Miesięczne archiwum: Sierpień 2011

Filotea jako konserwator powierzchni zewnętrznych

Temat zapowiada sie dłuższy, więc dzis tylko wprowadzenie – nieco o pokorze zewnętrznej. Franciszkowi Salezemu nie chodzi tu o pozorna pokorę, wyrażająca się jedynie zewnętrznymi przejawami. Ma na myśli szukanie chwały w tym, co (nomen omen) powierzchowne:

“Są tacy, co pysznia się swoim wierzchowcem, piórem u kapleusza albo wykwintnym strojem. Czy to nie głupota? Bo jeżeli jest w tym w ogóle jakaś chwała, to należy sie ona nie im, ale koniowi, ptakowi czy krawcowi. O, jak nędzny musi być ktoś, kto pożycza sobie czci od bydlęcia, od piórka albo od swojej sukni”

Cytat tak soczysty, że aż kapie dosadnością i celnością uwag. Równie mocno obrywa się tym, którzy chełpia się stylizacją swojego stroju, towarzyskim obyciem, pozycją naukową czy wyglądem (tych ostatnich Salezy porównuje do pawi, które popisując się swoim ogonem jednocześnie odsłaniają z tyłu co nieco a w zasadzie wszystko). Pogoń za ludzkim poklaskiem ostatecznie sprawia, że jedyne, co się osiąga, to śmieszność i litość: “Bo cześć, która jest piękna, gdy jest ofiarowywana, staje się bezecna, gdy się jej wymaga, poszukuje, żebrze”.

I nie chodzi teraz o to, by odrzucać czy negować dzierżawione łaski: wyczucie w stroju, delikatność obycia i dobre wychowanie,  intelektualne zdolności czy tytuły zdobyte ciężką pracą i odciskami na pośladkach (piszę to z punktu widzenia humanisty, pewnie  specjaliści z innych dziedzin odciski mają w innych miejscach :D ). Każdy ma zajmować miejsce sobie należne a tajemnica tkwi w tym, co uznajemy za ostateczny cel swoich działań. Czyt. kto jest naszym ostatecznym sędzią: ludzie czy Bóg? Jeśli Bóg, to będziemy się starać o to, by pełnić Jego wolę. Będziemy szukać przede wszystkim dobra, prawdy, agape. Jeśli temu poszukiwaniu będzie towarzyszyła chwała ze strony ludzi – dobrze. Jeśli nie będzie towarzyszyła – drugie dobrze (to drugie wytłumaczę w następnym odcinku).

Najważniejsze jednak to pamiętać, że jest “pewien mały ptaszek, który ma dar odstraszania swoim piskiem i wzrokiem ptaków drapieżnych (…) Tak i pokora odstrasza szatana i zabezpiecza w nas łaskę i dary Ducha Świętego”. A hodowlę tego ptaszęcia zaczyna się od przyjrzenia motywacjom swoich działań. I temu czy przypadkiem nie uzależniliśmy się od skrzętnie poszukiwanego kadzidła, którym nam inni kadzą – zarówno z własnej woli, jak i nieco przez nas do tego przymuszeni…


Dlaczego mężczyźni boją się kobiet

Proszę? Że niby przypisuję panom stany emocjonalne, których nie żywią? Że niby konfabuluję?

Ha! W takim razie proszę bardzo, otwieramy “Pieśń nad pieśniami” (rozdział 6.) i lecimy:

Piękna jesteś, przyjaciółko moja, jak Tirsa, wdzięczna jak Jeruzalem, groźna jak zbrojne zastępy. Odwróć ode mnie twe oczy, bo niepokoją mnie. (…) Kimże jest ta, która świeci z wysoka jak zorza, piękna jak księżyc, jaśniejąca jak słońce, groźna jak zbrojne zastępy? (podkr. moje)

I jakby na potwierdzenie dzisiejsza ewangelia: Herod traci głowę dla tańczącej Salome i dla niepoznaki dekapituje Jana Chrzciciela (dziadek Freud pewnie nazwałby to przeniesieniem). Gdzie ponętne dziewczęta tańczą, tam głowy lecą*. To nie przelewki, jest się czego bać…

A jeszcze w sobotę w pierwszym czytaniu był taki piękny opis dobrej żony, napisany z wielka czułością i znawstwem tematu. Pracowita, pobożna, piękna…

Więc może kobieta jest zagrożeniem tylko dla proroków? Dzisiejsze pierwsze czytanie to fragment z Księgi Jeremiasza, któremu Bóg zabronił się żenić. Jemu nie wolno było mieć żony, Jana też wykończył damski duecik (nie zapominajmy o istotnej drugoplanowej postaci jakże sympatycznej Herodiady).  Nie mówiąc o tym, że Jezus też wybrał stan bezżenny i to samo sugerował swoim apostołom.

Ale pierwszego cudu dokonał na weselu. I kiedy mówi o grzechu nieczystości, dostaje sie przede wszystkim mężczyznom: “Kto patrzy pożądliwie na kobietę, ten już scudzołożył z nią w swoim sercu…” Rozmawia z Samarytanka o bogatej w mężów przeszlości, szuka kobiety chorej na krwotok, po tym jak dotknęła Jego płaszcza i została uzdrowiona. Więc Jezus nie boi się kobiet. Nie boi się, bo je kocha ( Jan skrzętnie zapisuje: “Jezus miłował Martę i jej siostrę”). A “kochać” to coś o rząd wyżej od “pożądać”. Pożądanie sprawia, że muszę mieć, bo jestem jak cegła i piec, czy jakoś tak to szło. I wtedy zaczynam się bać, bo tracę kontrolę.  Bo to stworzenie nawet mnie nie dotykając, jest w stanie mnie powalić na kolana. Znaczy się: groźne jest. Strasznie straszne.

Tia.

Strasznie straszna to jest ta dziura w sercu, która sprawia, że mężczyźni wolą się bać i szukać “strasznych” kobiet (to sie chyba nazywa “wamp” w męskim slangu) niż zadać sobie trud zobaczenia w kobiecie człowieka. Tak samo poranionego i kalekiego jak oni sami. Nie wampa, nawet nie nietoperka, ale piszczącą myszkę z wielkimi czarnymy oczkamy. Bo nawet ta straszna Herodiada od Ściętego Proroka przede wszystkim się bała: że Herod posłucha Jana. I ją zostawi. Czarnooką, przerażoną myszkę, zagubioną na wielkiej pustyni.

*Zasłyszane na kazaniu, gdzieżby indziej jak nie u OP ;)


O powołaniu z “Władcą Pierścieni” w tle

Dla mnie to definicja powołania – Głos Boga, Który nie przestanie wołać…

Słyszę twój głos w powiewie wiatru

słysze jak woła moje imię.

Mówisz do mnie: “Słuchaj moje dziecko,

jestem głosem twojej historii.

Nie bój się i chodź za mną,

a dam ci wolność”

REF: Wołam w wietrze i w padającym deszczu

Wołam w twoim głodzie i bólu,

jestem głosem, który nie przestaje cię wołać

głosem, który będzie trwał.

Słyszysz mnie na polach, kiedy mija lato,

Jestem w tańcu liści, kiedy wieja jesienne wiatry

Nie zasypiam podczas długiej mroźnej zimy

Jestem siłą, która wzrasta wraz z wiosną.

Jestem głosem z przeszłości, która zawsze będzie obecna

wypełniona moim smutkiem i krwią na polach

Jestem głosem przyszłości”.

Daj mi swój pokój,

daj mi swój pokój, a moje rany zostaną uzdrowione.

REF.: Wołam w wietrze…


Ważko(wato)ść myśli

Ech, ta zdradliwa lekkość słów, które wypadają z ust, zanim zdąży się je przemyśleć. Jak ja dobrze rozumiem syna Tolomaja, Natanaela. Myśl jak ważka dotknęła powierzchni umysłu, przesunęła się i już mknie z ust, i lekko unosi się w powietrzu, i… wołem powraca.

Przekleństwo prostoduszności i, niestety trzeba przyznać, nieco ciężkawego humoru.

Ale Jezusowi to nie przeszkadza. Wypowiada jedną z najpiękniejszych pochwał: “Oto prawdziwy Izraelita, w którym nie ma podstępu”. To prawda, przy tak szybkim połączeniu myśli z aparatem mowy nie ma miejsca na podstęp. Za to dużo zależy od czystości serca, bo wszak z “obfitości serca mówią usta”. Bartłomiej musiał być człowiekiem czystego serca. Wszak ludzie czystego serca są błogosławieni, bo Boga oglądać będą.

A on zobaczył.


Filotea poszerza serce

Kiedy św. Paweł pisze o miłości, zaczyna jej opis od cierpliwości. Miłość jest po pierwsze cierpliwa. I od przepisu na doskonalenie własnie tej cnoty zaczyna swoje szczegółowe rady także św. Franciszek Salezy. Kojarzy mi się ono (to doskonalenie) z ćwiczeniami rozciągającymi. Taki pilates duchowy. A skojarzenie bierze się stąd, że po pierwsze cierpliwość polega na poszerzaniu serca; rozciąganiu go, aby mogło przyjąć jak najwięcej z Boga, a po drugie – ćwiczenie cierpliwości odbywa się w napięciu między prawdą a pragnieniem zasługi.

Salezy przypomina na początek, że Jezus zbawił nas wlaśnie poprzez cierpienie i cierpliwość. Tu możemy znaleźć mnóstwo odniesień i w opisach Cierpiącego Sługi Jahwe u Izajasza, i w opisach Męki u Ewangelistów, wreszcie w Listach Pawłowych a nawet w Apokalipsie. Przyjęcie cierpienia, szczególnie upokorzeń i braków dnia codziennego, jest upodobnieniem się do Pana. Nie chodzi tu teraz o to, żeby zabawić sie w Hrabinę z Kabaretu Starszych Panów i za hymn życia obrać “Katuj, tratuj, wszystko ci przebaczę tak, jak bratu”, tylko o przyjęcie upokorzeń i oskarżeń, które przynosi życie. Zarzutów zwłaszcza od ludzi dobrych i mówiących w dobrej intencji: “Bo jak cięcie pszczoły jest bardziej bolesne od kąsania much, tak tez przykrości i przeciwieństwa są bardziej nieznośne, kiedy doznawane sa od dobrych”.

Prawdziwe wyzwanie, prawda?

Ważne jest też to, że nie każde oskarżenie mamy zbyć milczeniem:  jeśli jest ono niesłuszne, należy spokojnie powiedzieć jaka jest prawda. Należne jest to w imię sprawiedliwości. Ale jesli to nie przekona naszego oskarżyciela, trzeba resztę przyjąc w milczeniu.

“A jeśli trzeba się komus poskarżyć – bądź dla zapobieżenia złemu, bądź dla uspokojenia umysłu, wybieraj na to dusze spokojne i miłujące Boga. Inaczej bowiem zamiast ukojenia twego serca, będą je one jeszcze bardziej rozburzały; zamiast wyjęcia ciernia, który cie drażni, jescze bardziej wbiją ci go w nogę”. Od siebie dodam, że warto na słuchacza wybrać osobę, która nie jest właczona w sytuację osobiście – to pozwoli jej na zachowanie dystansu a przez to danie bardziej obiektywnego wsparcia.

Kiedy Filotea cierpi fizycznie, św. Franciszek  radzi jej, aby leczyła się, korzystała z wszelkiej pomocy, zażywała leki i spożywała nakazane potrawy a co do skuteczności terapii zawierzała siebie Bogu. “Pragnij wyzdrowieć, by móc służyc Bogu, ale nie wzdragaj się usychać z posłuszeństwa względem Niego i bądź gotowa umrzeć, jeśli Jemu podoba się, żebyś tym prędzej Go chwaliła i posiadała na wieki”. Jako na źródło siły i motywację Salezy wskazuje na Umęczonego. Bardzo długo nie rozumiałam, czemu praktyka kontemplacji Męki Pańskiej czy Ukrzyżowanego ma mi pomagać w chwilach cierpienia, dotarło to do mnie dopiero niedawno. Odpowiedzi odnalazłam dwie.

Po pierwsze każde cierpienie przyjęte w Jego imię upodabnia mnie do Niego. A jak pisze św. Paweł właśnie to upodobnienie jest naszą wejściówką do zmartwychwstania. Mówiąc obrazowo, w drzwiach raju będziemy mogli podac jako powód starania o wizę “odrzucenie”, “pogarda”, “upokorzenie”, “głebokie cierpienie fizyczne”, “wyszydzenie” etc. Brama nieba działa na te właśnie hasła.

Po drugie: od Wielkiego Czwartku wieczorem do zmierzchu Wielkiego Piątku Bóg nie przestaje mi mówić, jak wielką mam dla Niego wartość. Jestem/jesteś odkupiona/y krwią, łzami, potem, bólem BOGA. Ty, nikt inny. To jest twoja cena, określenie twojej wartości. Mojej zreszta też. To poczucie własnej wartości sprawia, że odnajdujemy swoją godność i to pożądnie podszytą radością.

I to poczucie godności ratuje nas od pułapek, w jakie można wpaść, ćwicząc sie w tej cnocie. Święty Franciszek wymienia kilka rodzajów pseudocierpliwości: na konesera (tylko w wybranych zakresach czy sferach życia), na cierpiętnika (“wcale się nie skarżę, ale niech mnie wszyscy żałują”) i wreszcie na herosa (“chętnie zniosę krwawe męczeństwo, ale męczacego rozmówcy nie zniosę i powiem mu do wiwatu”).

Podsumowując: cierpliwość to zdolność znoszenia z łagodnością i w milczeniu cierpienia. Nie oznacza ona jednak “duszenia” w sobie żalu i krzywdy, szukania sposobów na samozniszczenie czy potwierdzania swojej heroiczności w oczach innych. Ojciec Michał Zioło użył kiedyś do opisania podobnej sytuacji obrazu poddawania się ciosowi; przyjmowania go w siebie tak, aby go zneutralizować. To pozwala usunąć ze świata tę kroplę zła, która niszczy. I jest możliwe tylko przez nasze włączenie w Paschę Pana, bo tylko On jest Zbawcą świata.

A kiedy juz zaczniemy rozciągać starannie nasze serce, w pewnym momencie odkryjemy, że przydałoby sie w tym sercu posprzątać. I o tej akcji porządkowej, czyli o pokorze, będzie następny odcinek.


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 425 other followers