Archiwa tagu: książki

Wpis zlecony II

bo ten konkurs, w którym bierze udział “Filotea 2.1″ jest dwuetapowy. Między innymi dzięki Waszym głosom książka wygrała (tak, tak, była na I miejscu – bardzo dziękuję za zaufanie! ) pierwszy etap. Więc jeszcze raz proszę o Wasze głosy, tym razem w drugim etapie. Polecam Waszej uwadze także “Katarzynę ze Sieny” (świetna biografia i pisze to wcale nie dlatego, że to eSPe wydało).

LINK DO STRONY KONKURSOWEJ

a tu raz jeszcze okładka :)

Z góry dziękuję!


Wpis zlecony

…czyli dział promocji eSPe oraz autorka proszą o głos w konkursie na książkę na lato :) Wiem, że “Filotea” ma na tym blogu swoich zagorzałych fanów oraz czytaczy omijających ją wzrokiem (co nie ma wpływu na moja sympatię do obu grup), więc przepraszając drugich proszę fanów o zagłosowanie na Filoteę w wersji książkowej w konkursie wortalu granice.pl – tutaj jest link

Z góry serdecznie dziękuję! Książka na rynku ukaże się w przyszłym tygodniu :)

Okładka Filotei wygląda tak:

 


Witkowski postinteligent

Był sobie modernizm. Zakładał czystość formy, podporządkowanie jej doskonale funkcji. Nieco kanciasty, darzący niesłabnącym uwielbieniem moduł kwadratu, ale gdzieś tam w swojej największej głębi sięgający pragnienia służenia człowiekowi, nawet jeśli to posługa z gatunku tych generujących u obsługiwanych zaszczuty wyraz twarzy. Perfekcja, powtarzalność motywu, ład i żelazny uścisk reguł.

Naukowość i przekonanie o nieomylności, skoro tak perfekcyjnie przemyśleliśmy metodę.

A potem wyrosło pokolenie, które ze szczerością podrostka wrzasnęło: “Nauka też popełnia błędy!”, wywaliło język i wzgardziło wszelkimi wymaganiami. I tak (z grubsza) narodził się postmodernizm, coś w rodzaju jemioły żerującej na dorobku formalnym i merytorycznym wypracowanym przez poprzedników.

I jak w poprzedniej epoce mieliśmy inteligentów, to teraz mamy postinteligentów. A w zasadzie zamiast inteligencji – postinteligencję. Interpretację terminu pozostawiam inwencji czytających.

Dziś natknęłam się na felieton Michała Witkowskiego. Przestawiciel pokolenia cierpiącego na postinteligencję. Po przeczytaniu notki “Wyznania mamone” doszłam do wniosku, że głównym objawem tej postawy jest nieustanne mruganie okiem. Tik taki. Byle nie stanąć po żadnej stronie, albo stanąć tak, żeby nie stanąć,  szermując stereotypami, kpiąc ze wszystkich, z tym, że z niektórych bardziej, ale jakby nie bardziej, bo przecież to tylko stereotyp a my wolni, nieskrępowani żadnymi zasadami, tak gramy, gramy, bawimy się a w tle szumnie przepływa strumień świadomości, nieskrępowany, o nie, niczym, piszemy, wyrzucamy z siebie kolejne zdania i skojarzenia, och, jakże jesteśmy genialni i spostrzegawczy i wspaniali (halo, czy ktoś nas czyta i widzi jacy jestesmy wspaniali i nie do przyłapania w temacie braku tematu?).

Ale jakby to odcedzić, to jest w zasadzie o Garfieldzie. Z tego rysunku pt. “I wasn’t alone. There were three of us: I, me and myself”.

Nie ma się czym martwić, mamusi z pewnością się i tak spodoba. Tylko czemu jeszcze narażać na lekturę tego inne, zupełnie niewinne osoby?


Tradi-cytat z heretyka

Podobno Tolkien z iście katolickim uporem próbowal namówić C.S. Lewisa na pożegnanie się z anglikanizmem, ten jednak pozostał do końca życia w swoim rodzinnym Kościele. Co jednak w żaden sposób nie odbiera wartości jego apologetyce chrześcijaństwa i uwagom na temat życia duchowego – w końcu był wierny swojemu sumieniu, pozostając anglikaninem. Dlatego też teraz będzie piękny cytacik z “O modlitwie”:

“Każda nowinka sama w sobie służy jedynie rozrywce. A parafianie raczej nie szukają w kościele rozrywki. Chodzą tam, by skorzystać z nabożeństwa lub, jeśli tak wolisz, by je odtworzyć. Każde nabożeństwo jest zbudowane z gestów i słów, przez które otrzymujemy sakrament albo wyrażamy skruchę, albo błagamy, albo wielbimy Boga. Jego forma pomaga nam w tym najbardziej – czy też po prostu najlepiej “działa” – kiedy znamy ja tak dobrze, że nie musimy o niej myśleć. Dopóki skupiasz się na krokach i musisz je liczyć, nie tańczysz naprawdę, a dopiero uczysz się tańca. Dobry but to taki, którego wogóle nie czujesz na stopie. Dobra lektura jest naprawdę dobra, jeśli nie rozprasza cię oświetlenie, czcionka ani pisownia. Nabożeństwo byłoby doskonałe, gdybyśmy pozostawali go prawie nieświadomi; wtedy moglibyśmy skupić się jedynie na Bogu.

Uniemożliwiają to właśnie rozmaite nowinki. Musimy przez nie koncentrować się na liturgii jako takiej, a myślenie o praktykach religijnych to nie to samo, co praktykowanie”.

Jak widać Duch tchnie, kędy chce, a Lewis mym nieskromnym zdaniem dawno już opuścił szarości czyśćca i cieszy się z obecności Pana. Bo trzeba przyznać, że jak na anglikanina, to miał bardzo katolickie intuicje.

Co ciekawe, pisze też coś następującego:

“Co prawda ów ‘niepokój liturgiczny’ nie dotyczy jedynie anglikanów; słyszałem katolików skarżących się na to samo”.
Suprise, suprise – te słowa zostały napisane przed zakończeniem II Soboru Watykańskiego (C. S. zmarł w 1963 roku). Może miał kontakt z jakimś nowatorami, a może rozbicie mszy na duchowość liturgiczną prezbiterium i duchowość paraliturgiczną nawy miało też efekty uboczne w postaci zagubienia wiernych? Trzeba by pogrzebać w źródłach. W każdym razie – ciekawe.


Targi

Ano były targi książki, były. Jak zwykle duszno, tłumnie a na stoisku Znaku nawet ochroniarze, bo po zeszłorocznej heroicznej obronie nienaruszalności cielesnej Szymona Hołowni, w tym roku przedstawicielka działu marketingu wolała już nie ryzykować. Stało takich pięciu dużych panów z “makaronem” wystającym z uszu i tworzyło stabilny kordon odgradzający formująca się już godzinę przed zapowiadanym podpisywaniem książek kolejkę. Udało mi się przedostać po znajomości, uścisłam smukłe palce, które wystukały na klawiaturze tak pożądaną przez tłumy pozycję książkową, ale pogadać dłużej jak zwykle czasu nie było. Miło było tez poznać współautora “Bóg, kasa i rock’n'roll”. Marcina Prokopa, znaczy się.

A jak już podkreśliłam swe obycie w świecie celebrytów, mogę wrócić do mojego ukochanego nurkowania w niszach. Mmmmm, ale było wypaśnie. Zasłyszałam nieco plotek o planach wydawniczych, ale nie mogę ich zdradzić, choć smakowite. Od wydawnictwa “W drodze” wyłudziłam bajki o. Marcina Jelenia i ostrzegam – z pewnością jeszcze o nich napiszę. Pięknie wydane, bo tego warte, i zdecydowanie moge przyklasnąć znaczkowi serii na okładce – Czytajcie Jelenia! Czytajcie, do jasnej… i może tu zakończę moją parafrazę wiersza Gałczyńskiego :) Co by nie gorszyć i złych skojarzeń z bajkami nie tworzyć.

Ponadto odebrałam wygrane “Życie w listach” Tomasza Mertona – to na dłuższe posiedzenie, pięknie wydane, twarda okładka w obwolucie, lekki papier. Ogólnie na rynku jest wiele pięknych książek i nie mam tu na myśli błyszczących kredą albumów, ale na przykład dopieszczone graficznie publikacje “Esprit’u” (kupiłam u nich kolejnego lewisa – “O modlitwie. Listy do Malkolma”, a Piotr mało co, a namówiłby mnie na Pagnola, ale heroicznie zwiałam ze stoiska) czy “słowo, obraz/terytoria” z Gdańska. Seria, w której wyszła m.in. książka Agnieszki Tomasik o Kijowskim, to prawdziwe dzieło sztuki.

Nadto od Moniki dostałam książkę o Ojcach Pustyni ks. Starowieyskiego, za piątkę weszłam w posiadanie publikacji po sesji naukowej o judeochrześcijaństwie i uwieńczyłam wszystko kupnem kalendarza. Ufff.

Cały ocean książek. W takim stężeniu pozostawia wrażenie, że nic nowego napisać się już nie da, że rynek jest już zalany całkowicie. A co roku pojawiają się nowi autorzy i nowe pozycje. I wciąż jest całe mnóstwo tych, kórzy chcą czytać, nawet jeśli coraz więcej z nich używa do tego czytnika e-booka. Nad wejściem do księgarń chyba powinno wisieć ostrzeżenie: “Uwaga! Używanie wyobraźni uzależnia!” :)


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 425 other followers