Dziś jest odpust u krakowskich OP (Bazylika Najświętszej Trójcy) i z tej okazji stwierdziłam, że wrzucę tu zdjęcie Trójcy Świętej:

Są to trzy nakładające się na siebie otwarte okręgi, które swobodnie przenikają się nawzajem, tak, że idąc palcem po tej wstędze nie znajdziemy jej końca. Jest to zdjęcie jednego ze zworników w refektarzu u dominikanów w Krakowie. Zachwyca mnie ta prostota i niedosłowność tego przedstawienia. Jeden a Trzech, Trzech a Jeden.
Dziś tradycyjnie kazanie na mszy konwenckiej (główna msza dnia) mówił cysters: próbka pięknego przedsoborowego kaznodziejstwa. Było świetne teologicznie, dopracowane, logiczne i było widać w oczach słuchaczy, że najpierw przestali rozumieć a potem zaczęli się a) intensywnie nudzić; b) intensywnie prosić Ducha Świętego o koniec kazania lub kaznodziei (starszawy był, więc było to usprawiedliwona nadzieja). Mi się podobało, przypominało świetny retorycznie i merytorycznie wykład. I jak wykład, nie porywało. Cóż. Dominikanie nas rozpuścili, u nich jak ktoś zepsuje kazanie, to przynajmniej jest potem z czego się nabijać. Tu nie było.
Ale kaznodzieja jest według mnie usprawiedliwony – dogmat o Trójcy, zwornik naszej wiary, jest trudny do przełożenia na język codzienności. Kusiło mnie przez chwilę, żeby tu tego spróbować, ale nie, odkładam tę motykę i na nic porywać się nie będę. Zresztą na Trzech porywać się nie uchodzi



