dzieci nienarodzonych. Wszystkich, którzy chcieliby ich wesprzeć podpisując apel zapraszam tutaj. Każdy podpis jest ważny, więc zachęcam :) Więcej o akcji można przeczytać tu.

h1

Szlachtowanie Baranka?

sierpień 21, 2008

Jan Ewangelista notuje skrzętnie w swojej Ewangelii, że kiedy prowadzono Jezusa na ukrzyżowanie i krzyżowano Go, w Świątyni Jerozolimskiej lewici zabijali właśnie baranki paschalne (por. J 19,14). Odchylenie do tyłu łba, szybkie i mocne przesunięcie nożem po tchawicy i tętnicy szyjnej, słodkawy zapach krwi. Ceną wieczornej uczty jedności Boga z Jego ludem była śmierć baranków, w których Jan widzi cień śmierci Mesjasza. Odległy obraz, ale uczestniczący w tym, co będzie miało miejsce.

Warunkiem wspólnoty na paschalnej uczcie jest śmierć baranka oczyszczająca i naznaczająca tych, którzy w tej uczcie będą uczestniczyć.

Każda msza jest uczestnictwem, ignorującym czas i przestrzeń, w krzyżowej śmierci i zmartwychwstaniu Baranka. Paschalne ofiary jedynie symbolizowały, zapowiadając Jego śmierć i jej znaczenie. Jesteśmy w Wieczerniku, główny celebrans jest Jezusem a jednocześnie jest tym, który zabija Baranka. Bo w Wieczerniku dokonało się już to, co historycznie nastąpiło dopiero potem (wspaniale o tym pisał Jan Paweł II w “Ecclesia de Eucharystia”). W Misterium Paschalnym czas ulega zwirowaniu lub może lepiej byłoby powiedzieć – zatrzymaniu, gdyż wkracza w niego Wieczność.

Tak więc ksiądz na mszy jednocześnie jest Jezusem i jednocześnie Go zabija. A potem w Nim zmartwychwstaje (słowa mi się plączą szukając swojego sensu i znaczenia, tak trudno pisać o tym, co swoją pełnię ma jedynie wtedy, kiedy jest przyjmowane i wyrażane egzystencjanie, nie tylko rozumowo :( …). Istotne jest to, że tych dwóch aspektów: wspólnotowego i ofiarniczego nie da się rozdzielić, ponieważ warunkują siebie nawzajem. Dobra liturgia to taka, na której czujemy wspólnotę jednocześnie zachowując świadomość z jakiej ofiary ona wyrasta. Szkoda, że tak rzadko można tego doświadczyć.