Archiwa tagu: feminizm

Czołówka postępu w odwrocie

Raj socjalistycznych pomysłów, arkadia socjalu, kraina dopłatami i zapomogami płynąca czyli Szwecja zderzyła się oto z górą lodową w postaci… fascynacji kobiet byciem kura domową. Czyżby społeczna odmiana ptasiej grypy?

Dzisiejsza Rzepa donosi (fuj!), że Szwedkom zaczyna się marzyć powrót do pieczenia bułeczek i wychowywania dzieci. Czterdzieści lat zmuszania do równouprawnienia przyniosło następujące wnioski: “– Kobiety mogą robić karierę, gdy dzieci będą już duże – przekonuje (jedna z bohaterek tekstu). – Należy przewartościować rolę pani domu. Postrzega się ją jak pasożyta. Czy życie kosztem męża to błąd? – pyta.”

Podoba mi się ten trend :) Poza jednym, małym szczegółem: rodzenie i wychowywanie dzieci oraz prowadzenie domu nie jest życiem na koszt męża. Otóż gdyż albowiem jest to także JEGO dom, JEGO dzieci oraz JEGO rodzina. Nie mówiąc o przyjemności pożerania świeżo upieczonych domowych bułeczek – ta jest całkowicie JEGO.

Kluczem tu jest lęk przed tym, że niepracująca kobieta będzie miała niską emeryturę i będzie finansowo zależna od męża. Cóż, albo definiuje się relacje przez miłość i wtedy taka sytuacja nie jest zależnością a tym, że mąż służy swojej żonie wsparciem, albo definiujemy li jedynie finansowo, ale nie mówmy wtedy o małżeństwie i rodzinie tylko umowie cywilno-prawnej i ośrodku wychowawczym.


Ciotka Dobra Rada patrzy z politowaniem

I puka się w czoło końcówką dziewiarskiego druta, na którym wisi połowa robionej przez nią skarpetki. Pociechy nie mogę szukać nawet u zsuniętych na koniec jej nosa okularów – politowanie z nich aż paruje.

A wynika ono z wczorajszego wpisu, a w zasadzie jego formy.

Jeśli ktoś z was studiuje kierunek zajmujący się komunikacją i potrzebuje przykładu jak skutecznie uciąć komunikację, zanim zaistniała, to ma go w poprzednim wpisie. I to ja sama go stworzyłam. Ech. Żenuła.

Ale przejdźmy do konkretów. Otóż po przeczytaniu fragmentu wywiadu na temat ciała mogłam napisać, że jest ekstra, bo oto wreszcie treści, bardzo ważne i głębokie, z teologii ciała przenikają na salony. Kij tam, że przez Francję. Lepiej tak niż wcale.

Ja jednak w apologetycznym widzie dotkniętego do żywego serca wpadłam w ton szyderczo-zjadliwy. A jak się reaguje, drodzy czytacze, na ton szyderczo-zjadliwy? Obojętnością (jeśli przeciwnik tyci tyciutki) lub podwyższonym wydzielaniem hormonu walki i ucieczki potocznie zwanego adrenaliną. Zarówno obojętność, jak i agresja, nie mówiąc o ucieczce, prowadzą do zakończenia tak pięknie rozpoczętej rozmowy.

I dlatego właśnie Ciotka Dobra Rada popukała się w czoło i wróciła do robienia skarpetki. Okulary jeszcze od czasu do czasu pobłyskują lekko kpiąco w moim kierunku.

Mea culpa. Et mea stultitia. (Moja wina. I moja głupota).

Ech.

 

 


Koziołek Matołek, wersja femino

Napierw “Wysokie Obcasy” [no co? jak się człowiek zajmuje feminizmem, to czasem musi], rozmowa z dr Aliną Długołęcką:

Ten filozof Chirpaz mówi pięknie o wstydzie. Według niego wstyd opiera się na świadomości ciała i lęku, że w relacji z drugim człowiekiem staniemy się tylko cielesnością. Ten prawdziwy wstyd pojawia się, kiedy zbliżamy się seksualnie do drugiej osoby i jest to związane z jednoczesnym obnażeniem psychicznym, duchowym. Wiąże się z ryzykiem emocjonalnym.

Boimy się, że pokażemy swoją esencję?

Tak. Bo seks jest formą kontaktu niewerbalnego, głębokiego kontaktu, w którym nie za bardzo możemy udawać i kreować siebie. I możemy się tego wstydzić – tylko że tym razem nie chodzi o ocenę, lecz o ochronę siebie i powolne budowanie zaufania.

Och, ach, jaki głęboki filozof. I tylko gdyby pani poczytała Karola Wojtyły “Miłość i odpowiedzialność”, to znalazłaby dokładnie te sam treści. I identyczne wnioski.

No, ale gdzie tak z moralnością katolicką do seksu. Przecież to ciemnogród i zacofanie… Nawet jeśli to, co teraz z takim zachwytem pani sprzedaje jako ciekawe, choć nie najnowsze, podejście i genialne odkrycia, Wojtyła świetnie wiedział już w latach 50-tych XX wieku. Tak, ten okropny Wojtyła od sprzeciwu wobec antykoncepcji i traktowania z szacunkiem i odpowiedzialnością drugiej osoby, bo seks to nie tylko ciało a także więzi emocjonalne.

Tia.

PS

Esej “Ciało”, do którego nawiązuje dr Długołęcka, był wydany po raz pierwszy w latach 80-tych XX w. ==> KOREKTA (dobrze mieć czujnych czytaczy :) ) eseje wyszły po raz pierwszy w 1963 r.


Kura domowa – chów zimny tzw. polski

Znajoma opowiadała, że jej matka na wieść, że będzie miała wnuczkę, zareagowała: “Biedna, tylko się w życiu nacierpi…”

Nacierpi się, bo kobieta, a kobieta jest stworzona do cierpienia. Ma dźwigać, rodzić, znosić…

Kurcze, to nie tak!

Kobieta jest stworzona przede wszystkim do miłości! Do bycia kochaną i do kochania. Jest taki piękny, szeroko cytowany midrasz: “Bóg nie stworzył Ewy ze stopy Adama, aby ten mógł ją deptać. Nie stworzył jej też z głowy Adama, aby się nad niego wynosiła. Stworzył ją z jego boku, aby była bliska jego sercu”. Bóg daje Adamowi Ewę, aby ten ją kochał.Tak po prostu.

I czasem z tej miłości dźwiga, rodzi, znosi, ale czemu nikt nie mówi, ile można mieć z tego frajdy! Jaką radość i satysfakcję daje służenie tym, których się kocha? Jak często nadaje to życiu sens i pomaga pełniej być sobą?

Kiedy my, kury, zapomnimy co to znaczy z miłości być dla drugiego, kto będzie o tym pamiętał? I co wtedy stanie się ze światem?

PS

Tak dla pewności przypomnę: warunkiem prawidłowego przebiegu procesu “kurzenia” jest dobra relacja między żoną a mężem, oparta o wzajemną troskę i dialog. Wiem, że nudzę, ale czasem człowiek musi, inaczej się udusi ;)


Za a nawet przeciw

Czyli językoznawczyni o próbach tworzenia żeńskich form od nazw zawodów.

Akapit nr 2:

Zdaje się jednak, że duża część Polaków ciągle woli zagadki w rodzaju “Słyszałem dyskusję minister” czy “Zakochałem się w tym pięknym kibicu” niż poprawnie utworzone i – co tu dużo mówić – potrzebne nazwy żeńskie “ministerka” (jednak nie “ministra”, bo to dziwoląg językowy), “kibicka” itp.

Akapit nr 7 (wciąż tego samego tekstu):

Nie jest przeszkodą natomiast to, że jakaś żeńska nazwa brzmi identycznie jak rzeczownik oznaczający zupełnie coś innego. Niech więc przed uznaniem kobiety szermierza za szermierkę, kobiety pilota za pilotkę, kobiety marynarza za marynarkę czy kobiety pielgrzyma za pielgrzymkę nie powstrzymuje nas to, że “szermierka”, “pilotka”, “marynarka”, “pielgrzymka” mają już inne znaczenia; wieloznaczność to w języku zjawisko stare jak świat i jak najbardziej naturalne.

To albo wieloznaczność jest naturalna, albo część Polaków wykazuje niezdrową (kontekst wydaje mi się sugerować taką interpretację tego zwrotu) fascynację łamigłówkami słownymi – pani Autor, proszę się zdecydować! Przepraszam - pani Autorko. Tak na marginesie: jeśli w drugim przykładzie z pierwszego cytatu pani chodziło o kobietę-kibica to zdanie powinno brzmieć: “Zakochałem sie w tej pięknej kibic” – widocznie w ferworze argumentacji poprawność językowa padła ofiarą pani podświadomości :)

I pomimo sugestywnej argumentacji z cytowanego artykułu nadal nie chcę, żeby mówiono lub pisano o mnie “teolożka” a to z tej prostej przyczyny, że fonetycznie to słowo kojarzy sie bardzo nieciekawie. Otóż “loszka” to mała, prośna świnka, a teoloszka to mała, prośna świnka o imieniu Teo. Ja sobie wypraszam! Na chrzcie mi dali Elżbieta…


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 425 other followers