Miesięczne archiwum: Styczeń 2012

Kordian w Słowackim

Obawa o odbiór spektaklu, która zakiełkowała w moim umyśle, kiedy zobaczyłam widownię (zapomniałam, że “Kordian” to lektura), okazała się płonna. W większości uczniowie, ale dobrze wychowani. Nawet jeśli się nudzili, to nie okazywali tego nachalnie.

Spektakl trudny, oniryczny. Chcę teraz przeczytać jeszcze raz “Kordiana”, choć i bez tego wiem, że sztuka została rozmontowana i zmontowana ponownie w innym układzie. Urywane monologi, rwane sceny – w filmie można byłoby powiedzieć o teledyskowym montażu. Sen – koszmarny, ale fascynujący. Nie do końca i nie zawsze przekonywała mnie muzyka, szczególnie w scenach, które miały być liryczne, ale główna melodia całości dobrze zgrana z konwencją (można jej posłuchać na filmiku na stronie spektaklu, okienko “galeria”).

Świetna gra, nawet jeśli Śmierć wbijał szablę dla Kordiana kilkakrotnie w scenę, bo nie chciała w niej utknąć we w miarę pionowej pozycji a jeden z Podchorążych miał duży problem w pewnym momencie z odzyskaniem marszowego rytmu. To nic nie znaczące detale w zestawieniu z mocnym, energetycznym rytmem spektaklu, który porywał i zagarniał widza. Mnie przynajmniej zagarnął.

Sugestywny Śmierć (Jerzy Światłoń), silny i zyskujący często dominację na scenie samym wejściem Szatan (Feliks Szajnert). Zresztą siła jego osobowości sprawiła, że scena egzorcyzmu wypadła dość nieprzekonywująco. Ot, znudziło mu się bawienie akurat tą marionetką. Chociaż tu trzeba też przyznać, że o Kordianie Grzegorza Mielczarka trudno powiedzieć, że jest marionetką. To nie jest melancholijna lelija, raczej człowiek, który w pewnym momencie utracił azymut, przez co jest bardzo współczesny. I bardzo mocno zagrany, choć bez szarży.

W pamięci zostanie mi też scena rozmowy Cara z Konstantym (i tu jednak przyznaję więcej punktów Konstantemu), ich wzajemne obrzucanie się grzechami, żalami, ujawnienie wewnętrznego mechanizmu zawiedzionych (lub nie) ambicji.

Ostateczne wnioski? Nie jestem ze szkoły Gombrowicza – Słowacki wielkim poetą był. Słowacki był mistrzem słowa: jego polszczyzna wibruje, jest dynamiczna, kiedy trzeba cyniczna, kiedy trzeba delikatna i plastyczna. Słuchanie jego frazy sprawiało mi olbrzymią przyjemność, szczególnie, że była dobrze podana.

Cieszę się z tego spektaklu. Czekałam na niego niecierpliwie i tym razem intuicja mnie nie myliła: było warto.


Chesterton i amerykańscy uczeni

Amerykańscy uczeni odkryli co następuje:
“Zespół naukowców z University of Maryland pod kierownictwem prof. Richarda Lichensteina, przeanalizował ilość wypadków z USA, w których poszkodowanymi były osoby używające słuchawek. Jak się okazało, liczba poważnych zranień, niejednokrotnie kończących się kalectwem, odniesionych przez osoby noszące słuchawki – zarówno douszne, jak i nauszne – wzrosła w ciągu ostatnich 6 lat przeszło trzykrotnie. W większości przypadków samochody, pociągi kolejek podmiejskich, kolei bądź metra, które brały udział w wypadku, używały klaksonów. Jednak ich dźwięk nie był słyszany przez ofiary. (…) Rozproszenie spowodowane użyciem urządzeń elektronicznych zostało określone przez nich [badaczy] jako „nieintencjonalna ślepota”, polegająca na tym, iż zbyt wiele bodźców powoduje zaburzenia alokacji w mózgu (podkr. moje)” źródło.

To zapiski z roku 2011.

A tu współbrzmiąca z tym diagnoza z roku 1930 – któżby,  jak nie G.K. Chesterton:
“People are inundated, blinded, deafened, and mentally paralysed by the flood of vulgar and tasteless externals, leaving them no time for leisure, thought, or creation from within themselves”.
[Ludzie są zalani, oślepieni, ogłuszeni i umysłowo sparaliżowani powodzią banalnych i pozbawionych smaku bodźców płynących z zewnątrz, które nie pozostawiają im czasu na odpoczynek od obowiązków, myślenie lub stworzenie czegoś własnego"]

Ogłuszamy się, paraliżujemy i oślepiamy, bo wydaje nam się, że dzięki temu uciekniemy od konieczności śmierci albo przynajmniej śmierć będzie mniej bolesna.  Jednocześnie jednak nasza kultura jest kulturą cytatologii i copy-paste’a, co znaczy, że jest bezpłodna. Zajmuje się jedynie generowaniem kolejnych, ogłuszających bodźców. Uciekamy od śmierci, pędząc w jej ramiona. I nawet nie słyszymy ostrzeżenia, że się do niej zbliżamy.

Nie chcemy słyszeć.

Ciekawe, że Chesterton dotarł do tego wniosku bez wieloletnich badań. Widocznie zapewnił sobie wystarczającą ilość czasu na odpoczynek, myślenie i twórczość, bez zastanowienia rezygnując z niewystarczająco ciekawych bodźców. Co ja jeszcze robię w tym internecie? :D

 



Tomasz w sosie ACTA

Dzisiejsze kazanie na  święto św. Tomasza z Akwinu było wyraźnie naznaczone ACTA. Nie dość, że kaznodzieja przyznał się do dokonanego przed kazaniem odpytywania współbraci na okoliczność znajomości św. Tomasza, to jeszcze zaznaczył precyzyjnie w czasie czasu ambonowego, które myśli nie są jego. Co się z tym światem dzieje…

:)

Ale i tak moim ulubionym cytatem z dnia dzisiejszego pozostanie fragment kolekty, czyli modlitwy, którą kapłan odmawia na początku Mszy, po “Kyrie eleison”:

Boże, dzięki Twojej łasce święty Tomasz gorliwie dążył do świętości i odznaczał się głębokim poznaniem prawd objawionych, * spraw, abyśmy zrozumieli jego naukę i naśladowali jego czyny. Przez naszego Pana Jezusa Chrystusa, Twojego Syna, † który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, * Bóg, przez wszystkie wieki wieków. Amen. (podkr. moje)

Tekst mi wygląda na dzieło albo prawdziwie dominikańskiej (bo uszczypliwej) miłości, albo desperacji. Cóż, wystarczy zajrzeć do Sumy, żeby zrozumieć to gorące wezwanie Ducha Świętego na pomoc w “zrozumieniu jego nauki” :)


Pytanie o pusty kieliszek

Na początek wszystkiego najlepszego z okazji wspomnienia św. Franciszka Salezego, hojnego sponsora wpisów o Filotei!

I Doktora Kościoła, biskupa i tak po ludzku bardzo dobrego, otwartego człowieka.

A teraz nieco o tytułowym kieliszku. Wszystko zaczęło się od lektury książki o praktyce medytacji. Autor wyznawał, iż założenia doktrynalne są małoznaczące, liczy się wspólne siedzenie w milczeniu i wewnętrzna integracja. W końcu wszyscy ludzie (według autora) są do tego zdolni, więc poszukajmy jedności ludzkości w praktykowaniu medytacji, odsuwając na bok wszelkie nasze przekonania religijne.

Oburzyłam się! Jak tak dalej pójdzie, to jako zawodowy teolog znajdę sie na bruku, trzeba jakoś zaradzić upowszechnianiu się tych treści!

Ale tak serio, to tego typu stwierdzenia, mówiące o ograniczeniu rozumienia wiary jedynie do “wierzę Bogu” bez wymiaru “wierzę [w prawdy] o Bogu” jest niespójne.

Nie potrafiłam tego dobrze ująć, ale pomógł mi niezastąpiony C.S.L. (Boże, jak dobrze, że go stworzyłeś!): “Gdyby kieliszki miały świadomość, podejrzewam, że bycie opróżnionym byłoby takim samym doświadczeniem dla każdego z nich, chociaż niektóre z nich miałyby potem zostać puste, inne napełnione winem, a jeszcze inne stłuczone. Wszyscy opuszczający ląd i wyruszający w morze “odkrywaja to samo” – chowającą się za horyzontem ziemię, pozostające z tyłu mewy, słony wiatr. Turyści, kupcy, żeglarze, piraci, misjonarze – bez różnicy. Jednak to identyczne doświadczenie nie mówi nic na temat tego, czy ich podróż jest pożyteczna, czy może niezgodna z prawem, ani czym ostatecznie się skończy (…) To prawdziwa religia nadaje wartość doświadczeniom mistycznym” (“O modlitwie”).

Doświadczenie jest niczym innym, jak tylko doświadczeniem. Dopiero interpretacja tego doświadczenia, znajdująca swój wyraz w podjętym działaniu, nadaje mu moc sprawczą. A interpretacja zakłada odbywa się dzięki określonemu zbiorowi pojęć, tradycji i prawd.  O ile na poziomie drogi do doświadczenia i samego doświadczania chrześcijanin i buddysta zen będą zgodni, to już wyprowadzana z niego praktyka może zacząć się różnić. Bo obaj funkcjonują w innych zakresach. Dla buddysty ostatecznym celem jest nirwana, dla chrześcijanina zmartwychwstanie, które, co należy bardzo mocno podkreślić, oznacza odzyskanie cielesności. Przemienionej, to prawda, ale cielesności.  I jak z nią pogodzić nirwanę? Hinduizm czy buddyzm zakłada cykliczność, chrześcijaństwo mówi o linii: raz rodzimy się, żyjemy i umieramy. Owszem, nasze doczesne życie jest cyklami “umierania” i “zmartwychwstawania”, ale mam jakies takie dziwne przeczucie, że nie o tego typu cykle chodzi w świętych księgach religii Wschodu.

I wreszcie pewien drobny, lecz bardzo istotny fakt: jak czytamy u klasyka zachodniej teologii apofatycznej, autora “Obłoku niewiedzy”, do drogi kontemplacji nie wszyscy są powołani. O ile religie Wschodu radzą sobie z tym mówiąc o cyklach wcieleń i oczyszczeń, to dla liniowego chrześcijaństwa takiego rozwiązania nie ma. Za to wynurza się bardzo paskudna perspektywa, iż ci niepowołani są skazani na duchową klęskę. Tak po prostu i odgórnie.

I im dłużej siedzimy nad tym, tym więcej pytań będzie się rodzić. Można od nich uciec w ciszę medytacji, ale to będzie jedynie ucieczka. A tym samym przyznanie się do porażki koncepcji mówiącej o tym, że nieważne w jakim celu i co z nim dalej się stanie, ale grunt, że kieliszek jest pusty.


Brzemienna gra znaczeń

Wypełnił się czas! Chociaż greka daje też możliwość zrozumienia tego jako: czas został wypełniony. Jezus rozpoczyna swoją działalność właśnie od tej wieści. Już nie trzeba ani minuty czy sekundy oczekiwania. Nastał kairos – czas wyznaczony.

Kairos czego?

Czasownik “pleeroo” – wypełnić; ma wśród swych licznych znaczeń także: zapłodnić. W pierwszym zdaniu Jezusowego głoszenia jest on użyty w formie, którą można przetłumaczyć także jako stronę bierną. Tak więc czas został zapłodniony; czas stał się brzemienny.

Brzemienny zbawieniem.
Brzemienny Słowem.
Brzemienny panowaniem Boga.

Gdy Jan został uwięziony, przyszedł Jezus do Galilei i głosił Ewangelię Bożą. Mówił: „Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”.
Przechodząc obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał Szymona i brata Szymonowego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. Jezus rzekł do nich: „Pójdźcie za Mną, a sprawię, że się staniecie rybakami ludzi”. I natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim.
Idąc nieco dalej, ujrzał Jakuba, syna Zebedeusza, i brata jego, Jana, którzy też byli w łodzi i naprawiali sieci. Zaraz ich powołał, a oni zostawili ojca swego, Zebedeusza, razem z najemnikami w łodzi i poszli za Nim. 

Mk 1,14-20.


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 425 other followers