Miesięczne archiwum: Luty 2012

Ksiądz Węgrzyniak zwiódł mnie na pokuszenie

A dokładnie jego komentarz na deon.pl dotyczący modlitwy “Ojcze nasz”, pokusa zaś dotyczyła skomentowania komentarza. Na moją uwagę, że nie ma sensu dokonywać głębszej egzegezy polskiego przekładu “i nie wódź nas na pokuszenie”, bo greka rzecze inaczej, ks. Wojciech odpisał, co następuje, a ja z rozkoszą oddam się teraz pasji debatowania (już dawno sobie tak teologicznie nie pofechtowałam). Osoby śrdeniozainteresowane egzegetycznymi wiwsekcjami serdecznie przepraszam:

 ”A co do tłumaczenia, to jednak bym dyskutował:)

 1. Zarówno wersja Mt 5,13 jak i Łk 11,4 mówią dosłownie “nie wprowadzaj nas na próbę/pokusę”. [μ εσενγκς μς ες πειρασμν]“.

 Moja greka nigdy nie była genialna a obecnie przypomina dziury po serze szwajcarskim, więc to co tu napiszę, to jedynie próba obrony mojego podejścia:  εἰσενέγκῃς to coniunctivus aoristi (aorystu mocnego) II per. sing., oznacza więc prośbę o to, by dana osoba czegoś z nami nie zrobiła i jednocześnie abyśmy my ( μς ) nie zostali poddani konsekwencjom tego działania. Takie rozumienie wynika ze specyfiki aorystu mocnego. Czyli nie tylko “nie wprowadzaj nas”, ale również “nie pozwól, nie daj, abyśmy zostali wprowadzeni”.
Ale z góry zastrzegam: to raczej wyczucie, niż twarda wiedza.

 2. Czasownik użyty w tej prośbie oznaczy czynność “wprowadzenia, wejście”, np.

 ”Wtem jacyś ludzie niosąc na łożu człowieka, który był sparaliżowany, starali się go wnieść i położyć przed Nim. (Łk 5,18); “Kiedy was ciągać będą do synagog, urzędów i władz, nie martwcie się, w jaki sposób albo czym macie się bronić lub co mówić, (Łk 12,11).

 Prośba jest do Boga, żeby tego nie robił a nie by nie dozwolił robić.

 Bo czy miałoby sens tłumaczenie: “Wtem jacyś ludzie niosąc na łożu człowieka, który był sparaliżowany, starali się pozwolić go wnieść i położyć przed Nim”?

W języku polskim także mamy słowa lub frazy, które w zależności od kontekstu inaczej będą przetłumaczone na obcy język. Słowo “ciało” po angielsku można oddać jako “body” albo “flesh”, co jednak nie znaczy, że należy je traktować zamiennie. W scenie uzdrowienia paralityka mamy do czynienia z kontekstem wyraźnie narzucającym takie a nie inne tłumaczenie tego słowa.
Oczywiście pomijając fakt, że w zacytowanych zdaniach słowo to występuje w innej formie gramatycznej – tu należałoby zestawiać występowanie identycznej frazy oraz występującej u tego samego autora, więc argument w samej swojej konstrukcji jest metodologicznie błędny.

 3. Tłumaczenie “i nie dozwól byśmy ulegli pokusie” jest zgodne z całością przesłania Jezusa, ale raczej niezgodne z jego własnymi słowami w modlitwie “Ojcze nasz”. Jezus wiedział doskonale, że Bóg wielokrotnie wprowadzał ludzi w sytuację próby. Gdyby chciał użyć słów “nie dozwól bysmy ulegli pokusie” użyłby takiej konstrukcji jak w 1 Kor 10,13: “nie dozwoli was kusić” – οκ ἐάσει μς πειρασθναι.

 Tłumaczenie “nie dozwól byśmy ulegli pokusie” jest próbą (poprzezmanipulację przy tłumaczeniu czasownika) wyjścia z podejrzenia, że Bóg nas kusi.

Co do pierwszego argumentu: jedna z trzech zasad interpretacji Pisma mówi o tym, że każdy fragment zawsze ma być czytany w kontekście całości. Tłumaczone także. Jeżeli w innych miejscach NT wynika, że nie chodzi o uciekanie od pokus (przecież nawet Jezus był kuszony, co więcej – to Duch Go “wrzucił” w tę pokusę), to znaczy, że stan bycia wystawionym na pokusę jest w porządku. Dlaczego mamy więc modlić się o to, by Bóg od nas pokusy odsunął?
[argument z Tradycji] Szczególnie, że przez całą historię duchowości chrześcijańskiej przewija się refren, że bez walki duchowej, czyli walki z pokusami, nie ma doskonałości? To etap duchowego oczyszczenia, czemu mielibyśmy prosić Ojca, by nie pozwolił nam dojrzewać?
Ponadto 1Kor nie jest tekstem Jezusa, tylko św. Pawła, a możemy też podejrzewać niejaki wkład skryby-redaktora listu, więc fakt, że tam się pojawia inna konsktrukcja, raczej nie dziwi.
Tłumaczenie: “nie dozwól, abyśmy ulegli pokusie” jest ukazaniem Boga jako wychowawcy, który przeprowadza swoje dzieci przez trudności. Nie ma tu ANI SŁOWA na temat tego, kto jest sprawcą pokusy – może nim być także Bóg. Jest jedynie usilna prośba o wsparcie w chwili, kiedy się z nia mierzymy.

 4. Wiele znanych tłumaczeń począwszy od najczcigodniejszej łaciny nie bało się iść wiernie za tekstem greckim:

 - ne nos inducas in temptationem (Wulgata)

 - do not bring us to the time of trial (New Revised Standard Version Bible)

 - ne nous conduis pas dans la tentation (Traduction Œcuménique de la Bible)

 - führe uns nicht in Versuchung ( Einheitsübersetzung)

 - non c’indurre in tentazione (z Ojcze nasz po włosku)

Większość tych tłumaczeń podejrzewam, że jest za Wulgatą, więc ich jednorodność nie dziwi. Ale tak, jest to argument i to znaczący za przekładem “nie wódź nas na pokuszenie”.

5. Czyli nie mysleć w tej prośbie o “pokuszeniu”, ale o “próbie” i już prawie wszystko gra:)

Tak, greckie słowo ma i ten odcień :) Osobiście wolałabym przekład: “I nie poddawaj nas próbie/pokusie”, ponieważ to polskie słowo ma podwójne znaczenie, dobrze oddające moje intuicje co do greckiej formy: być poddawanym to albo doświadczać czegoś, albo zostawać poddanym czegoś/kogoś.

Bardzo jestem ks. Węgrzyniakowi wdzięczna za tę okazję do odświeżenia mojej wiedzy :) Nie ma to jak małe ćwiczonko, szczególnie, że Modlitwa Pańska jest w ewangelii na dzień dzisiejszy.

Tak na marginesie dodam tylko, że tłumaczenie, które obecnie mamy utrwalone w codziennej modlitwie, ma pewien niezbyt fortunny duchowo wydźwięk: wielu jest przekonanych, że już sam stan pokusy jest czyms złym, tymczasem dopiero grzech jest problemem, nie samo doświadczanie pokusy. Ale skoro modlimy się, żeby Bóg nas nie wodził na pokuszenie, to widocznie z bycia kuszonymi tez powinniśmy sie spowiadać. I tak rodzi się skrupulant…


Wielkopostny powiew października

Matka Boża Różańcowa u dominikanów ma taki piękny uśmiech. Obraz ten wydawał mi się znajomy, odkąd go zobaczyłam, dopiero potem skojarzyłam, że w mojej rodzinnej parafii wisi ikona namalowana na jego wzór. Maryja na niej nie uśmiecha się, ale też jest w Niej coś ciepłego i otwartego – jest pochylona ku Jezusowi, jak na ikonie Włodzimierskiej. Ktoś w natchniony sposób połączył hieratyczność Wschodu z ciepłem Zachodniego przedstawienia. Zapewne jego obecność  jest śladem działalności dominikańskiego kaznodziei, który przyjechał do braci franciszkanów głosić pochwałę różańca.

Dotyk paciorków przynosi mi spokój, były jak boja, której się chwyciłam, żeby nie zatonąć po śmierci taty. I to nie był jedyny moment, w którym w recytacji rytmicznie powtarzanych: Modlitwy Pańskiej, Pozdrowień Anielskich i Glorii odnajdywałam pocieszenie i siłę. Traktuję je jak linę asekuracyjną: dla siebie, najbliższych, najdalszych, tych, którym mi trudno wybaczyć. Dziękczynnienia za ich pomoca dopiero się uczę, ale myślę, że zdołam opanować tę sztukę.

W odmawianiu różańca jest coś z  pracy na ziemi: powolna medytacyjność, niezależny od modlącego się wzrost, radość zbierania plonów, poczucie ładu i harmonii. Starannie odmawiany różaniec oczyszcza serce i łagodzi. Medytacje tajemnic otwierają nowe sposoby rozumienia Boga, wprowadzają w Jego życie. Wielu prostych ludzi dzięki tej modlitwie wzniosło się na szczyty duchowości. Cicho, powoli, niepostrzeżenie. Kiedy umarli, ich ręce obwiązano wytartymi paciorkami, piękniejszymi niż wszystkie klejnoty świata.

Różaniec jest niesamowity: w swojej małości i w swojej potędze.


Filotea zachowuje bogactwo ubóstwa

Można ślubować ubóstwo, a mimo to pozostać bogatym i nie chodzi mi tutaj o jakość sprzętu i standard lokali zajmowanych przez zakony. Salezemu też nie o to chodziło. Otóż można z ubóstwa, ch0roby, trudnego dzieciństwa zrobić sobie skarb, który usprawiedliwi wszelkie nasze podłości i uzasadni nasze lenistwo. I jeszcze na dodatek będzie stanowić ono o naszej wyjątkowości i szlachetności. Stanie się powodem do pychy, zamiast uczyć cierpliwości i pokory.

Ponadto świecki doświadcza ubóstwa najczęściej dlatego, że ono na niego spadło – zakonnik wybrał sobie ten stan życia. Osoba żyjąca w świecie, przyjmując ubóstwo, musi się zgodzić na przyjęcie wymagającej woli Boga.

Dlatego, według św. Franciszka, ubóstwo świeckich w tym jest cenniejsze od ubóstwa, które wynika ze ślubów, że trudno mu się stać przyczyną pychy. Za to bardzo często jest źródłem upokorzeń: bo dzieci sąsiada stać na świetny telefon, a moje nie; bo kolega z pracy w każdą zimę wyjeżdża z rodziną na narty w Alpy, a my jedziemy na ferie do babci na wieś; bo koleżanki ubierają się w sieciówkach, a ja i moi w lumpeksie (więc nawet jeśli markowe ubrania, to już niemodne), i tak dalej, i tym podobnie. Ponadto ubóstwo świeckich często też może powodować utratę znajomych, gdyż, na przykład, ich stać na kawę w drogiej kawiarni, a nas nie. Zakonnik zawsze może wtedy się zasłonić swoimi ślubami, świecki wychodzi na nieudacznika.

I ile razy przychodzi nam przychodzi nam przełykać gorzką pigułkę odpowiedzi: “Nie stać mnie”, to warto sobie przypomnieć, że “jesteśmy w dobrej spółce”, jak to ujął Salezy. Należał do niej Jezus, jego najbliżsi, apostołowie i całe rzesze świętych. Idąc ich śladem nie uciekajmy od proszenia o finansową pomoc i od przyjmowania jałmużny. Nie należy jej traktowac jako czegoś nam należnego, ale tez nie trzeba przed nią uciekać. Znów: otrzymujemy ją, aby przekazać ją dalej, kiedy my sami już staniemy na nogi. Zresztą, przyjmując ją, pozwalamy innym na rozwijanie cnoty miłosierdzia. To też cenne.

“Jeśli będziesz w ten sposób żyła wśród swego ubóstwa, będziesz bardzo bogata”.

To już ostatni wpis o Filotei na moim blogu, ponieważ wydawnictwo eSPe zdecydowało się wydać te komentarze drukiem. Bardzo dziękuję za wasze głosy w ankiecie pod poprzednim postem i zapraszam do zajrzenia do papierowej wersji, która będzie dłuższa i bardziej dopracowana redakcyjnie!


World Press Foto i geniusz kobiety

Tegoroczny konkurs World Press Foto wygrało to zdjęcie:

Jego autorem jest Samuel Aranda a przedstawia kobietę, która obejmuje swojego krewnego, rannego po antyrządowych demonstracjach w Jemenie.

Nam układ całości kojarzy się z pietami: ubrana w chustę kobieta, cierpiące, nagie ciało młodego mężczyzny. Wiele delikatności i współczucia. Słabość dająca siłę.

Jeden z jurorów, irański (to ważne, bo wywodzący się z muzułmańskiej, a więc wg stereotypów szowinistycznej kultury) fotograf, Manooher Deghati, zaznaczył w jego opisie, że zdjęcie dotyczy:”ważnej roli, jaką kobiety odegrały w rewolucji. W podobnych sytuacjach łatwo jest pokazać agresję. Ta fotografia ukazuje czułość, która potrafi przetrwać w zalewie agresji”.

WAŻNA rola. Rola tej, która przez pandemonium Wielkiego Piątku i milczenie Wielkiej Soboty przenosi wiarę w zwycięstwo dobra i miłości. Tylko one dają gwarancję, że kiedy piekło minie, będzie na czym odbudować życie. Cierpliwa strażniczka fundamentów; korzeni wszelkiego życia i rozwoju. To jest WAŻNA rola. Komplementarna wobec roli wojownika i obrońcy. I wcale niełatwa.

A dziś, jak dodatkowy komentarz, cytat z abp. Fultona Sheena: “Malutka kuleczka nieświadomości potrzebuje olbrzymiej troski ze strony matki, by osiągnąć pełnię, jaką wyznaczył jej Bóg. Może to jest powód, dla którego matki są przeciwne wojnom:  lepiej niż ktokolwiek inny zdają sobie sprawę z tego, jak wiele czasu potrzeba, by powstał człowiek”. (A tiny ball of unconsciousness needs much mother care to become all that God destined it to be. Maybe that is why mothers are against war; they realize better than anyone else how long it takes to make a man).

Oczyma wyobraźni, czytając te komentarze i cytat z Sheena, widzę prządkę, która z chaosu pęczka wełny wysnuwa nić. Powoli, ostrożnie, ale też mocno skręcając owcze włoski. Grecka Parka. Albo Ariadna, przygotowująca Tezeuszowi narzędzie ratunku. Cierpliwa. Tak w życiu większości kobiet wyraża się męstwo.


Jak baba z chłopem

Tak sobie przeczytałam tekst o. Oszajcy SJ (“Na chłopski rozum rzecz biorąc”) w lutowym “W drodze” i tak sobie myślę, że autorowi myli się lekarstwo z chorobą.

Z zawikłanej, iście kazuistycznej, argumentacji, udało mi się (mam nadzieję, że poprawnie) wyprowadzić wniosek, iż autor uznaje, że ludzie niech sobie wierzą, jak chcą, byle wierzyli. Kościół stał się formalistycznym sędzią, który nie wnika w serce, tylko bezwzględnie egzekwuje, a ludzie dla świętego spokoju ulegają. Nie angażując się zbytnio.

No tak. A czy jest jakikolwiek sposób na zaangażowanie dorosłego, wolnego człowieka w relację, jeśli on sam nie zechce się w nią zaangażować? Nie pisze tu nic nowego czy twórczego. Tak sobie stawiam retoryczne pytania. Bo zawsze oczywiście można zmanipulować, ale wtedy Kościół staje się sektą a wmanipulowani wcześniej czy później albo odejdą, albo staną się cyniczni.

Jako przykład bezduszności instytucji pojawiają się m.in. imieniny w Wielki Post. Z jednej strony ojciec wskazuje na to, że warunkiem dojrzałego zaangażowania w praktyki religijne i przyjęcia norm moralnych jest głęboka relacja z Bogiem i tej relacji ma to zaangażowanie i przyjecie służyć, a z drugiej sugeruje, żeby, jak juz się ma to prywatne święto w Wielkim Poście (biedni Józefowie!), wziąc dyspensę i pobalować z przyjaciółmi. Tylko tu mój mały Wewnętrzny Inkwizytor zaraz wyskakuje z pytaniem: “A zachowanie postu w Wielkim Poście nie służy przypadkiem zachowaniu i wzmocnieniu relacji z Bogiem? A imienin czy urodzin nie da się przełożyć na okres wielkanocny?”

No właśnie. Bóg dał mi te 40 dni, żebym wyciszyła się, potowarzyszyła Mu w drodze do Jerozolimy, spotkała Go, nawróciła się. Prosi mnie, żebym dała Mu ten czas. A ja co? A ja w imię cytatu: “Bądźcie miłosierni, jak Ja jestem miłosierny” radośnie Go, przepraszam – Jego propozycję, khem…, ignoruję.  To jakby mąż uzasadniał brak rozmów z żoną stwierdzeniem: “Ale przecież my z żoną mamy taką głęboką relację…”

Współczesność choruje na ostrą postać choroby Co_Mi_Jeszcze_Możesz_Dać oraz Zespół Agresywnego Reagowania Na Wymagania. Objawiają się one utratą zdolności do dawania. Jak już, to się raczej “inwestuje”.  I jak interes wygląda kiepsko (a tak może wyglądać oferta Kościoła, jeśli ktoś ucieka przed zmierzeniem się z faktem własnej śmiertelności i nie wierzy w zmartwychwstanie), to wycofujemy udziały. Jeszcze trzyma nas coś kulturowo, ale przy najmniejszym kryzysie uciekamy.

Tego nie leczy się dawaniem. To leczy się stawianiem granic i jasnym nazywaniem swojego stanowiska. I Kościół to robi w swoim nauczaniu. Granice bolą, zmuszają do stawiania pytań, generują kryzysy. Ale bez kryzysów nie ma szansy na rozwój. Niektórzy odejdą. Niektórzy, którzy powinni odejść, zostaną. Ale grunt, żeby nie zasypiali, żeby kryzys trwał.

Bo jak przyjdzie Pan, to, jakby to ująć, będzie już ciut za późno…


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 425 other followers