Na początek małe zastrzeżenie: nie uważam celibatu księży za dogmat, co więcej – uważam, że jest możliwy taki scenariusz, że Kościół powróci do święcenia żonatych mężczyzn (bo tak de facto wyglądałoby zniesienie wymogu celibatu). Jednoczesnie uważam, że celibatariusze są bardzo ważną częścią Kościoła i nie tylko dlatego, że sama do nich się zaliczam.
W dzisiejszej Rzepie można przeczytać alarmujący raport mówiący o tym, iż w Hiszpanii co 5 ksiądz jest żonaty (ślub cywilny) a pomimo to sprawuje sakramenty. Episkopat przymyka na to oko, bo brakuje kapłanów. Jak to mawiają: z braku laku starczy kit. Oczywiscie jest to dobry punkt startu do rozpętania dyskusji o sensowności celibatu, jego “szkodliwości” i innych takich.
Nie chcę w to wchodzić.
Po lekturze tego tekstu przyszła mi do głowy inna refleksja: kiedyś chrześcijanie zadawali sobie pytanie “Co jeszcze mogę zrobić dla Jezusa? Co jeszcze Mu oddać? Jak życ, by jak najlepiej Mu służyć?” Teraz wydają się pytać: “Który z zakazów mogę uchylić a mimo to jeszcze załapać się na bycie chrześcijaninem? Jak duży może być ogarek dla świata/diabła, żeby nie przyćmił świecy dla Boga?” Myślę, że ta zmiana wypływa głównie z utraty żywej więzi z Chrystusem i utraty wrażliwości na wspólnotę. Rozpaczliwie jesteśmy osamotnieni, jednak lęk przed bliskością innych okazuje się być silniejszy. Innych, a więc i Boga. I gdzieś w tym szukaniu po omacku źródła siły wchodzimy w bezpieczne, bo przez pokolenia przećwiczone schematy: małżonek, dzieci, dobra materialne. Żeby poczucć się kimś, żeby poczuć się bezpiecznie. Żeby nie musieć się zmieniać i rozwijać, bo strach pomysleć przez co trzeba będzie przejść.
Strach to olbrzymia siła. Szatan o tym wie, dlatego tak często się nim posługuje.




