Archiwa tagu: eSPe 81

Czytelniano

Ku mojej radości pomimo tego, że zakończył się cykl listów do Lwa, we “W drodze” nadal ukazują się teksty o. Zioło OCSO. W najnowszym numerze miesięcznika ojciec pisze o męczeństwie, podobnie jak w tekście opublikowanym w kwartalniku. Temat podobny, ale widać też różnicę: wydana u nas homilia to rzecz sprzed kilku lat - burzące się wtedy młode wino, dziś spokojnie dzieli się swoją mocą (chociaż w przypadku Aiguebelle trzebaby pewnie było mówić raczej o nalewce :) ). W głowie mi dźwięczy zapamiętana z konferencji o. Michała fraza, że Bóg mnichów formuje za pomocą małego dłutka [hm... może to był pilnik? ;) ]. Nie tyle wielkich natchnień, objawień czy olśnień, co codziennego zderzania z innymi zakonnikami i osobistą słabością. Czytam teksty ojca i czasem mam wrażenie, że kątem oka widzę te delikatne, choć konsekwentne uderzenia Boga.


Targi

I znów stolica… To mój pierwszy wyjazd na te targi, ciekawa jestem, jak o wygląda w praniu. Zwłaszcza, że mam prowadzić spotkanie promocyjne. Ksiądz Jan w bezpośrednim spotkaniu okazał się być sympatycznym, bezpośrednim człowiekiem. Aż szkoda, że będe go musiała nieco podręczyć z racji swojej roli pytacza. Może wybaczy… Byle do niedzieli.


Nadobna okładeczka

Czyż można się oprzeć jej urokowi?

espe-81-prewka.jpg

Jej urok znacznie wzrasta (proporcjonalnie zresztą do wielkości) wraz z klinięciem na jej powierzchnię ;)

Zachęcam!


Poszło

Kolejny numer kwartalnika jest już w drukarni. Końcówka pracy nad nim była ciężka: rozmywały się terminy, grafikowi szwankował sprzęt i miała miejsce cała gama innych radosnych wydarzeń.

Najtrudniejsza jest dla mnie zmiana WAK-a. Padre Mateusz był przede mną naczelnym pisma, więc świetnie sie orientował w tym, co robiłam i korygował moje różne, mniej lub bardziej nawiedzone decyzje. A teraz to ja mam dokształcać asystenta. Przerażająca wizja…

Przygotowujemy też spotkanie na Targach Książki Katolickiej w Warszawie, naszym gościem będzie ks. Jan Reczek. Czeka mnie prowadzenie tego spotkania a więc makijaż jako maska, odpowiedni strój urzędowo-wyluzowany i pełnienie z pełnym poświęceniem roli advocati diaboli. Tylko jeszcze musze przygotowac pytania. Temat spotkania raczej przystepny: uzdrowienie wewnętrzne. Trzeba będzie spytac o te wszystkie fenomeny budzące zdziwienie a często też i lęk typu omdlenia, czy słowo poznania. Mój przyszły rozmówca to człowiek o dużym doświadczeniu, więc rozmowa zapowiada się interesująco. Tylko czemu to znów jest 29. dzień miesiąca? W lutym obrona, w marcu spotkanie, ciekawe co szykuje się na kwiecień :)


Jestem pociągająca

Proces przeistoczenia rozpoczął się już w porannym pociągu do Warszawy. Jak zwykle poszukiwanie właściwego przystanku właściwego autobusu w okolicach dworca Warszawa Centralna przyniosło odpowiednie skutki dopiero po usilnym duchowym molestowaniu św. Antoniego i mojego Anioła Stróża. Że też wcześniej nie wpadłam na to, żeby od tego zacząć… hm… 20 minut błąkania się po zimnych ulicach – masakra.

Do autobusu wsiadłam nerwowo przeglądając torebkę i kieszenie w celu znalezienia suchej chusteczki. Poranne wstawanie w połączeniu ze stresem i mglisto-wilgotną pogodą zrobiło swoje. Do radia dotarłam pomimo bardzo tfurczej numeracji budynków na Łazienkowskiej (najpierw jest 6a a potem 14…) oraz sporego stopnia komplikacji wejść w cegalnym budynku stanowiącym kościół oraz jego zaplecze. Miałam szczęście, że trafiłam na listonosza, który uprzejmie wskazał mi drogę. Tak więc dotarłam do radia - w stanie wskazującym na spore zużycie chusteczek tudzież aspiryny, z wzrokiem nieco mętnym, choć z błyszczącymi od stanu podgorączkowego oczyma. Głosu wystarczyło mi tylko na prezentację w sekretariacie, potem było już tylko gorzej.

Nagraliśmy dwa razy po 30 min., audycje o dwóch numerach kwartalnika (80 i 81). Nie pamiętam za bardzo co mówiłam, pamiętam natomiast, że rwał mi się wątek, zwłaszcza pod koniec. Dobrze, że to nie było na żywo… Zwłaszcza, że w pewnym momencie straciłam na kilka minut kompletnie głos.

Głodna, zmęczona i zapchanym już maksymalnie nosem dotarłam na Krakowskie Przedmieście, gdzie Anetka poratowała mnie pizzą i grzanym piwem z sokiem malinowym. Pizzunia lizać paluszki, mmmm… I ta przyjemność rozmowy z kimś, kto cię dobrze rozumie.

Jak wreszcie wsiadłam do pociągu, to zasnęłam i obudziłam się na sprawdzanie biletów a potem przed Krakowem. Jak on pięknie wygląda nocą. Kocham to miasto.

A dziś jestem nadal pociągająca, oczka mi się szklą, cera blada. Jak to jeżdżenie do stolicy potrafi skorygowac image ;)


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 425 other followers