Archiwa tagu: film

Boski Frodo

Tę scenę zawsze przewijam, albo wyłączam swój odbiór, jeśli przewinięcie jest niemożliwe. Frodo i Sam trafiają w ręce Faramira i ten stawia Froda przed decyzją: albo ułatwi jego ludziom schwytanie Smeagola, albo ten zostanie zastrzelony przez łuczników.

Smeagol, nieświadomy swojej sytuacji, właśnie złowił rybę i radośnie świętuje fakt, że kilka dni wcześniej odpędził swoją mroczną stronę – Golluma – i uczy się zaufania swojemu panu. Znów stał się dzieckiem, otwartym i uczynnym, bo znalazł kogoś, komu może się powierzyć. Jest tak pięknie. Wtedy słyszy wołający go głos Froda, biegnie do niego i nagle zostaje schwytany. Ten, któremu po tylu latach udręki samotności zaufał, okazał się zdrajcą. Więc jednak Gollum miał rację, nikomu poza sobą samym nie wolno ufać. Trzeba się samemu sobą zaopiekować.

Cały dramat polega na tym, że Frodo go nie zdradził, ale uratował życie. Jednak w oczach swojego podopiecznego jest zdrajcą; nic tak skutecznie nie zatrzaskuje raz na zawsze poranionego serca, które znów odzyskało nadzieję na przyjaźń i bliskość, jak naruszenie zaufania. I niestety nie ma innej metody pedagogicznej nauczenia zaufania, jak przejście przez jego próbę.

Myślę, że to dobry obraz tego, co często dzieje się w relacji między nami a Bogiem. Pasuje też częściowo do czytanej w tym tygodniu w pierwszych czytaniach Księgi Hioba.

Bóg jest jak Frodo: widzi dalej i więcej. Często pozwala, żeby dotknęło nas cierpienie, bo weszliśmy gdzieś, gdzie nas być nie powinno; bo nasze decyzje zaprowadziły nas na ścieżki prowadzące ku samozniszczeniu. Robi to mając świadomość, że możemy go odepchnąć i stracić zaufanie, jak Smeagol. Ryzykuje, bo widzi w tym dla nas szansę na życie.

I bardzo często my Go za te decyzje oskarżamy i odmawiamy Mu swojego zaufania. Dobrze jest wtedy wykrzyczeć Mu w twarz nasz ból, rozpłakać się, wylać z serca gorycz – to samo zresztą robi Hiob. Najgorsze z możliwych rozwiązań, to “ciche dni” lub udawanie, że przecież nic, w ogóle i święci jesteśmy. Wyplucie z siebie gniewu pozwala dojść do etapu, kiedy zaczyna się słuchanie drugiej strony. A potem siebie. I znów drugiej strony. A na koniec spisanie protokołu rozbieżności, jeśli to konieczne.

Co nie zmienia faktu, że nie lubię tej sceny we “Władcy Pierścieni”. Jej realizm boli.


“Ja, don Giovanni”, reż. Carlos Saura

Nie wiadomo: film li to czy opera? Bo scenografia jest operowa i to nawiązująca do scenografii z epoki (czyli XVIII w., ale i to nie zawsze, bo wtedy tła malowano a nie wykonywano w technice druku wielkoformatowego). Muzyka, sen, doświadczenia przeplatają się w tym filmie i od znaczeń jest aż gęsto. Jest symboliczny w głębokim znaczeniu tego słowa czyt. wiążący. Bo symbol oznacza złożenie, połączenie, a na dalszym planie także uznanie praw i rozpoznanie jako przyjaciela czy współbrata. A ten film jest związany z wielu planów i poziomów. Tak, podobało mi się to :)

Purystów duchowych może od filmu cofnąć częsty powrót motywu przynależności do masonerii: jej symbol nosi Casanova, Lorenco (główny bohater), nim okazuje się być także Mozart. Także libertynizm tamtej epoki, wychwalanie miłostek bez zaangażowania emocjonalnego. Ot, tak dla sportu.

I tego typu gloryfikacja “czystego popędu” zostaje przez autora filmu odrzucona. Pojawia się motyw pierwszej, czystej miłości, która jest miłością całego życia. I przy której inne miłości zostają umieszczone w dużym, szczelnym nawiasie.

Akcję stanowi stworzenie libretta do opery W. A. Mozarta “Don Giovanni”. Pisze ją były ksiądz, zdolny librecista i poeta a tak najbardziej pierwotnie to przechrzczony na siłę żydowski chłopiec. Wplata w nią swoje doświadczenia, pragnienia, libretto jest debatą z jego krainą szeptów. Dla Mozarta to też będzie wejście w tę przestrzeń. Opera świetna, odrzucona przez dwór. Czemu? Bo za ciężka przez swoje moralne przesłanie – takiej odpowiedzi mamy prawo się dopatrywać.

Film napełniony muzyką, ale nie tylko Mozarta – zaczyna się “Zimą” Vivaldiego. Film do oglądania: piękne zdjęcia, choć nie perfekcyjne, których piękno podkreśla treść, z którą są powiązane i muzyka.

Dla koneserów i w przypadku tego filmu to nie jest krytyka. Obejrzenie tego filmu wymaga po prostu osłuchania w muzyce poważnej, wyjścia poza schematy i zacięcia do rozwiązywania zagadek przemyślnie ukrytych w poszczególnych scenach. I podoba mi się przesłanie czyli ostateczna klęska Casanovy i jego próby stworzenia w Lorenco drugiego Giacomo. Po prostu podoba mi się i już :)


Robin Hood, reż. Ridley Scott

Zawstydził mnie, ale nie żaden marny Turbodymomen, tylko don Simon. A to dlatego, że wcześniej niż ja obejrzał i zrecenzował kolejnego scotta. Pozazdrościłam i dziś nadrobiłam to niedoobejrzenie.

Mmmmm.

To jest to, co tygryski lubią najbardziej.

Rzecz jasna wypatrzyłam parę scen, które mogą drażnić naiwnością albo naśladowaniem np. formuły filmu sensacyjnego (szpieg kanclerza podgląda lądowanie francuskich wojsk na wybrzeżu, znika w trawach i aż brak radiostacji, którą by powiadomił swojego pana o inwazji. Radiostacji w XII w. jeszcze nie było, ale scenarzysta znalazł rozwiązanie: były gołębie pocztowe – to ok., tyle, że gołębie w nocy nie latają, panie Helgeland :) ). Albo scena w której Marion (w tej roli rewelacyjna Blanchett, która z Crowem stanowi duecik genialny) rzuca się z mieczem na rycerza, aby pomścić zamordowanie jej teścia. Khem, zarzuty trzy: po pierwsze ten facet jest od niej cięższy, zwłaszcza w zbroi, po drugie: ma większą wprawę w walce mieczem, po trzecie: Marion nie wyglądała na osobę z zaburzeniami instynktu samozachowawczego a rzucanie się na takiego pana z jej strony to było usiłowanie samobójstwa. Zdecydowane. Z dwóch wymienionych wcześniej powodów. Tu akurat mam brzydkie podejrzenia, że scenarzysta przesadził z polityczną poprawnością (jak wszyscy się nawalają, to pani tez musi. A co!) i wyszedł mu bezsens. A właściwie to chyba niechcący pokazał, że są działki na których panie lepiej, żeby jak już chcą walczyć to np. strzelały z łuku, a nie machały ciężkim mieczem.

I jeszcze tylko się przyczepię do tego, że jak już w ataku była ciężka jazda, nikt nie wysyłał lekkiej, bo groziło jej, że zostanie stratowana przez własne oddziały. Ale to już tak tylko w ramach czepliwości.

Bo poza tym film perełka! Świetne zdjęcia, rewelacyjna muzyka, lekkie, a celne scottowskie dialogi. Konwencja opowieści łotrzykowskiej z jej specyficznym, lekko jarmarcznym humorem i przymrużeniem oka. Krew, głód, ogień, brud – naturalizm z całym rozkwicie, a jednocześnie wiele niesamowicie subtelnych scen. I bardzo staranna scenografia – ponad dwie godziny w rzeczywistości tamtej epoki. Czas, którego upływu się nie czuje.

A o czym jest ten film? Jak dla mnie o braku dobrego ojca i tym, co się dzieje, kiedy on wraca. O tym, że społeczność potrzebuje siły, że ta siła może być źródłem życia a nie wyłącznie śmierci. Robin przyjeżdża do Nottingam i do Nottingam wraca życie i ład. Patrzyłam na ten film i widziałam w nim piękno realizacji męskości, dodajmy: pełnej realizacji, chociaż sceny miłosnej tam nie uświadczysz – ta sfera pojawia się w niedopowiedzeniach, aluzjach, czyli pozostaje tam, gdzie pozostać powinna: w alkowie. Za to jest do realizowania siebie, jako mężczyzny, jeszcze cała przestrzeń publiczna: troska o ziarno na siew, godzenie zwaśnionych, obrona słabych, udzielanie rad, bycie mędrcem i tym, który potrafi bronić dobra wspólnego. Genialna jest scena nocnego siewu: małe poletka i idących po nich powoli mężczyźni rzucający w skiby ziarno. Piękna scena, życiodajna. Wyglądają, jakby tej ziemi błogosławili.

Jak tylko będzie dostępny ten film, to kupię. Podoba mi się, nawet jeśli miejscami jest naiwny, co wynika częściowo z konwencji. Niebanalny i dobrze pomyślany – to wystarczy do jego nabycia.

PS

Przypomniało mi się, że jest scena łóżkowa – próżny i niesłowny król Jan Bez Ziemi i jego kochanka, późniejsza żona. Ciekawe, że właśnie on: porywczy, ale przy tym słaby; bezmyślny, lecz łaknący łatwej sławy; smutna postać, choć pozornie odnosząca sukces.


“Jaśniejsza od gwiazd”, reż. Jane Campion

Zjechali nieco ten film w “Metrze” więc uznałam, że z pewnością warto go zobaczyć. Fakt, że reżyserowała go Jane Campion też był dodatkowym bodźcem “za”.

Historia z początku XIX wieku: śliczny, rozkochany w projektowaniu i szyciu motylek: Fanny Browne poznaje młodego poetę, Johna Keatsa. Ona średniozamożna, on ubogi i zadłużony, choć obracają się w tej samej “sferze” towarzyskiej. To epoka romantyzmu – uczuć, melancholii, czarów, szarej sfery niedopowiedzianego racjonalnie. Czas półmroku, z którego wykluwają się demony. Ten film jest jednak o tej jaśniejszej i o wiele bardziej fizycznej stronie tamtej epoki. Wrażliwość reżyserki zabarwiła romantyczność dużą, choć wyważoną, dawką naturalizmu. Umierający brat Keatsa cuchnie (dowiadujemy się tego od małej siostry Fanny chcącej natychmiast wyjść z mieszkania chorego), wyhodowane w pokoju motyle umierają wraz z wiadomością o tym, że Keats jednak chce zerwać więź z Fanny, ludzie nie są wyłącznie piękni i subtelni: w filmie gra więcej aktorów charakterystycznych niż amantów. Nawet Keats nie jest piękny – bardziej przypomina głównego bohatera “Zmierzchu” niż Księcia Persji.

Uczucie, które zaczyna się od salonowej gry, powoli przeradza się w egzystencjalny dramat. Bohaterowie stają przed wyborem: święty spokój lub głębokie zanurzenie w miłość, choć wynurzenie nastąpi gwałtownie i skończy się chorobą kesonową. Fanny mówi do matki,  która przynosi wiadomość, że nadal nie ma listu od Johna: “Jeśli to jest miłość, to nigdy więcej nie będę się z niej śmiać. To tak okropnie boli.” Zwija się na łóżku jak bezradne, obolałe dziecko.

Keats wie, że nie może ożenić się z Fanny: nie utrzyma jej, a nie chce jej narażać na nędzę. Nawet jej nie uwiedzie, pomimo, że będzie do tego namawiany przez przyjaciela, a potem samą zainteresowaną. Odpowie jej: “Mam sumienie”. Zaręcza się z nią, kiedy już jest pewien, że umiera, a właściwie to ona wymusza na nim zaręczyny, aby móc pozostać blisko niego.

Do tego przepiękne zdjęcia i mnóstwo historii opowiedziane obrazem, gestem, kolorem. Delikatnie, kontemplacyjnie: “Czy wiesz, że dotyk pamięta?” “Wiem” i delikatne dotknięcie twarzy ukochanego.

To historia o tym, że miłość jest decyzją; szeregiem decyzji, ale kiedy pękną wały, wdziera się jak masy wody i zagarnia. Można w niej pływać, ale ucieczki całkowitej już nie ma.

Warto pójść, choć odradzam ten film tym, którzy szukają okazji do popłakania w stylu melodramatycznym czy irytują ich dłużyzny w kinie. Fanom Photoshopa też odradzam. To nie ten rodzaj piękna. Zdecydowanie nie ten.

I dwie uwagi na marginesie:

1. Kino zaczyna gloryfikować, może nieco krzywy, ale obraz miłości niespełnionej fizycznie. Zauważam początek takiej tendencji, zobaczymy co się z tego rozwinie.

2. Narasta fascynacja epoką romantyzmu: od lekkiej Jane Austen począwszy na filmach typu “Jaśniejsza od gwiazd” skończywszy. Także fascynacja wampirami, czarami, ezoteryką etc. Budzi to mój niepokój, bo tego typu fascynacje są specyficzne dla kultur chylących się ku upadkowi albo w przededniu kryzysu. Ale może nie siejmy defetyzmu :)


Lourdes, reż. Jessica Hausner

Określenie, jakie mi się nasunęło po wyjściu z kina na określenie tego obrazu, to “bez-Duszny”. I nie jest to krytyka tego filmu – sam w sobie jest to rzeczywiście świetna rzecz. Zagrana obrazem właśnie, mnóstwem detali i długich ujęć historia pielgrzymki, bo nie wyłącznie głównej bohaterki. Chora na stwardnienie rozsiane, sparaliżowana tak, że wymaga karmienia przez drugą osobę, jedzie na pielgrzymkę, bo to jej jedyna szansa na wyrwanie się spośród czterech ścian. I ten motyw – samotności osób chorych – powraca w tym filmie nieustannie.

Film stawia pytania i nie udziela odpowiedzi, pozostawia widza bez puenty, ale to nie stanowi o braku Ducha. Brak ten rodzi z pustki ludzi, bo nawet ksiądz nie wierzy w to, że uzdrowienie fizyczne jest możliwe. Jego odpowiedzi na teologiczne pytania brzmią gładko i są dogmatycznie poprawne, ale nie ma w nich… prawdy. Są prawdziwe, ale są jednocześnie martwe. Sceny modlitwy czy adoracji są puste, magiczne rytuały, które sprawdzają się w niektórych przypadkach. I te pytania po uzdrowieniu: “Jak ty to zrobiłaś?” a przecież to nie bohaterka zrobiła cokolwiek. Otrzymała dar. Zostaje wyróżniona z tłumu, część pielgrzymów jej zazdrości, inna jest zawistna a dla jeszcze innych jest przyczyną cierpienia, bo oni przecież co roku a ona tylko raz i proszę… Wstrząsająca jest też sprawa siostry Cecille, ale nie będę zdradzać tego wątku – niech każdy, kto zechce zobaczyć tę historię, sam tego doświadczy.

Dla mnie obejrzenie tego filmu było doświadczeniem spojrzenia na świat wiary i doświadczeń religijnych oczami agnostyka: świetne studium psychologiczne, mnóstwo pytań i lęk przed udzieleniem odpowiedzi. Chociaż może nie lęk, ale rzeczywisty brak w pejzażu tego puzzla, który dopełnia całość. Puzzla wiary a przede wszystkim miłości, która dotyka i pielęgnuje nie tylko ciało. Która jest – otwarta, współodczuwająca, obecna, a na pewno nie jest litością. Nie, cień tej miłości się pojawia: w “moherowej” współlokatorce głównej bohaterki. Jedynej osoby szczerze wzruszonej i szczerze szczęśliwej z powodu uzdrowienia. Milczący anioł 50+


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 425 other followers