…w wyszukiwarkę na You Tube wrzucimy słowo “pijarzy”?
Ano wyświetli nam się coś takiego:
Prawda, że sympatyczne?

…w wyszukiwarkę na You Tube wrzucimy słowo “pijarzy”?
Ano wyświetli nam się coś takiego:
Prawda, że sympatyczne?

Dlaczego mój ból nie ma granic, a moja rana jest nieuleczalna, niemożliwa do uzdrowienia?
To Jeremiasz, dzisiejsze czytanie. Dramat ryby złapanej na wędkę, która nie chce wypluć haczyka. Może, ale nie chce. Albo walka wędrowca na szlaku, ostre podejście: piekący ból w gardle i drżenie przeciążonych mięśni. Ciało ma już dość, psychika racjonalizuje, podsuwa kolejne argumenty, żeby odwrócić się i zejść. Jedyne co trzyma na obranej drodze to decyzja. Pamięć o decyzji.
Bo jeśli nie teraz to kiedy? Bo jeśli nie tutaj to gdzie? Kiedy, gdzie dam świadectwo, jeśli teraz, tutaj zaprę się mojego Boga, mojej zgody na Jego wybór?
…mój ból nie ma granic, a moja rana jest nieuleczalna…
I nie chcę drogi odwrotu.

Często w dyskusjach pojawia się argument, że Kościół katolicki przysłużył się epidemii AIDS w Afryce upierając się przy swoim zakazie stosowania prezerwatyw i upartym promowaniu czystości rozumianej jako abstynencja lub konsekwentna monogamia/monoandria (żeby nie zapominać o panach
) jako profilaktyki.
Poniżej trzy argumenty za tym, dlaczego Kościół ma rację:
1. Praktyka krajów afrykańskich, w których doszło do epidemii AIDS.
Jedynym krajem, któremu udało się znacznie obniżyć skalę zakażeń jest Uganda, w której wprowadzono konsekwentą promocję czystości (z 21% osób zakażonych w roku 1991 do 6% w roku 2002). Po drugiej stronie mamy Zimbabwe, w którym pomimo intensywnej promocji prezerwatyw, liczba zachorowań gwałtownie wzrosła i zaczęła znacząco spadać dopiero po tym, kiedy doszło do zmiany w zachowaniach seksualnych (spadła liczba przypadkowych kontaktów seksualnych i podniósł się wiek inicjacji, dane na podstawie badań zespołu Simona Gregsona).
2. Wyniki badań wskazujących na brak korelacji pomiędzy poziomem dostępności (a więc i stosowania) prezerwatyw a liczbą zakażeń.
Na przykład w Europie Polska jest w grupie “średniaków”, jeśli chodzi o stosowanie prezerwatyw jednocześnie będąc też w szarej końcówce, jeśli chodzi o ranking liczby osób zarażonych (wg danych rządowych ponad 11 tys. osób na 38 mln mieszkańców). Odwrotnie niż Hiszpania (jeśli już piszę o krajach tradycyjnie katolickich), gdzie wysoka dostępność prezerwatyw nie redukuje w żaden sposób liczby zakażeń (ostatnie badania z 2005 r. przyniosły dane: 140 tys. zarażonych na 40 mln mieszkańców, dane zaczerpnięte z raportu WHO, polecam też ten tekst).
3. Prezerwatywa nie likwiduje a jedynie ZMNIEJSZA ryzyko zakażenia.
Istnieje ok. 10 warunków, które muszą być spełnione, żeby prezerwatywa stanowiła skuteczną barierę dla wirusa HIV (stosowanie zgodne z zaleceniami producenta, dobra jakość, etc.). A i tak nie ma 100% pewności, że nie pęknie czy się nie zsunie. Co do tego, jak bardzo prezerwatywa redukuje ryzyko zakażenia dane są różne, ale warto wziąć pod uwagę fakt, że prezerwatywa oprócz fizycznego zabezpieczenia daje też poczucie bezpieczeństwa co niestety często przekłada się na zwiększenie liczby partnerów a więc paradoksalnie zwiększa ryzyko zakażenia.
PS ad. 1: Nie napisałam tu o Tajlandii, w której wprowadzono inny niż w Ugandzie program (CNN) polegający na promowaniu stosowania prezerwatyw i on także odniósł skutek, ponieważ był to program skierowany głównie do prostytutek. W Ugandzie chodziło o całość społeczeństwa.

Ramówka jest okrutna: bezlitośnie pokazuje brak trzech zamówionych tekstów a czas jest wielki. Ech. Plus za to jest taki, że artykuły, które są już zebrane naprawdę są ciekawe. Niektóre wręcz napłynęły same, jak tekst Uli Pękali o spóźnionym powołaniu i twórczym podejściu do przeżywania czasu oczekiwania na nie. Fincher napisał mocne, odważne świadectwo a co najistotniejsze - niebanalne. Jest też przewodnik po formacji ks. Ignacio Soler (Hiszpana, od 17 lat związanego z Opus Dei, opiekuna krakowskiego ośrodka Dzieła) i jak zwykle świetny tekst Danuty Piekarz, tym razem o metaforze Kościoła jako ciała. Do tego dwa wywiady: o liturgii jak sposobie formacji z Bp. Kiernikowskim i o laikacie pijarskim z p. Małgorzatą Kremer i o. Mateuszem Pindelskim (tak, tak, nasz były WAK został szyszką, czyli asystentem prowincjała ds. świeckich). Ciekwa jestem, co Rafał wymyśli na okładkę
Właśnie, właśnie, muszę do niego napisać z informacją o temacie!

Ten sugestywny obraz zawdzięczam dzisiejszemu kaznodziei: w retorycznym pędzie o. Michał Adamski zahaczył o spiżarnię. “Chrześcijaństwo nie polega na marynowaniu dobrych uczynków, które na Sądzie Ostatecznym Bóg wyleje ze słoików i oceni!” Moja bujna wyobraźnia od razu podsunęła mi widok dostojnego Starca mówiącego do anioła stojącego z tacą: “Caca korniszonki!” w przerwach pomiędzy pochrupywaniem takiej, dajmy na to, jałmużny w occie
Potem mi się skojarzyło z toastem Slubgoba na otwarciu kolejnego roku w Szkole Kunsztu Kuszenia – oni tez tam konsumowali, tyle, że dusze potępionych. Swoją drogą idąc tym przetworowym tropem można stworzyć całkiem ciekawą listę konfitur, dżemów, marynat oraz kiszonek wieńcząc wszystko porządną nalewką na owocach kazań!
To było żartem. Serio w tym kazaniu dotknęło mnie co innego – ojciec wyszedł od założenia, że wszyscy pragną przygody, w dzisiejszym kontekście chodziło o przygodę poszukiwania wartości ostatecznych, wartych dorobku całego życia. Mam najwyraźniej problem, bo mnie pragnienie przygody nie porusza. No bo jak porusza, jak nie porusza? Wolę obserwować, przygody zawsze kończą się w moim przypadku urazami fizycznymi albo odchorowaniem. Mnie to nie bawi, bo zwykle za dużo mnie kosztuje. Jestem tchórzem? Niewątpliwie.
I muszę przyznać, ze w powyższym kontekście to mnie martwi, bo Królestwo mają zdobyć buntownicy a nie gryzonie reagujące niezbyt miłym zapaszkiem na zagrożenie.