Posty oznaczone jako ‘Bóg’

h1

Pochylając się nad “Metrem”

sierpień 28, 2009

Chyba niedługo zacznę je traktować jako dziennik satyryczny. Tym lepszy, że efekt śmieszności jest niezamierzony a cóż bardziej zabawnego niż dowcip opowiedziany z całkowitą powagą?

Dziś na pierwszej stronie mamy żart dla snobów, mianowicie cudną zajawkę recenzji umieszczonej wewnątrz numeru:

Czy Pan Bóg jest szczęśliwy? – takie pytania mógł zadawać tylko profesor Leszek Kołakowski

Mhm, prawdziwość tego stwierdzenie odpowiada prawdziwości następującego zdania: tylko dziennikarz Agory mógł dać taką popisówkę z braków w swoim wykształceniu na pierwszej stronie swojego pisma.

Pytanie o to, czy Bóg jest szczęśliwy a wcześniej: czy bogowie sa szczęśliwi, zadawali już starożytni. Niejaki św. Tomasz z Akwinu OP rozstrzyga nawet pytanie o to, czy Bóg byłby szczęśliwy bez stworzenia. Pytanie o szczęśliwość Boga nie jest pytaniem absurdalnym (jak sugeruje autorka recenzji, której jednak nie podejrzewam o autorstwo nieszczęsnej zajawki), ale bardzo istotnym dla człowieka wierzącego lub poszukującego wiary. Bo skoro nasza wieczność ma być zjednoczeniem z Bogiem, to z Kim będziemy zjednoczeni? Z Kimś kto nas stworzył, żeby zaspokoić swoje potrzeby? Czy Kimś, kto nas stworzył całkowicie wolnym aktem i tylko dlatego, że chciał sie podzielić swoim szczęściem? Czy fakt, że cierpię, ma jakieś znaczenie dla tego Kogoś? Czy jestem w stanie odnaleźć odpowiedź na pytanie, jak On reaguje na moje cierpienie? Czy współodczuwa? Czy będzie próbował lub zmusi mnie do zjednoczenia z Nim, bo jest potężniejszy a beze mnie nie może być szczęśliwy?

To istotne kwestie, bo tu chodzi o wieczność. Bardzo realną wieczność.

Myślę, że profesor Kołakowski już zna odpowiedź :)

PS

A inspiracją do tytułu jest fragment recenzji o Leszku Kołakowskim “pochylającym sie nad naszą współczesną kondycją”. Pomyśleć, że jeszcze pięć lat temu niejaki Szymon Hołownia kpił z takich sformułowań w swoim “Kościele dla średniozaawansowanych”. Volvitur orbis…

h1

Słowa mają swoją wagę

czerwiec 6, 2009

Czytam właśnie rozmowę Jan Grzegorczyka i o. Wojciecha Prusa z o. Janem Górą w czerwcowym “W drodze”. Uderzyła mnie trafność spostrzeżenia o. Jana, że Jan Paweł II przywrócił słowom ich wagę. W mglistym i pozbawionym znaczeń świecie socjalistycznej nowomowy ukazał, że naturą słowa jest mieć znaczenie, nieść znaczenie a co z tym jest związne – pociągać za sobą konsekwencje.

Przypomniało mi to jeden z charakterystycznych gestów mojego ojca (który zresztą po nim odziedziczył mój średni brat): kiedy ktoś dyskutował z jakąś podjętą już przez niego decyzją, a nie chciał słuchać logicznej argumentacji, tato uderzał dłonią w stół i mówił podniesionym głosem: “POWIEDZIAŁEM!” Ta scena zawsze kojarzyła mi się z kolei z poematem o stwarzaniu świata rozpoczynającym Biblię – nie miałam problemu ze zrozumieniem, że słowo może coś stworzyć. Przecież skoro nawet mój tato jak coś powie, to tak będzie, czemu ta zasada nie miałaby dotyczyć także Boga? Przecież On POWIEDZIAŁ…

Wyszliśmy z soc-złudzenia (bo przecież nie soc-realu), ale nadal słowo wydaje się potrzebować swoich strażników, bo w powodzi słów i obrazów powoli zaciera się prawda o jego sile. Tymczasem słowo ma moc i to ze słów będziemy rozliczani: „Z każdego bezużytecznego słowa, które wypowiedzą ludzie, zdadzą sprawę w dzień sądu. Bo na podstawie słów twoich będziesz uniewinniony i na podstawie słów twoich będziesz potępiony” (Mt 12,36-37).

Bo Bóg powiedział i bez względu na to, jak potoczą się dzieje świata, nic nie jest w stanie naruszyć Jego słowa bądź podważyć prawdomówności Stwórcy. Jednocześnie to oznacza, że słowo Boga jest naszym schronieniem, oparciem, bo Jego obietnice zostaną dotrzymane. To nie słowo potrzebuje strażników: to my potrzebujemy się schronić w Słowie, jak mawia o. Krzysztof Wons SDS.

h1

Łyk fizjologii

czerwiec 2, 2009

Modlitwa jest czynnością fizjologiczną. Serio! Napisano całe tomy o tym, jak się modlić a taki gigant duchowy jak św. Benedykt w swojej regule pisze po prostu: “Jeśli mnich chce się modlić, niech się modli”

I tyle.

Żadnych zasad, postaw, formułek. Chcesz się modlić? Módl się!

Bo modlitwa to zwyczajne mówienie do Boga i staranie o to, żeby Go usłyszeć. To jest naturalny, wpisany w nas mechanizm, tyle, że jest on bardzo delikatny. Potrzebuje pielęgnacji i rozwoju. I jest to przestrzeń, o której ks. Pronzato pisze jako o przestrzeni zagrożenia: kiedy zaczniesz się modlić, nic nie bedzie takie samo jak przed rozpoczęciem modlitwy. Zaproszenie Ducha do swojego życia powoduje rewolucję, burzy zastany porządek, przemienia serce a przez to otoczenie. Zapomnij o świętym spokoju – gwarantuję ci, że jego akurat na modlitwie nie znajdziesz.

I Duch w modlitwie prowadzi: delikatnie, choć konsekwetnie. Jak dobry nauczyciel dzieci specjalnej troski :D Uczy kolejnych sposobów modlitwy, prowadzi do ludzi, którzy mogą pomóc w jej rozwijaniu. Wystarczy konsekwentnie trwać w otwartości na Jego działanie. A tak naprawdę wystarczy po prostu zacząć mówić do Boga. On o resztę się zatroszczy :)

h1

Słownik słów passe, literka b

czerwiec 1, 2009

BÓG

[zamiast definicji ] Szukanie odpowiedzi na pytanie: “Quis est Deus?” (Kto to jest Bóg?) pewnemu Dominikaninowi z Akwinu zajęło całe życie, a i tak na koniec stwierdził, że to co napisał, jest słomą. Jak więc widać na jego potężnym przykładzie (nie dość, że był mózgowcem, to fizycznie do drobnych – mówiąc bardzo delikatnie - też nie należał), podanie zwartej definicji jest skazane na ułomność.

Pomimo to chcę przynajmniej spróbować wskazać kierunek myślenia, bo coraz mocniej narasta we mnie przekonanie, że pojęcie “Bóg” stało się niezrozumiałe w naszym kręgu kulturowym. Afrykańczycy, mieszkańcy Ameryki Południowej, muzułmanie w swojej doskonałej większości intuicyjnie wiedzą, co kryje sie pod tym pojęciem, my w Europie i Ameryce Północnej wolimy kręcić filmy i pisać książki o Antychryście. 

Co to więc jest Bóg? Paul Tilich zdefiniował go jako ostateczną troskę, a więc coś, co stanowi dla nas centrum, wokół którego organizujemy nasze życie, i do którego uciekamy po pomoc w chwilach kryzysu. Coś, co jest ponad nami, istotę nieskończenie potężniejszą, nie do końca poznawalną, panującą nad rzeczywistością. To jest próba znalezienia najbardziej ogólnej definicji Boga, osobiście lepiej się czuję w określaniu Go po chrześcijańsku.

Pierwsza cecha: jest to Ktoś a nie Coś. To oznacza, że możliwe jest nawiązanie kontaktu i dialog a co za tym idzie – więź. Możliwość jej zaistnienia potwierdza Jego immamencję a więc obecność w świecie.

Druga cecha: nie do końca poznawalny, podobnie jak inne osoby. Dlatego w relacji do Niego najlepszym sposobem poznania jest jedynie wiara, wiedza w pewnym momencie się wyczerpuje, pojęcia kuleją i pozostaje ciemność oślepionych światłem oczu.

Trzecia cecha: paradoksalny. Łączy w sobie cechy, które na naszym poziomie poznawania wzajemnie się wykluczają: Jeden a Trzech, sprawiedliwy i jednocześnie miłosierny, wszechwiedzący a dający wolność wyboru, wszechmocny a pozwalający nam działać w sposób ingerujący w Jego działanie, doskonale dobry a pozwalający nam ponosić bolesne konsekwencje naszych działań. Jest to dowód na Jego transcendencję a więc bycie ponad rzeczywistością ludzką.

Czwarta cecha: prawdziwy. Nie wytwór mojego intelektu, konstrukt filozoficzny a Ktoś do poznawania (patrz: cecha pierwsza) i na Kim mogę się oprzeć. Bo prawdziwość w tym wypadku oznacza także szczerość.

Wyrzuciliśmy z naszego myślenia Boga, bo sami próbujemy być Bogami. Cały dramat tej postawy polega na tym, że nie jesteśmy w stanie udźwignąć tej odpowiedzialności i naszymi Bogami staje się to, nad czym powinnismy panować: nasze ciało, emocje, inni ludzie, przedmioty. A ponieważ one nie moga zaspokoić naszego pragnienia, narasta w nas rozpacz i lęk.

A Bóg jest. I czeka.

h1

Wkład wampirologii w ascetykę chrześcijańską

maj 30, 2009

Po raz kolejny przekonałam się, że przychodzące przypadkiem do głowy głupie pytania wcale nie przychodzą przypadkiem i wcale nie są takie głupie. Akademicka dyskusja wewnętrzna na temat antywampirycznej krucjaty (Regisso, przebacz! :) ) okazała się wstępem do dywagacji nieco głębszych a mianowicie dotyczących doświadczenia lęku.

Strach, podobnie jak ból, jest znakiem ostrzegawczym, który ma nas powstrzymać przed działaniami na własną szkodę. Jednak czasem jego poziom jest zbyt wysoki, nieadekwatny do wywołującego go bodźca. I paraliżuje nas lub popycha do bezsensownej szarpaniny. To taki wewnętrzny “wampir”, który wysysa energię, którą nieszczęsny posiadacz takiego strachulca musi poświęcić na przełamywanie lęku zamiast na, na przykład, cieszenie się faktem śpiewania Bogu na chwałę. Co zrobić, żeby się takiego osobnika pozbyć? Odpowiedź przyszła do mnie kiedyś z Księgi Mądrości:

Bo strach to nic innego jak zdradziecka odmowa pomocy rozumu, im zaś mniejsze jest wewnątrz oczekiwanie [pomocy] tym bardziej wyolbrzymia nieznaną, dręczącą przyczynę. (Mdr 17,11-12)

I do tego rada św. Benedykta z Nursji:

Złe myśli przychodzące do serca natychmiast rozbijać o Chrystusa i wyjawiać je ojcu duchownemu. (Reguła 4,50)

Autor Mdr pisze o nieznanej, dręczącej przyczynie – przyczynie okrytej mgłą i ciemnością, której siła wypływa przede wszystkim z tej mgły i ciemności, w jakiej ona się kryje. Z tym, co poznamy, jesteśmy w stanie się zmierzyć, nie na darmo metaforą poznania rozumowego jest światło. Czasem jednak nie potrafimy czegoś rozpoznać, przychodzą lęki, których nie potrafimy nazwać i wtedy to Bóg staje się naszym światłem, dającym nadzieję i skałą, na której możemy przycupnąć pozwalając falom lęku rozbić się o Niego. Możemy zaufać Jego miłości do nas i potędze. Potrzebujemy też drugiego człowieka, który nas wysłucha – wypowiadanie lęków to wyprowadzanie ich z ciemności na światło, nazywanie.

I jak tak sobie wyprowadzimy to nasze stadko wampirów, aby zaprezentować je Bogu i zaufanemu człowiekowi, to na ogół się okazuje, że jest to stadko suchotniczych osobników z krzywym zgryzem i po prostu nie ma się kogo bać. Pewnie pojawią się następne. Ale Bóg jest przecież z nami. A jeśli On jest z nami, to któż przeciwko nam?