Archiwa tagu: Biblia

A tak mie naszło

W gruncie rzeczy Biblię można podsumować od strony dogmatyki katolickiej jednym zdaniem:

Przez ponad 1000 lat Bóg uczy swój lud: “Jestem jedynym Bogiem”, a jak lud już to opanował na tyle, żeby pojawili się męczennicy za tę prawdę, Bóg odetchnął, kiwnął palcem i powiedział: “A teraz się skup: W TRZECH OSOBACH”.

Uwaga: powyższe twierdzenie zawiera antropomorfizację.

;)


Le grand terrible

“Czy i wy chcecie odejść?” To pytanie Jezusa wydaje sie przeczyć temu, co zapisuje ten sam Jan w początkowych rozdziałach swojej Ewangelii, iż Jezus przenikał serca ludzi i wiedział bez pytania z kim ma do czynienia.

Ale inne wydarzenia zapisane u Jana potwierdzają Jezusową zdolność czytania w sercach (uczenie to nazywa się “kardiognozja”). A skoro tak, to czemu pyta?

Tak sobie myślę, że odpowiedź na to pytanie nie jest potrzebna Jezusowi. Chodzi o to, by głośno nazwać problem, ujawnić dylemat nurtujący w sercach tych z uczniów, którzy pozostali pomimo trudności nauczania Pana. Jezus zachowuje się jak małe dziecko, które z zaciekawieniem oraz donośnie pyta na rodzinnym obiadku: “A czy wujek Zenek pójdzie do piekła, skoro zostawił ciocie Jadzię i mieszka teraz z panią sekretarką?”

To nie przeczy, ale dowodzi zdolności czytania w ludzkim sercu. I znajomości ludzkiej natury: to moment przeważenia; uzdrawiającego kryzysu – pytanie pada i trzeba udzielić odpowiedzi. Rozstrzygnąć dylemat. I Piotr (cudowna jest ta jego wyrywność, nawet jeśli chwilami prolematyczna) jednoznacznie określa miejsce, w którym stoją ci, którzy pozostali: “Panie, do kogo pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego”.

Ale do sformułowania tej odpowiedzi potrzebne było prowokujące ją pytanie.

Trzeba pytać. Stawiać pod ścianą. Czasem to jedyna droga do dojrzałości dla tego, który jest pytany…


Interpretare necesse est

BXVI do Papieskiej Komisji Biblijnej (20 kwietnia 2012, fragment)

Czerpiąc z charyzmatu natchnienia, księgi Pisma Świętego posiadają bezpośrednią i realną siłę budzenia odzewu/poruszania. Niemniej jednak słowo Boże nie jest ograniczone do tego, co jest zapisane. O ile, realnie, samo Objawienie zakończyło się wraz ze śmiercią ostatniego z Apostołów, to  objawione słowo jest nadal głoszone i interpretowane przez żywą Tradycję Kościoła. Z tego powodu słowo Boże zawarte w świętych tekstach nie jest skamieniałym depozytem wewnątrz Kościoła, ale staje się najwyższą zasadą jego wiary i mocą życia. Tradycja, która bierze swoje źródło od Apostołów rozwija się przy asystencji Ducha Świętego i wzrasta dzięki refleksji i studium wierzących, osobistemu doświadczeniu związanemu z rozwojem własnego życia duchowego i nauczaniu biskupów (por. Dei Verbum 8,21)

“Because of the charism of inspiration, the books of Sacred Scripture have a direct and concrete force of appeal. However, the Word of God is not confined to what is written. If, in fact, the act of Revelation ended with the death of the last Apostle, the revealed Word has continued to be proclaimed and interpreted by the living Tradition of the Church. For this reason the Word of God fixed in the sacred texts is not an inert deposit inside the Church but becomes the supreme rule of her faith and power of life. The Tradition that draws its origin from the Apostles progresses with the assistance of the Holy Spirit and grows with the reflection and study of believers, with personal experience of the spiritual life and the preaching of Bishops (cf. Dei Verbum, 8, 21)”.

Tłumaczenie cienkie, ale pochlebiam sobie, że chwyta sens.

Trzy splecione ze sobą nici, które prowadzą Kościół w labiryncie historii: prywatne lectio divina, indywidualne żcyie duchowe w zgodzie ze słowem i zestawienie z nauczaniem kolegium biskupów. Tylko wtedy prowadza pewnie, kiedy są splecione razem.

To tylko przypomnienie nauczania II Soboru Watykańskiego. Mocniejsze jest to, co wcześniej: Pismo Święte to nie szacowna relikwia, zamknięta szczelnie w relikwiarzu, który jest zamknięty w sejfie, który jest zamknięty w skarbcu. To raczej ogród pełen przeróżnych drzew, z których każde może dawać swego rodzaju owoce, dobre do jedzenia i pożywne. Kościół rozeznał, które z nich są tymi zasadzonymi z Bożego polecenia, drzewami życia. Do ogrodu wciąż wchodzą kolejne pokolenia, każde z nich wnosi swój sposób uprawy i korzystania z darów tego miejsca, ale warto też posłuchać starych ogrodników, bo oni znaja wiele tajemnic tego ogrodu, które dla następnego pokolenia mogą pozostać ukryte, bo każde pokolenie patrzy inaczej.

Patrząc też od innej strony: kiedyś zwiedzałam pewne muzeum archidiecezjalne. Przepiękne paramenty liturgiczne, zachwycił mnie szczególnie jeden kielich. Zajrzałam do środka i zobaczyłam wnętrze wytarte od puryfikacji tak bardzo, że na dnie połyskiwał srebrnawo trzpień nóżki. I wtedy obudziła sie we mnie chęć dokonania kidnapinngu eksponatów. Tak, wiem, cenne, stare, mają wartość także jako źródła historyczne. Ale one tam, w tych muzealnych gablotach umierają. Stworzone po to, by służyć, stoją i wyglądają. Biblię też może spotkać ten los: zakonserwujemy, wsadzimy do gablotki i w poczuciu bezpieczeństwa oraz dobrze spełnionego zadania pozwolimy sobie umierać. Bo ona nie umrze. W niej bulgocze radosne, niepowstrzymane życie, które chce i może się dawać każdemu pokoleniu córek Ewy i synów Adama w sposób jedynie jemu właściwy. Z tego, co powiedział Benedykt XVI wynika wręcz, że obowiązkiem każdego pokolenia jest spojrzeć na jej tekst inaczej, znaleźć swoją własną partyturę w jej harmonii. Dopisać kolejną stronicę Tradycji.

Piękna perspektywa, piękne wezwanie.


Ksiądz Węgrzyniak zwiódł mnie na pokuszenie

A dokładnie jego komentarz na deon.pl dotyczący modlitwy “Ojcze nasz”, pokusa zaś dotyczyła skomentowania komentarza. Na moją uwagę, że nie ma sensu dokonywać głębszej egzegezy polskiego przekładu “i nie wódź nas na pokuszenie”, bo greka rzecze inaczej, ks. Wojciech odpisał, co następuje, a ja z rozkoszą oddam się teraz pasji debatowania (już dawno sobie tak teologicznie nie pofechtowałam). Osoby śrdeniozainteresowane egzegetycznymi wiwsekcjami serdecznie przepraszam:

 ”A co do tłumaczenia, to jednak bym dyskutował:)

 1. Zarówno wersja Mt 5,13 jak i Łk 11,4 mówią dosłownie “nie wprowadzaj nas na próbę/pokusę”. [μ εσενγκς μς ες πειρασμν]“.

 Moja greka nigdy nie była genialna a obecnie przypomina dziury po serze szwajcarskim, więc to co tu napiszę, to jedynie próba obrony mojego podejścia:  εἰσενέγκῃς to coniunctivus aoristi (aorystu mocnego) II per. sing., oznacza więc prośbę o to, by dana osoba czegoś z nami nie zrobiła i jednocześnie abyśmy my ( μς ) nie zostali poddani konsekwencjom tego działania. Takie rozumienie wynika ze specyfiki aorystu mocnego. Czyli nie tylko “nie wprowadzaj nas”, ale również “nie pozwól, nie daj, abyśmy zostali wprowadzeni”.
Ale z góry zastrzegam: to raczej wyczucie, niż twarda wiedza.

 2. Czasownik użyty w tej prośbie oznaczy czynność “wprowadzenia, wejście”, np.

 ”Wtem jacyś ludzie niosąc na łożu człowieka, który był sparaliżowany, starali się go wnieść i położyć przed Nim. (Łk 5,18); “Kiedy was ciągać będą do synagog, urzędów i władz, nie martwcie się, w jaki sposób albo czym macie się bronić lub co mówić, (Łk 12,11).

 Prośba jest do Boga, żeby tego nie robił a nie by nie dozwolił robić.

 Bo czy miałoby sens tłumaczenie: “Wtem jacyś ludzie niosąc na łożu człowieka, który był sparaliżowany, starali się pozwolić go wnieść i położyć przed Nim”?

W języku polskim także mamy słowa lub frazy, które w zależności od kontekstu inaczej będą przetłumaczone na obcy język. Słowo “ciało” po angielsku można oddać jako “body” albo “flesh”, co jednak nie znaczy, że należy je traktować zamiennie. W scenie uzdrowienia paralityka mamy do czynienia z kontekstem wyraźnie narzucającym takie a nie inne tłumaczenie tego słowa.
Oczywiście pomijając fakt, że w zacytowanych zdaniach słowo to występuje w innej formie gramatycznej – tu należałoby zestawiać występowanie identycznej frazy oraz występującej u tego samego autora, więc argument w samej swojej konstrukcji jest metodologicznie błędny.

 3. Tłumaczenie “i nie dozwól byśmy ulegli pokusie” jest zgodne z całością przesłania Jezusa, ale raczej niezgodne z jego własnymi słowami w modlitwie “Ojcze nasz”. Jezus wiedział doskonale, że Bóg wielokrotnie wprowadzał ludzi w sytuację próby. Gdyby chciał użyć słów “nie dozwól bysmy ulegli pokusie” użyłby takiej konstrukcji jak w 1 Kor 10,13: “nie dozwoli was kusić” – οκ ἐάσει μς πειρασθναι.

 Tłumaczenie “nie dozwól byśmy ulegli pokusie” jest próbą (poprzezmanipulację przy tłumaczeniu czasownika) wyjścia z podejrzenia, że Bóg nas kusi.

Co do pierwszego argumentu: jedna z trzech zasad interpretacji Pisma mówi o tym, że każdy fragment zawsze ma być czytany w kontekście całości. Tłumaczone także. Jeżeli w innych miejscach NT wynika, że nie chodzi o uciekanie od pokus (przecież nawet Jezus był kuszony, co więcej – to Duch Go “wrzucił” w tę pokusę), to znaczy, że stan bycia wystawionym na pokusę jest w porządku. Dlaczego mamy więc modlić się o to, by Bóg od nas pokusy odsunął?
[argument z Tradycji] Szczególnie, że przez całą historię duchowości chrześcijańskiej przewija się refren, że bez walki duchowej, czyli walki z pokusami, nie ma doskonałości? To etap duchowego oczyszczenia, czemu mielibyśmy prosić Ojca, by nie pozwolił nam dojrzewać?
Ponadto 1Kor nie jest tekstem Jezusa, tylko św. Pawła, a możemy też podejrzewać niejaki wkład skryby-redaktora listu, więc fakt, że tam się pojawia inna konsktrukcja, raczej nie dziwi.
Tłumaczenie: “nie dozwól, abyśmy ulegli pokusie” jest ukazaniem Boga jako wychowawcy, który przeprowadza swoje dzieci przez trudności. Nie ma tu ANI SŁOWA na temat tego, kto jest sprawcą pokusy – może nim być także Bóg. Jest jedynie usilna prośba o wsparcie w chwili, kiedy się z nia mierzymy.

 4. Wiele znanych tłumaczeń począwszy od najczcigodniejszej łaciny nie bało się iść wiernie za tekstem greckim:

 - ne nos inducas in temptationem (Wulgata)

 - do not bring us to the time of trial (New Revised Standard Version Bible)

 - ne nous conduis pas dans la tentation (Traduction Œcuménique de la Bible)

 - führe uns nicht in Versuchung ( Einheitsübersetzung)

 - non c’indurre in tentazione (z Ojcze nasz po włosku)

Większość tych tłumaczeń podejrzewam, że jest za Wulgatą, więc ich jednorodność nie dziwi. Ale tak, jest to argument i to znaczący za przekładem “nie wódź nas na pokuszenie”.

5. Czyli nie mysleć w tej prośbie o “pokuszeniu”, ale o “próbie” i już prawie wszystko gra:)

Tak, greckie słowo ma i ten odcień :) Osobiście wolałabym przekład: “I nie poddawaj nas próbie/pokusie”, ponieważ to polskie słowo ma podwójne znaczenie, dobrze oddające moje intuicje co do greckiej formy: być poddawanym to albo doświadczać czegoś, albo zostawać poddanym czegoś/kogoś.

Bardzo jestem ks. Węgrzyniakowi wdzięczna za tę okazję do odświeżenia mojej wiedzy :) Nie ma to jak małe ćwiczonko, szczególnie, że Modlitwa Pańska jest w ewangelii na dzień dzisiejszy.

Tak na marginesie dodam tylko, że tłumaczenie, które obecnie mamy utrwalone w codziennej modlitwie, ma pewien niezbyt fortunny duchowo wydźwięk: wielu jest przekonanych, że już sam stan pokusy jest czyms złym, tymczasem dopiero grzech jest problemem, nie samo doświadczanie pokusy. Ale skoro modlimy się, żeby Bóg nas nie wodził na pokuszenie, to widocznie z bycia kuszonymi tez powinniśmy sie spowiadać. I tak rodzi się skrupulant…


Dlaczego mężczyźni boją się kobiet

Proszę? Że niby przypisuję panom stany emocjonalne, których nie żywią? Że niby konfabuluję?

Ha! W takim razie proszę bardzo, otwieramy “Pieśń nad pieśniami” (rozdział 6.) i lecimy:

Piękna jesteś, przyjaciółko moja, jak Tirsa, wdzięczna jak Jeruzalem, groźna jak zbrojne zastępy. Odwróć ode mnie twe oczy, bo niepokoją mnie. (…) Kimże jest ta, która świeci z wysoka jak zorza, piękna jak księżyc, jaśniejąca jak słońce, groźna jak zbrojne zastępy? (podkr. moje)

I jakby na potwierdzenie dzisiejsza ewangelia: Herod traci głowę dla tańczącej Salome i dla niepoznaki dekapituje Jana Chrzciciela (dziadek Freud pewnie nazwałby to przeniesieniem). Gdzie ponętne dziewczęta tańczą, tam głowy lecą*. To nie przelewki, jest się czego bać…

A jeszcze w sobotę w pierwszym czytaniu był taki piękny opis dobrej żony, napisany z wielka czułością i znawstwem tematu. Pracowita, pobożna, piękna…

Więc może kobieta jest zagrożeniem tylko dla proroków? Dzisiejsze pierwsze czytanie to fragment z Księgi Jeremiasza, któremu Bóg zabronił się żenić. Jemu nie wolno było mieć żony, Jana też wykończył damski duecik (nie zapominajmy o istotnej drugoplanowej postaci jakże sympatycznej Herodiady).  Nie mówiąc o tym, że Jezus też wybrał stan bezżenny i to samo sugerował swoim apostołom.

Ale pierwszego cudu dokonał na weselu. I kiedy mówi o grzechu nieczystości, dostaje sie przede wszystkim mężczyznom: “Kto patrzy pożądliwie na kobietę, ten już scudzołożył z nią w swoim sercu…” Rozmawia z Samarytanka o bogatej w mężów przeszlości, szuka kobiety chorej na krwotok, po tym jak dotknęła Jego płaszcza i została uzdrowiona. Więc Jezus nie boi się kobiet. Nie boi się, bo je kocha ( Jan skrzętnie zapisuje: “Jezus miłował Martę i jej siostrę”). A “kochać” to coś o rząd wyżej od “pożądać”. Pożądanie sprawia, że muszę mieć, bo jestem jak cegła i piec, czy jakoś tak to szło. I wtedy zaczynam się bać, bo tracę kontrolę.  Bo to stworzenie nawet mnie nie dotykając, jest w stanie mnie powalić na kolana. Znaczy się: groźne jest. Strasznie straszne.

Tia.

Strasznie straszna to jest ta dziura w sercu, która sprawia, że mężczyźni wolą się bać i szukać “strasznych” kobiet (to sie chyba nazywa “wamp” w męskim slangu) niż zadać sobie trud zobaczenia w kobiecie człowieka. Tak samo poranionego i kalekiego jak oni sami. Nie wampa, nawet nie nietoperka, ale piszczącą myszkę z wielkimi czarnymy oczkamy. Bo nawet ta straszna Herodiada od Ściętego Proroka przede wszystkim się bała: że Herod posłucha Jana. I ją zostawi. Czarnooką, przerażoną myszkę, zagubioną na wielkiej pustyni.

*Zasłyszane na kazaniu, gdzieżby indziej jak nie u OP ;)


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 425 other followers