Posty oznaczone jako ‘kwartalnik’

h1

Pan czuwa

listopad 4, 2009

Wczoraj okazało się, że jeden z reklamodawców jednak się u nas nie zareklamuje.

Myślicie, że zaklęłam? Nie. Krakowski brak ciśnienia spowodował, że jedyne, na co było mnie stać, to był telefon do aktualnego WAKa, że numer nam się właśnie (tydzień przed zamknięciem) wytentegował finansowo w kosmos, rozłączenie się i stwierdzenie, że mam to gdzieś, nie mam siły nawet się załamać. Chociażby wypadało.

Nie, przy 979 hPa światem rządzi Kononowicz i nie ma, że coś wypada. Nic nie ma. I nie będzie.

Westchnęłam tylko do Pana B., że potrzebuję Jego pomocy. Bo ściana jest, a ja nie mam nawet wiertarki udarowej, o odpowiedniej dawce dynamitu czy chociażby kluczu do bramki nie mówiąc.

Dziś rano zwlokłam się ze snu ze smętnym przekonaniem, że może jednak coś trzeba z tym zrobić, przynajmniej zamarkować jakieś ruchy, udać, że wydatkuję jakąś energię, albo przynajmniej zużywam tę z baterii w telefonie.

Zadzwoniłam tam, gdzie była jakaś szansa na odzew – bezskutecznie.

Gleba czyli ił.

I kiedy w ramach zapominania o tym problemie zajęłam się kolejnym czekającym w kolejce, zadzwonił telefon. Więcej – zadzwoniło Rozwiązanie Mojego Problemu!

Otóż jeden z egzemplarzy reklamowych, jakie rozdaliśmy w Częstochowie, trafił do rąk siostry franciszkanki z Lasek, która tak się nim zachwyciła, że postanowiła jak najszybciej zareklamować swoje zgromadzenie w naszym piśmie! Ha! Z rozkoszą oznajmiłam jej, że właśnie zwolniło się miejsce w najnowszym numerze i jeśli przygotuje do końca tygodnia materiały, to chętnie opublikujemy :D

Panie Boże, Ty i Twoje rozwiązania sytuacji na ludzkie oko nierozwiązywalnych… :D

W każdym razie numer wyjdzie i będzie cuuuudny: o. Hinc OFMCap o przebaczeniu, o. Jędrzejewski OP o spowiedzi, Jarema Piekutowski o konsekwencjach błędnych wyborów, rozmowa z bp. Polakiem m.in. o grzechach, które najbardziej zamykają na głos powołania.

Jak to dobrze, kiedy jest dobrze.

h1

Soczewka

październik 17, 2009

Patrzyłam dziś na przepływające przez bazylikę na Jasnej Górze tłumy i ciągle powracała do mnie myśl, że w tym miejscu jak w soczewce, skupia się polskość. Zrobiło się Bogo-ojczyźniano? Już spieszę rozwiać ten klimacik.

W kościele remont, więc wszystkie msze odbywają się w Kaplicy Obrazu, która funkcjonuje jak kombinat mszalny, bo trudno nazwać to inaczej: msza za mszą generują rytuał przydeptywania się w drzwiach kolejnych fal z kolejnych pielgrzymek. Teraz jest pora na maturzystów: zapełniają przestrzeń w większości emanując znudzeniem a niektórzy wyziewami “zupki chmielowej”. Poczuć taki oddech na swojej twarzy – bezcenne, miałam tę nieprzyjemność. Gdzieś za kratą tłumek koncelebransów, biskup mówiący kazanie, które należy przetrwać, i do tego szybka liturgia pt. “Następni czekają”.

Myślę, że lubimy tę tłumną religijność – jakby co, to byliśmy, odprawiliśmy, wsparliśmy się wzajemnie w przetrwaniu tego ciężkiego doświadczenia. Nie bardzo wiemy czemu, ale karteczka sfrunęła do wnętrza puszki na intencje, monety zastukały, spowiedź, komunia a teraz, Panie Boże, wiem, że i tak muszę liczyć na siebie.

Czasem celebransi i wierni próbują uświadomić sobie obecność i działanie Boga, pomimo pośpiechu i narzucającej się mechaniczności. Usiłują zatrzymać się, wejść w liturgiczny “pozaczas”. Bo Ona tam jest, a z Mamą chce się pobyć, tak po prostu. Żeby pogłaskała po głowie, przytuliła. Posłuchać Jej serca, tej głębokiej, czystej pieśni o tym, że jesteśmy kochani i przyjęci. Czasem wypłakać się Jej, ale jak zrobić to w tym tłumie?

Pod ścianą, w mżawce, siedzą dwie starsze panie i jedzą kanapki. Tak spokojnie i swojsko, bez narzekania na fatalne warunki. Są u siebie, tu nikt nie powie, że ich mohery to obciach, że ich wiek to obciach. Nie, są u siebie. Podobnie jak ci wszyscy mniej zarabiający, nieelitarni, czasem widać, że pokiereszowani przez swoje życiowe wybory – na salonach ich nie zobaczymy, w serialach i telewizji śniadaniowej też rzadko. Tutaj są u siebie. W tej przestrzeni z warstwami historii narodu na ścianach. Właśnie narodu – nie państwa, bo te warstwy zostawili poszczególni ludzie a nie rządy. Czas i kustosze przemieszali dary ubogich z darami bogatych, zaprowadzając w ten sposób republikańskiego ducha. Coś jakby lekki powiew ducha demokracji :)

I gdzieś w tym wszystkim była kongregacja referentów powołaniowych, wykłady o tym, jak dotrzeć do młodych i my z naszym kwartalnikiem i książkami. Mam nadzieje, że materiały, które tam przywieźliśmy, pomogą w tym, żeby nigdy nie zabrakło ludzi, którzy pomimo wszystko będą próbowali się zatrzymać, żeby usłyszeć Boga. Nie tylko przyjdą coś wrzucić, ale też coś przyjąć i to za darmo. A po maturze przyjadą z szerokim bananem na twarzy i tylko po to, żeby się pochwalić Mamie, że zdali. Oraz przyjąć Jej gratulacje :)

h1

Brak sieci to duży brak

lipiec 31, 2009

Szczególnie, kiedy się  w niej człowiek tak mocno zaplątał, jak ja :) Cztery dni w Wadowicach bez stałego dostępu do netu to była tortura… Gdyby nie rewelacyjne towarzystwo, umarłabym, zwłaszcza, że przez dwa dni nie miałam też dostępu do kawopoju. Ja to jednak jestem uzależniona i to potężnie. Ledwo człowiek pomyśli, że już pozbył się mechanizmu popadania w uzależnienie a tu – łup! życie bezlitośnie pozbawi go złudzeń.

Aua…

Poprzedni asystent kwartalnika właśnie został jedną z pięciu najważniejszych osób w zakonie pijarów (kurcze, i ja dziś z taką szychą jechałam busem z Kalwarii :) ) i na sześć lat znika z polskich radarów. Może kiedyś w szalonym widzie polecę sobie do Rzymu sprawdzić, czy tam też będzie serwował równie smaczną lavazzę. W każdym razie gratulujemy i machamy chusteczkom na pożegnanie. W drugiej łapce ściskamy różaniec i obiecujemy otulić porządnym modlitewnym moherem.

A teraz powrót do pozostawionych w Kraku książek i problemów. Ale może wcześniej jednak jakiś mały odpoczyneczek. Spanko albo co – prowadzenie warsztatów to spory stres. Nie mówiąc o stresie wynikającym z gwałtownego odstawienia! Dobra, pomyślę o terapii.

Jutro.

Albo nie – pojutrze.

Będę miała trzy dni na tarzanie się w nałogach :D

h1

Pa, pa, urlopie

lipiec 26, 2009

Czas byczenia się do godzin południowych oraz bezproduktywnie-konstruktywnego gapienia się przez okno dziś właśnie się kończy. Uczcijmy go dwiema linijkami ciszy:

A od jutra kołowrotek: jesienny numer kwartalnika, książka Finchera (Piesiewicza mi przyślij, ale migiem!!! :) ), akcja promocyjna kwartalnika i inne takie drobne rzeczy. No i warsztaty dziennikarskie, które mam prowadzić dla młodzieży pijarskiej na ich dorocznym spotkaniu. Siedzę właśnie nad ich programem, do którego specjalnie odświeżyłam notatki z wykładów z dziennikarstwa. Ech, jakie stare dzieje… I te ślady znudzenia wykładem w postaci obfitej ikonografii na marginesach… Ciekawe, że jedynie na wykładach, na których omawiane były dokumenty Kościoła na temat mediów – siakaś taka anarchistyczna chyba jestem :D

h1

Pijarska wersja ks. Mateusza i inne e-SProwincjałki

styczeń 7, 2009

Przeczytałam właśnie swój wczorajszy wpis: ale grafomania… Ale nie wykasuję, niech zostanie na wieczny wstyd i przykład, jak pisać nie należy :)

Dziś sporo się dzieje w pijarskiej e-sferze. Przede wszystkim:

KWARTALNIK MOŻNA NABYĆ W FORMIE ELEKTRONICZNEJ I MOŻNA TO ZROBIĆ POD TYM ADRESEM 

Cieszy mnie to bardzo. Bardzo mnie cieszy.  Czy już wspomniałam, że jestem z tego powodu bardzo ucieszona?

:D

Następna e-SProwincjałka związana jest z tym oto adresem:

http://powolaniowy.blogspot.com/

Jest to dzieło ojców zajmujących się duszpasterstwem SPowołaniowym, ale clue programu w tym wypadku stanowi nie tyle (niewątpliwie cenna) idea przewodnia bloga, co zdjęcie jednego z autorów. Otóż padre Abramowicz wyszedł na nim jak, nieprzymierzając, ks. Mateusz z coraz popularniejszego ostatnimi czasy serialu w TVP 2.  Zajrzyjcie i podziwiajcie! Tak na marginesie – patrząc na zdjęcia Trzech Dzielnych wieszczę gwałtowny wzrost żeńskich powołań do życia charyzmatem kalasantyńskim, hehe.

I na koniec cytat z doniesienia niezwiązanego z SP, ale mieszczącego sie w charyzmacie zakonu:

 ”Szkoła podstawowa Watercliffe Meadow w Sheffield przejdzie do historii jako prekursor “epokowego eksperymentu edukacyjnego”. Począwszy od zbliżającego się poniedziałku, w ramach programu o nazwie “doświadczenie edukacyjne” (brytyjscy podatnicy wyłożyli nań 6 milionów funtów!) szkoła przestaje oficjalnie nazywać się szkołą i dumnie przybiera nową nazwę “miejsca nauki” (“place for learning”). (…) Organizacja wskazuje na inne politycznie poprawne pomysły wprowadzone do powszechnego użytku, takie jak nazwanie nauczycieli – “nawigatorami wiedzy” (“knowledge navigators”), bibliotek – “sklepami idei” (“idea stores”) czy szkolnych kucharek – “asystentkami produkcji w edukacyjnym centrum żywnościowym (“education centre nourishment production assistant”).”

Chyba ktos się naczytał Lewisa a dokładnie uległ gwałtownej inspiracji pierwszym rozdziałem “Srebrnego krzesła”. Wszystko przez pisarzy… :D

I z plotek to narazie tyle, wpis będzie aktualizowany w miare napływu informacji…