Czyli językoznawczyni o próbach tworzenia żeńskich form od nazw zawodów.
Akapit nr 2:
Zdaje się jednak, że duża część Polaków ciągle woli zagadki w rodzaju “Słyszałem dyskusję minister” czy “Zakochałem się w tym pięknym kibicu” niż poprawnie utworzone i – co tu dużo mówić – potrzebne nazwy żeńskie “ministerka” (jednak nie “ministra”, bo to dziwoląg językowy), “kibicka” itp.
Akapit nr 7 (wciąż tego samego tekstu):
Nie jest przeszkodą natomiast to, że jakaś żeńska nazwa brzmi identycznie jak rzeczownik oznaczający zupełnie coś innego. Niech więc przed uznaniem kobiety szermierza za szermierkę, kobiety pilota za pilotkę, kobiety marynarza za marynarkę czy kobiety pielgrzyma za pielgrzymkę nie powstrzymuje nas to, że “szermierka”, “pilotka”, “marynarka”, “pielgrzymka” mają już inne znaczenia; wieloznaczność to w języku zjawisko stare jak świat i jak najbardziej naturalne.
To albo wieloznaczność jest naturalna, albo część Polaków wykazuje niezdrową (kontekst wydaje mi się sugerować taką interpretację tego zwrotu) fascynację łamigłówkami słownymi – pani Autor, proszę się zdecydować! Przepraszam - pani Autorko. Tak na marginesie: jeśli w drugim przykładzie z pierwszego cytatu pani chodziło o kobietę-kibica to zdanie powinno brzmieć: “Zakochałem sie w tej pięknej kibic” – widocznie w ferworze argumentacji poprawność językowa padła ofiarą pani podświadomości
I pomimo sugestywnej argumentacji z cytowanego artykułu nadal nie chcę, żeby mówiono lub pisano o mnie “teolożka” a to z tej prostej przyczyny, że fonetycznie to słowo kojarzy sie bardzo nieciekawie. Otóż “loszka” to mała, prośna świnka, a teoloszka to mała, prośna świnka o imieniu Teo. Ja sobie wypraszam! Na chrzcie mi dali Elżbieta…



