Najpierw jest przestronna brama, jedna z obecnie najczęściej fotografowanych w Krakowie, potem Pan Portier. Macha ręką tłumacząc, że należy skręcić w ten korytarz, potem klatką schodową na pierwsze piętro i “wejść w te drzwi naprzeciwko”.
Biorę głęboki oddech, przecież byłam tu nie raz, poza tym twarda kobieta jestem, co mam się dać odstraszyć. Idę. Zwłaszcza, że nikt mnie nie straszy – nawet Pan Portier nie dopytuje sie o personalia, bo mnie kojarzy.
Klatka schodowa piękna: szerokie schody z niskimi i dodatkowo jeszcze wydeptanymi stopniami. Pary mosiężnych kółeczek są niepodważalnym dowodem, że kiedyś leżał tu chodnik.
Pewnie czerwony.
I pewnie chodzili po nim purpuraci, panie w krynolinach, panowie we frakach i cylindrach. Chodzili i podziwiali portrety, płaskorzeźby, sklepienia i marmury. No i jest pierwsze piętro. Tylko jak tam się wchodzi? Tak po prostu? Nie jestem umówiona i czuję jak drewnieją mi nogi, oraz zaciska się gardło. No nic – będę mówiła niskim, zmysłowym głosem z charakterystyczną chrypką. Louis Armstrong wysiada.
Z opresji ratuje mnie sercanka z sekretariatu – pokazuje dzwonek a nawet go naciska. Drzwi otwiera starszy, elegancki pan: “Czy była pani umówiona?” Zeznaję prawdę, że nie, ale na szczęście i tak zostaję wpuszczona.
Amfiladowy układ wysokich, przestronnych pokoi, które dodatkowo optycznie powiększa minimalna ilość mebli, wbija w oficjalność i przytłacza. Czuję się lekko nie na miejscu z moim lekko nieformalnym strojem, zwłaszcza, że za moimi plecami siedzą dwie panie z pełnym makijażem i w “mundurkach”: koszulowa bluzka, marynarka, półdługa spódnica (staram się nie mysleć o moich rybaczkach – na szczęście przynajmniej ich długość jest kanoniczna
)
Tak więc jest pierwszy pokój (Starszy, Elegancki Pan), potem drugi pokój (Ksiądz Sekretarz Księdza Kardynała), potem jeszcze jeden pokój i z niego wchodzi się już do gabinetu (Ksiądz Kardynał). Uff.
Moja pielgrzymka miała za cel pokój drugi: siedząc w pierwszym na wyściełanym krześle (orginalny XVIII wiek? XIX-wieczny eklektyzm?) widziałam następne pomieszczenie – dużo pustej przestrzeni i biurko Księdza Sekretarza wpasowane pod przeciwległą ścianę. Trzeba mieć dużo samozaparcia i zimnej krwi, żeby spokojnie pokonać ten dystans. Dystans w każdym sensie tego słowa.
No cóż, bezczelność bywa przydatna w życiu – po chwili siedziałam już przed biurkiem. Trzy komórki, laptop, kalendarz o sporej powierzchni (“Nie, dziesiątego to już niemożliwe. Szósty? Może być, ale wtedy ksiądz kardynał…” – szybka notatka ołówkiem).
Wreszcie moje pięć minut. Niestety, nie udało się ustalić terminu od razu, bo o to trzeba prosić Księdza Rzecznika (urlop do 10.). Ale mogę się powołać na rozmowę z Księdzem Sekretarzem. Dostaję kartkę z numerem telefonu i adresem mailowym. Jeszcze chwila rozmowy na temat przygotowywanego numeru i już następna osoba wchodzi z wizytą. Za mną zamykają się solidne drzwi i czuję ulgę.
Wizytę w kurii moge już wykreślić z terminarza jako odbytą. Nie cierpię instytucji…
Wiem, że są potrzebne, ale nie cierpię instytucji…
A niech to, przecież w tym miesiącu jeszcze mnie czeka wizyta w kurii w Warszawie!
Panie, wiedziałam, że jestem grzeszna, ale, że aż tak?!