- powiedziała mi dziś rano znajoma zmysłowo zarzucając na ramię koniec granatowo-turkusowego szala. Najpierw radośnie zabrechtałam a potem pomyślam: “Coś w tym jest…”
Zastanowiło mnie też od razu, co było w umyśle tańczącej Salome a przede wszystkim jej matki, kiedy używając perfekcyjnej manipulacji (dziś pewnie nazwalibyśmy to mobbingiem) zmusiła swojego męża do zbrodni. Zmusiła, “Herod bowiem czuł lęk przed Janem, bo znał go jako męża prawego i świętego, i brał go w obronę. Ilekroć go posłyszał, odczuwał wielki niepokój, a przecież chętnie go słuchał”, jak notuje ewangelista Marek (Mk 6,20). Przyjrzyjmy się anatomii tego wydarzenia.
Z jednej strony mamy kobietę w średnim wieku, która histerycznie boi się, że jej obecny mąż ją odeśle. Jej pierwszy mąż wciąż jeszcze żyje i pewnie by ją przyjął, ale ona najwyraźniej emocjonalnie “żeruje” na Herodzie, więc go nie zostawi, nawet wtedy, kiedy Herod pójdzie na wygnanie oskarżony przez Kaligulę o zdradę stanu. Przypomina mi to scenę z opowiadań Sapkowskiego, kiedy nabita na osikowy kołek wampirzyca ostatkiem sił próbuje dopaść swojego kochanka charcząc: “Mój albo niczyj”. Może kogoś to podnieca, mnie osobiście przeraża.
Z drugiej strony jest słaby Herod, dla mnie sztandarowy dowód na to, że grzechy przeciw szóstemu przykazaniu wcale nie są takie nieszkodliwe. Sfera seksualna należy do sfery budowania relacji. Jeśli ktoś większość swojego życia spędził na traktowaniu jej jako li jedynie formy rozładowania potrzeb fizjologicznych, kończy się to tak, że te potrzeby zaczynają nad nim panować. Wystarczy doprowadzić go do odpowiedniego poziomu podniecenia, żeby osiągnąć wszystko, czego się od niego chce, na przykład zabicie człowieka.
Transfer dóbr (bo trudno mówić o darze z siebie w tym kontekście) przebiega na zasadzie: kobieta w zamian za zaspokojenie jej potrzeb emocjonalnych i ekonomicznych daje współżycie. Życie wspólne jako nieustanna walka pod tytułem: “Kto więcej wyszarpie”, wyczerpująca wojna pozycyjna, w której nie ma wygranych, chyba, że jedna ze stron wreszcie podejmie decyzję o swoim nawróceniu. Herod był bardzo blisko tej decyzji i Herodiada świetnie wyczuwała, że traci władzę. O tak, władza to cenna rzecz, możliwość kontrolowania innych daje złudne poczucie bezpieczeństwa chociaż wyczerpuje psychicznie. W imię utrzymania się u steru warto podsunąć swojemu rozwiązłemu mężowi inną kobietę, nawet własną córkę, i zabić głos, który mógłby doprowadzić do zmiany układu sił. Kto wie, może nawet jeszcze więcej – do własnego nawrócenia?
Pytanie do przemyślenia: ile razy w imię zachowania kłamliwego i niszczącego dla mnie status quo szlachtuję głos swojego sumienia? I co jest w stanie mnie do tego nakłonić?



