Posty oznaczone jako ‘film’

h1

Jak już pisałam, lubię Ridleya Scotta

sierpień 1, 2009

m. in. za ten film:

Myśl o tym, że dziś wieczorkiem  obejrzę go sobie w doborowym lemparcim towarzystwie, działa stanowczo ożywczo :)

h1

O odróżnianiu mężczyzny od chłopca

lipiec 23, 2009

Odświeżyłam sobie właśnie “Cienistą dolinę” (Shadowlands) – film oparty na fragmencie biografii C. S. Lewisa. Uderzyło mnie kilka ostatnich zdań w tym filmie:

Dlaczego miłość skoro utrata tak bardzo boli? (…) Dwa razy w tym życiu dano mi wybór – kiedy byłem chłopcem i kiedy byłem mężczyzną. Chłopiec wybrał bezpieczeństwo, mężczyzna wybiera cierpienie.

Tak, myślę, że to dobre kryterium rozróżniania między chłopcami i mężczyznami – mężczyzna wybierze miłość, nawet jeśli jest świadomy związanego z nią cierpienia utraty. Chłopiec zawsze będzie szukał poczucia bezpieczeństwa.

Chłopiec całe życie będzie się bał.

Dopóki nie stanie się, poprzez swoje wybory, mężczyzną.

A tu na zachętę zwiastun tego świetnego filmu:


h1

“Narzeczony mimo woli”, reż. Anne Fletcher

czerwiec 27, 2009

Narzeczony mimo woli

Wczoraj śmiał się  Abraham, dziś Sara (wesoła para swoją drogą, nie sądzicie?), więc ja w ramach podtrzymania nastroju poszłam na komedię romantyczną. Nie ukrywam, że Sandra Bullock w jednej z głównych ról też była dla mnie mocnym argumentem – od obejrzenia (pierwszy raz, bo film powtarzam sobie sukcesywnie) “28 dni” mam głęboki sentyment do gry tej pani.

Zgrane chwyty? A i owszem :) Typowo amerykański styl gry aktorskiej? Nie da się zaprzeczyć :) Zachowanie schematu i estetyki? Jak najbardziej :)

A i tak było fajnie! Miło było popatrzeć, jak ktoś unikający związku, bo tak wygodniej, okazuje się mieć więcej potrzeb, niż przypuszczał. Ponadto Bullock nie gra samej siebie a  Ryan Reynolds (rola tytułowa) pozostaje w pamięci nie tylko z racji ładnie umięśnionej klatki piersiowej (którą raczej trudno przeoczyć, bo montażysta zadbał o to, aby pojawiła się kilkakrotnie i w dość długich ujęciach). W pamięci zostanie mi mina głównego bohatera tuż przed momentem, kiedy dowie sie, że jest narzeczonym swojej szefowej. Przeczucie, że za chwilę będzie miał problem, po prostu wykwita na jego twarzy. Genialne :) Dobrze, dodam dla uczciwości, że sceny irytacji wychodzą mu zdecydowanie mdło. Siakoś brak mu kontaktu z wewnętrzną agresją, hehe.

Streszczać filmu nie będę, ale jedno napiszę – masz zły dzień? Chcesz się pośmiać? Lubisz ładne widoczki z Alaski?

To przejdź się na ten film. Albo poczekaj na jego wersję na DVD, bo kino w tym przypadku to dla zdesperowanych przedurlopowo :)

h1

Sprzedawcy złudzeń

czerwiec 17, 2009

Sprzedawca marzeń w filmie Giuseppe Tornatore (“Sprzedawca marzeń”) to postać niejednoznaczna. Podróżuje po Włoszech, przez które właśnie skończyła się przetaczać II wojna światowa, i żyje z oszustwa. Polega ono na wmawianiu ludziom, że szuka aktorów do filmu i kręci, wciąż na tych samych taśmach, kolejne osoby, które mu słono za to płacą. To, co nabywają, to nie jest jednak realną szansą a jedynie marzeniem, że kiedyś, ktoś przyjedzie na ich zapadłą prowincję i powie, że otwiera się przed nimi kariera aktorska. Z drugiej strony sprzedawca sam bywa oszukiwany a kiedy wreszcie spotyka miłość, która wydaje się być szansą na początek dobrego życia, zostaje schwytany i osadzony w więzieniu. Towar, którym handluje, okazuje sie być chodliwy – marzenia dają siłę do zmiany lub dają siłę płynącą z nadziei na zmianę.

Ile razy przechodzę przez galerie handlowe, biorę do ręki kolorowy magazyn albo włączam telewizor, mam wrażenie, że zawód: sprzedawca marzeń został oficjalnie wpisany na liste zawodów w Polsce, tylko nosi inne nazwy – specjalista od marketingu, specjalista od PR, specjalista od reklamy. Sprzedaje się nam złudzenia, gigantyczną liczbę złudzeń. I my to kupujemy, często specjalnie płacąc więcej za towar, tylko po to, żeby kupić dołączone do niego marzenie: będziesz piekniejsza, bez zmarszczek, bez celulitisu. Wszyscy będą ci zazdrościć takiego auta, aparatu fotograficznego, sprzętu sportowego. Czy też marzenia dla tych z najmniejszymi aspiracjami – tu kupisz najtaniej a dzięki temu więcej.

O ile ten typ handlu łatwo jest zauważyć w sferze przedmiotów, to sytuacja staje się o wiele bardziej mglista, kiedy w grę wchodzą relacje między ludźmi. Tu też można handlować marzeniami: obiecując, sugerując, rozpoznając klienta i dając mu na początek małą porcyjkę tego, co jest zgodne z jego/jej oczekiwaniami i wycofując się na z góry upatrzone pozycje. I tak mozna bujać się do śmierci, jest to zresztą jedna ze sztuczek NLP: jak “ofiara” urywa się ze sznurka to dac cos miłego, a potem można traktować z buta. Po pewnym czasie druga osoba nawet nie zauważy, że okresy dystansu są o wiele dłuższe od chwil otrzymywania dobra. Jesli jest podatna na wpływ, niepewna swojej wartości i na dodatek lojalna, będzie w tym tkwiła. Nie daj Boże, jak jeszcze ma tendencje do autoagresji. Kupi marzenie i nim się zatruje. Zapłaci za ciastko, którego nigdy go nie zje.

O ile w świecie przedmiotów przed zostaniem ofiarą ratuje nas zachowanie świadomości, że to tylko gra, z której mogę zrezygnowac w każdej chwili, to w świecie relacji taka postawa byłaby cyniczna. Tu rozwiąznie jest inne: każda relacja dochodzi do ściany – próby, która potwierdzi wartośc tej relacji albo odsłoni jej pustkę. Trzeba relację poddać próbie. Nie cynicznie, ale wejść w konfrontację w chwili kryzysu. To kosztuje, ale prawda jest warta tej ceny.

h1

“Księżna”, reż. Saul Dibb.

styczeń 23, 2009

ksiezna1

Film oparty na biografii realnej postaci historycznej – księżnej Georgiany Cavendish, żony księcia Devonshire. Historyczny pierwowzór to była kobieta zaangażowana politycznie i społecznie, której salon był jednem z centrów kultury w ówczesnej Anglii. W filmie to dziewczę, które owszem szuka w polityce i na salonach powodzenia, ale jedynie dlatego, że tak odreagowuje nieudany związek z wiele starszym księciem. Przynajmniej takie można odnieść wrażenie. Od strony scenografii i zdjęć film jest zrealizowany rewelacyjnie, można np. kreacja po kreacji śledzić ewolucję w strojach damskich drugiej połowy XVIII w. Świetnie też gra Ralph Fiennes, zbudowana przez niego postać konserwatywnego, wręcz ograniczonego na pierwszy rzut oka człowieka jest bardzo spójna. Owszem, jest oschły i czasami wręcz okrutny wobec żony, ale jak sam mówi: “Wbrew pozorom moje działanie jest zawsze celowe”. Jego małżeństwo jest chłodno skalkulowanym interesem, umową prawną. Nie kocha żony (przez większość życia mieszka z nimi jego kochanka i utrzymuje on jej dzieci z pierwszego związku), oczekuje od niej jedynie, że da mu syna i jeśli będzie miała kochanka, to dyskretnie, aby ten romans go nie ośmieszał w oczach innych ludzi. I byłby to straszliwie odpychający człowiek, gdyby nie scena, w której po trudnej rozmowie z żoną podchodzi do okna i patrząc na bawiące się w ogrodzie dzieci mówi: “Wspaniale byłoby choć przez chwilę być wolnym jak one” W głosie księcia jest wtedy wielka tęsknota i nagle uraza do niego gdzieś znika. Owszem, podjął się wypełnienia roli narzuconej mu przez otoczenie, ale on też pod tą maską nie jest szczęśliwy.

W porównaniu z Ralphem Fiennesem Keira Knightley gra płasko, odtwarzana przez nią postać nie przekonuje, choć rzeczywiście jej życie jest dramatyczne. Wciąż nie potrafi doskoczyć do poziomu, który jej wyznaczono a o jej mężu mawia się, że jest jedyną osobą w Londynie, która jej nie kocha. Grzeczna córeczka, pytająca mamy jak ma postępować z mężem i dająca się manipulować, bo zgadzająca się na wszystko, czego chce otoczenie. To, że prawo stało po stronie jej męża, też nie jest przekonującym argumentem: postać ta przypomina bardziej szmacianą lalkę niż żywą kobietę. Nawet jej romans z Greyem jest nieprzekonujący, jakby była małym dzieckiem, które stara się zwrócic na siebie uwage dorosłych. Domyślam się, że w założeniu scnarzysty miał to byc film o za dobrej kobiecie, tymczasem efekt ostateczny sprawia wrażenie pozłacanej wycinanki.

Można obejrzeć w wersji DVD, do kina warto pójść jedynie jeśli ktoś lubi Keirę Knightley.