Posty oznaczone jako ‘kuria’

h1

Najazd Sono-Wandali

wrzesień 25, 2007

Rok Pański 2007.

Zaczęło się pozornie niewinnie – jak co roku po korytarzach domu Księży Pijarów zaczęły przemykać niskie postacie, w większości zakapturzone i zaopatrzone w metaliczne zatyczki do uszu podłączone czarnymi sznureczkami do korpusu. Gdyby skończyło się na przemykaniu… Wkrótce okazało się, że te małe istoty stanowią istotne zagrożenie a ich bronią jest głos. O nieszczęsny wrześniu! Gdzież jest cisza? Gdzie skupienie zakonnego domu? Bezpowrotnie zniszczone opętańczymi wrzaskami dochodzącymi z pobliża świetlicy odeszłyście w zapomnienie…

Jeszcze jeden dzień tych wrzasków i ktoś marnie zginie. Nie będę miała litości i przezornie zapomnę w dzikim szale o przykazaniu miłosierdzia. Jakem redaktor naczelna – będzie się słał trup! I to gęsto…

h1

“Cierpliwość jest cechą ludzi wielkich”

wrzesień 14, 2007

To fraza, którą mnie częstuje rzecznik kurii krakowskiej od kilku tygodni. Ale co ma poradzić ktoś, kto jest niewielki (przynajmniej duchowo)? I ma terminy na karku? I któremu bardzo zależy na tekście?…

Już zaczynam snuć podstępne plany porwania, wymuszenia, żebrania o litość lub innych, podobnych atrakcji. Zdaję sobie sprawę, że Ksiądz Kardynał jest człowiekiem zajętym, ale ja potrzebuję tylko 15 minut. Naprawdę tylko kwadrans!!!

Ale Ksiądz Rzecznik mi nie wierzy, bo poprzedni starający się o wywiad też potrzebowali tylko chwilę a siedzieli zwykle długo. No i tak oto płacę za mijanie się z prawdą moich poprzedników. Jakie to życie mściwe jest. Okropność.

h1

Wycieczka

sierpień 23, 2007

Dzis jeździłam sauną. Nawet kilkoma. Niestety, wrażenia niezbyt przyjemne, choć obawiam się, że będę musiała jeszcze podobnym cudem techniki dojechać do domu. Mam tylko nadzieję, że nie będzie w nim pana/i o ekologicznym zapachu, jaki wydziela dość obfite ciało nie myte od zeszłych wakacji. Jedno takie spotkanie na dzień wystarczy. Zdecydowanie.

Moje wycieczkowe zapędy to wynik pracy nad pdf-em: przyszedł, został wydrukowany i pojechał do korekty. Gdyby nie dosłownie DEADline’owe terminy, pewnie siedziałabym w przyjemnym (ciekawe, jakie wrażenie wywrze na mnie to zdanie, jak je przeczytam w zimie…) chłodku kurii prowincjalnej i kpiła z poziomu higieny społeczeństwa. Cóż, właściwa motywacja jest w stanie czynić cuda…

Dzięki tej brawurowej podróży istnieje duże prawdopodobieństwo, że w poniedziałek pdf po korekcie trafi do Asi i w poniedziałek 3 września wyląduje na ftp-ie drukarni. To by znaczyło, że numer ukaże się w wyznaczonym terminie. Ale bym była szczęśliwa :) Widok miny WAK-a – bezcenne…

Oj, złośliwa jestem :/

A, i jeszcze niewyczerpane źródło mojej dzisiejszej euforii z lekka zaledwie przyduszonej ekologią – Szymon Hołownia napisze dla kwartalnika tekst o mediach! A abp Kazimierz Nycz już udzielił nam wywiadu :) Jeszcze tylko kuria krakowska i będziemy z numerem o władzy w domu, czyli prawie gotowi.

Życie czasem potrafi być takie piękne…

h1

Biuro po remoncie, czyli odlot za darmo

sierpień 21, 2007

Bo też czuć rozpuszczalnikiem i klejami, aż miło. Czekam, kiedy zacznę widzieć białe myszki, latające szczurki i sylwetka pani Eli siedzącej przy biurku naprzeciwko zacznie falować i wyginać się, jak w gabinecie krzywych luster. Póki co, tylko głowa boli.

A przede wszystkim to biuro jest teraz bardzo, bardzo: jasne, wygodne i zachęcające do pracy. Sympatycznie się tu zrobiło, nie da się ukryć. Zwłaszcza, że sympatyczność miejsca zwiększają unoszące się w powietrzu związki chemiczne. Ciekawe, co będzie, jak już się tu wywietrzy :D

h1

Wizyta w pałacu

sierpień 1, 2007

Najpierw jest przestronna brama, jedna z obecnie najczęściej fotografowanych w Krakowie, potem Pan Portier. Macha ręką tłumacząc, że należy skręcić w ten korytarz, potem klatką schodową na pierwsze piętro i “wejść w te drzwi naprzeciwko”.
Biorę głęboki oddech, przecież byłam tu nie raz, poza tym twarda kobieta jestem, co mam się dać odstraszyć. Idę. Zwłaszcza, że nikt mnie nie straszy – nawet Pan Portier nie dopytuje sie o personalia, bo mnie kojarzy.
Klatka schodowa piękna: szerokie schody z niskimi i dodatkowo jeszcze wydeptanymi stopniami. Pary mosiężnych kółeczek są niepodważalnym dowodem, że kiedyś leżał tu chodnik.
Pewnie czerwony.
I pewnie chodzili po nim purpuraci, panie w krynolinach, panowie we frakach i cylindrach. Chodzili i podziwiali portrety, płaskorzeźby, sklepienia i marmury. No i jest pierwsze piętro. Tylko jak tam się wchodzi? Tak po prostu? Nie jestem umówiona i czuję jak drewnieją mi nogi, oraz zaciska się gardło. No nic – będę mówiła niskim, zmysłowym głosem z charakterystyczną chrypką. Louis Armstrong wysiada.
Z opresji ratuje mnie sercanka z sekretariatu – pokazuje dzwonek a nawet go naciska. Drzwi otwiera starszy, elegancki pan: “Czy była pani umówiona?” Zeznaję prawdę, że nie, ale na szczęście i tak zostaję wpuszczona.
Amfiladowy układ wysokich, przestronnych pokoi, które dodatkowo optycznie powiększa minimalna ilość mebli, wbija w oficjalność i przytłacza. Czuję się lekko nie na miejscu z moim lekko nieformalnym strojem, zwłaszcza, że za moimi plecami siedzą dwie panie z pełnym makijażem i w “mundurkach”: koszulowa bluzka, marynarka, półdługa spódnica (staram się nie mysleć o moich rybaczkach – na szczęście przynajmniej ich długość jest kanoniczna :) )
Tak więc jest pierwszy pokój (Starszy, Elegancki Pan), potem drugi pokój (Ksiądz Sekretarz Księdza Kardynała), potem jeszcze jeden pokój i z niego wchodzi się już do gabinetu (Ksiądz Kardynał). Uff.
Moja pielgrzymka miała za cel pokój drugi: siedząc w pierwszym na wyściełanym krześle (orginalny XVIII wiek? XIX-wieczny eklektyzm?) widziałam następne pomieszczenie – dużo pustej przestrzeni i biurko Księdza Sekretarza wpasowane pod przeciwległą ścianę. Trzeba mieć dużo samozaparcia i zimnej krwi, żeby spokojnie pokonać ten dystans. Dystans w każdym sensie tego słowa.
No cóż, bezczelność bywa przydatna w życiu – po chwili siedziałam już przed biurkiem. Trzy komórki, laptop, kalendarz o sporej powierzchni (“Nie, dziesiątego to już niemożliwe. Szósty? Może być, ale wtedy ksiądz kardynał…” – szybka notatka ołówkiem).
Wreszcie moje pięć minut. Niestety, nie udało się ustalić terminu od razu, bo o to trzeba prosić Księdza Rzecznika (urlop do 10.). Ale mogę się powołać na rozmowę z Księdzem Sekretarzem. Dostaję kartkę z numerem telefonu i adresem mailowym. Jeszcze chwila rozmowy na temat przygotowywanego numeru i już następna osoba wchodzi z wizytą. Za mną zamykają się solidne drzwi i czuję ulgę.
Wizytę w kurii moge już wykreślić z terminarza jako odbytą. Nie cierpię instytucji…
Wiem, że są potrzebne, ale nie cierpię instytucji…
A niech to, przecież w tym miesiącu jeszcze mnie czeka wizyta w kurii w Warszawie!
Panie, wiedziałam, że jestem grzeszna, ale, że aż tak?!